wtorek, 2 października 2018

Rozdział dwudziesty


Freya POV:

Z ledwością podnoszę się z podłogi, człapię do salonu i chwytam za telefon. Szybko wzywam taksówkę i piszę wiadomość do Justina, jak wygląda sytuacja. Kiedy idę do sypialni i biorę torbę, po domu roznosi się dzwonek telefonu. Nie mam siły z nim rozmawiać, nie chcę marnować czasu, mimo to odbieram.
- Freya! - krzyczy, zanim mam szansę odezwać się jako pierwsza - Boże, jakim cudem to już?! Przecież zostały jeszcze ponad dwa tygodnie! Cholera, to za wcześnie! - wydziera się, czym mnie stresuje.
- Nie wiem, Justin. Nie pytaj mnie o to - krzywię się, kiedy nadchodzi kolejny ból - Jadę do szpitala.
- Zwariowałaś?! Nie ruszaj się stamtąd, już wsiadam w samochód i po ciebie jadę. Poczekaj na mnie.
- Nie chcę czekać. Zanim tutaj dotrzesz, minie dobre dwadzieścia minut. Czuję, że się zaczęło.
- Chryste, nie strasz mnie! Nie waż się ruszać z domu, mówię poważnie. Już do ciebie jadę, aniołku.
- Jedź do szpitala, Justin - kończę połączenie, zanim zaprotestuje. Nie mam czasu na dyskusje. 

Do szpitala docieram osiem minut później. Taksówkarz pomaga mi wejść do środka i przywołuje młodą pielęgniarkę, która przywozi wózek, sadza mnie na nim i zawozi prosto do gabinetu. Robi się zamieszanie, każdy biega tu i tam, a ja leżę i próbuję zachować spokój, co jest niezmiernie trudne. Jestem potwornie zestresowana chaosem, jak i tym, że poród zaczął się wcześniej. Mam nadzieję, że mały jest na to gotowy.
- Jestem Manuel Smith, zbadam panią - lekarz posyła mi lekki uśmiech, znika za parawanem, a znajoma już pielęgniarka pomaga mi się przebrać w szpitalną koszulkę. Lekarz wraca minutę później i zabiera się za badanie - Może Pani poczuć ból - uprzedza i faktycznie czuję, jak coś rozpycha mnie w środku - Ma pani sześć centymetrów rozwarcia, poród się zaczął - chce mi się płakać z bezradności. Czuję się winna, że wymiękłam, przez co mój syn musi przyjść na świat przed czasem - Siostro, proszę przewieźć pacjentkę na salę porodową - miła kobieta przytakuje głową, a mnie dopada kolejny ból. Tym razem jeszcze silniejszy.



Justin POV:
Po telefonie od Freyi gnam do szpitala jak na złamanie karku. Łamię po drodze wszystkie przepisy, a kiedy wpadam do środka, zdaję sobie sprawę, że nie mam pojęcia, w którą stronę iść. Zaczepiam pierwszą z brzegu pielęgniarkę, która udziela mi instrukcji i po chwili jestem już na odpowiednim piętrze, pod odpowiednią salą. Chodzę tam i z powrotem, wahając się, czy wejść do środka. Mój problem rozwiązuje Dorothy, która pojawia się na horyzoncie i zapina guziki od szpitalnego fartucha. Chwała Bogu!
- Och, Justin! Dobrze, że jesteś. Manuel zadzwonił do mnie, że Freya rodzi, więc natychmiast przyszłam. Wejdźmy do środka - otwiera drzwi, a naszym oczom ukazuje się Freya. Na pierwszy rzut oka widzę, jak bardzo cierpi. Jej piękną twarz wykrzywia grymas bólu, aż coś przewraca mi się w brzuchu. Znowu cierpi i znowu przeze mnie - Jestem, Freyo. Wszystko będzie dobrze. Pomogę ci, nie masz powodu do obaw.
- T-to tak potwornie boli - oddycha ciężko, obejmując dłońmi brzuszek - Ile to będzie trwało? Mam dość!
- Tego nie umiem przewidzieć. Masz sześć centymetrów rozwarcia, brakuje jeszcze czterech. Akcja może rozwinąć się za minutę albo i za kilka godzin. Musisz być dzielna, kochanie. Może chcesz pochodzić?
- Jezu, nie! Nie dam rady przekręcić się na drugi bok, a co dopiero chodzić. Skurcze są bardzo mocne.
- To dobry znak, nie martw się. Pójdę porozmawiać z doktorem, zostawię was na chwilę. Zaraz wracam.

- Aniołku - podchodzę do niej, siadam na krzesełku i chwytam jej dłoń - Przejdziemy przez to razem.
- Poważnie? Chętnie. Zamień się ze mną i weź trochę tego bólu. Nie masz pojęcia, co to za koszmar.
- Mogę się jedynie domyślić. Jesteś silną kobietą, świetnie dasz sobie radę. Nasz syn się rodzi, kotku.
- Twój syn, Justin. Twój - szepcze cicho, spina się, a jęk bólu ucieka z jej ust. Skreśliła mnie.


Trzy godziny później wreszcie zaczyna się coś dziać. Freya wycierpiała się niemiłosiernie, a ból nasilał się z każdą minutą. Dopiero po tym czasie mogła zacząć przeć, z każdym skurczem wypychając na świat nasze dziecko. Patrzenie na to było gorsze, niż się tego spodziewałem. Miałem ochotę się rozpłakać, tak bardzo bolał mnie widok tej pięknej dziewczyny, która tak koszmarnie cierpiała. Chciałem zabrać od niej ten ból, chociaż przypuszczam, że wymiękłbym już na starcie. Freya była cudowna, dzielna, silna. Przez cały czas trzymałem jej dłoń, pozwalając, aby zgniatała mi kości. Ocierałem jej czoło, całowałem, aby dodać jej otuchy. W tamtym momencie moja miłość do niej wybiła skalę, a kiedy płacz przeciął salę porodową, moje łzy nareszcie znalazły ujście. Nie miałem pojęcia, gdzie podziewała się Marie, ale właśnie wtedy miałem to w dupie. Całą uwagę skupiłem na Freyi oraz moim synu, którego po chwili mogliśmy zobaczyć. Pielęgniarka otuliła go pieluszką i ułożyła na piersi Freyi. Gapiliśmy się na niego cali zapłakani, a wzruszenie odbierało mowę. Był idealny. Mały nosek, pucate policzki i ciemne włoski. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia i przysiągłem sobie w myślach, że nigdy nie pozwolę, aby działa mu się jakaś krzywda.
- Mój anioł Gabriel - Freya szepcze cicho, składając pocałunek na jego czole. Ten widok łamie mi serce.


Po wszystkim Freya zostaje przewieziona na inną salę, a ja nie odstępuję jej na krok. Gabriel zostaje zabrany na podstawowe badania, a my mamy czas dla siebie. Siedzę więc w fotelu, trzymam jej dłoń, a Freya przysypia. Nie wyobrażam sobie, jak bardzo musi być zmęczona i obolała. Widziałem poród po raz pierwszy w życiu i chociaż to piękna chwila, mimo wszystko jest dość... drastyczna. Mimo iż wiem, co do czego, zobaczyć coś takiego na żywo to niesamowite przeżycie. Moja piękna blondyneczka jest wspaniałą kobietą. Obdarzyła mnie synem, którego tak bardzo pragnąłem. Już zawsze będę ją za to kochał.
- Witam ponownie - do środka wchodzi Dorothy. Posyła mi uśmiech i podaje mi mojego syna, owiniętego w błękitny kocyk - Mały jest zdrowiutki jak ryba, dostał dziesięć punktów. Wszystko jest w porządku.
- Bardzo się cieszę - zaciskam usta na widok maleńkiego chłopczyka, spoczywającego w moich ramionach. Delikatnie dotykam jego główki palcem, a on porusza się i uchyla powieki. Moja miłość rośnie, a serce pęcznieje - Witaj, synku. Ależ ty jesteś piękny - mówię przez ściśnięte gardło, a łzy czają się pod powiekami - Tatuś cię bardzo kocha, wiesz? Obiecuję, że będziesz moim oczkiem w głowie, Gabrielu.
- Zostawię was, mały niebawem będzie głodny. Jeśli Freya będzie potrzebować pomocy, zawołaj mnie.
- Oczywiście. Dziękuję, Dorothy - mruga okiem, wychodzi, a my zostajemy we trójkę. Wstaję, chodzę po sali i kołyszę go delikatnie. Mruga oczkami, ziewa przesłodko i wystawia jęzorek. Uśmiecham się jak debil, ale ten widok prawie ścina mnie z nóg - Patrzenie na ciebie to będzie moje nowe hobby - chichoczę, mały marszczy brewki, krzywi się i kwili. Szlag! Wpadam w panikę, bo tego się nie spodziewałem! - Hej, ale co ja takiego powiedziałem, hmm? Nie rób mi tego, jeszcze nie mam wprawy. Nie wiem, co co ci chodzi.
- Pewnie jest głodny - unoszę głowę na dźwięk cichego, zmęczonego głosu Freyi. Kiedy nasze oczy się spotykają, w jej widzę ogromną miłość i rozczulenie. Mam ochotę zacałować ją za to, co dla mnie zrobiła - Spróbujemy? - przytakuję, podchodzę i ostrożnie wkładam małego w jej ramiona - Hej, syneczku - patrzy na niego jak zaczarowana, dotykając maleńkiej rączki - Chyba czas coś zjeść, co? - pomagam jej zsunąć koszulę, a kiedy przystawia go do piersi, ten widok staje się moim ulubionym. I chociaż nie ma wprawy, nigdy wcześniej tego nie robiła, Gabriel kuma, o co chodzi. Zaczyna ssać bez żadnego problemu, zamakając oczka i ściskając palec Freyi - Łatwo poszło - uśmiecha się do mnie, ale po chwili zaciska usta, jakby sobie coś przypomniała - Gdzie jest Marie? Chyba poinformowałeś ją o porodzie, prawda?
- Tak, dzwoniłem do niej, ale nie odbierała. Zostawiłem wiadomość, niestety jeszcze się nie pojawiła.
- To dziwne, przecież jest środek nocy. Wyszła ode mnie po dwudziestej drugiej - zamieram, na ostatnie słowo, a Freya zdaje sobie sprawę z tego, co powiedziała - C-chiała ze mną tylko porozmawiać.
- O czym, aniołku? W dodatku o dwudziestej drugiej? To nie jest dobra pora na składanie wizyt, prawda?
- Mhm. Po prostu pytała, jak się czuję i czy z małym wszystko dobrze. Spróbuj do niej zadzwonić.
- Zaraz wracam - podnoszę się z krzesła i wychodzę z sali. Wyjmuję telefon, aby ponownie do niej zadzwonić, jednak jej ruda czupryna przykuwa moją uwagę. Biegnie przez korytarz, a po chwili wpada w moje ramiona - Boże, Marie. Gdzie ty się podziewasz? Jest trzecia nad ranem! Martwiłem się o ciebie!
- Wybacz. Pojechałam do Vanessy, potrzebowałam babskiego towarzystwa. Nie słyszałam telefonu.
- Najważniejsze, że nic ci nie jest - odchylam ją, odgarniam jej włosy i całuje w usta - Wszystko okej?
- Tak, chyba - ściska moją dłoń, przykładając do swojego policzka - Kocham cię, Justin. Potrzebuję cię.
- Wiem, przecież nigdzie się nie wybieram - przytulam ją do siebie i głaszczę po plecach, aby się uspokoiła. Od momentu, w którym moja żona przyłapała mnie na zdradzie, bardzo się zmieniła. Przede wszystkim jest niepewna, zagubiona, smutna. Widok jej takiej łamał moje serce, ponieważ Marie to radosna kobieta. Myśl, że sprawiłem jej przykrość była dla mnie nie do zniesienia - Nasz syn się urodził. Jest piękny.
- Naprawdę? - unosi głowę, a w jej oczach rozpalają się iskierki szczęścia - Mogę go zobaczyć? Proszę!
- Jasne, skarbie, ale za moment. Freya go karmi - marszczy brwi zaskoczona i odsuwa się - O co chodzi?
- Nie powinna go karmić, Justin. Przecież jutro go stąd zabieramy, Freya zniknie z jego życia - te słowa są dla mnie jak policzek, bezlitośnie przypominając o tym, co się niebawem wydarzy. Mam ochotę wyć, tak bardzo jestem rozbity. Z jeden strony piękna blondynka, którą kocham ponad wszystko na świecie. Z drugiej strony moja żona, z którą przeżyłem tyle lat, która nie zasługuje na to, aby zostawić ją jak rzecz. Cokolwiek bym nie zrobił i tak będzie źle. Któraś z nich będzie cierpieć. Pytanie tylko; która? - Justin? Dlaczego nic nie mówisz? Powiedz, że Aiden wraca jutro z nami do domu. Tak, jak planowaliśmy.

- Tak, kwiatuszku, Aiden wraca z nami do domu - wysilam się na uśmiech, ale nie mam pewności, co mi z tego wychodzi. Nie chcę myśleć o tym, że serce Freyi jutro pęknie, a winę ponosić będę za to ja.
- Ogromnie się cieszę. Wreszcie nasza rodzina będzie pełna. Tak, jak powinno być od czterech lat.
- A ja się cieszę, że wreszcie masz to, czego chciałaś, Marie. Mam nadzieję, że pokochasz Aidana.
- Już go kocham, najdroższy. Jest częścią ciebie, a to jest dla mnie najważniejsze. To nasz synek. 




Freya POV:
Układam małego obok siebie. Nakarmiony szybko zasypia, a ja upajam się jego widokiem. Nosiłam go pod sercem przez dziewięć miesięcy, a teraz mogę przytulić go do piersi, pocałować, dotknąć jego maleńkiego ciałka. To najwspanialsza rzecz, jaka spotkała mnie w życiu. Nigdy nie przypuszczałam, że bycie matką jest tak magiczne, niesamowite. Moje serce powiększa się, aby zrobić miejsce dla Gabriela, a moja miłość sięga zenitu. Uruchamia się instynkt, który podpowiada, co robić i dodaje odwagi. I właśnie ta miłość sprawia, iż nie pozwolę, aby mojemu dziecku stała się jakakolwiek krzywda. Dopiero teraz dociera do mnie przerażająca myśl, iż nasze wspólne chwile są policzone. Podpisałam umowę, dostałam zaliczkę, więc muszę go oddać. Pod powiekami pojawiają się łzy, a serce pęka. Jak mam się z nim pożegnać? Jak mam przekazać go kobiecie, która ma mnie zastąpić? Nikt nie pokocha go tak, jak kocham go ja. To niemożliwe.
- Freyo? - mój spokój i szczęście z narodzin syna, przerywa wchodząca do sali para. Marie uśmiecha się szeroko, patrząc wprost na Gabriela. Justin stoi z tyłu, a jego mina wyraża więcej, niż tysiąc słów. On już podjął decyzję. Wybrał ją - Mogę go zobaczyć? - podchodzi bliżej, siada na krzesełku i wpatruje się w niego jak zahipnotyzowana - Justin miał rację, jest piękny - dotyka jego rączki palcem, który mam ochotę odgryźć. Jeszcze niedawno potraktowała mnie jak śmiecia, a teraz ma dostać to, co należy tylko do mnie.
- Powinniśmy się zbierać, kochanie. Freya musi odpocząć, Aiden również - wbija mi nóż prosto w serce. Spuszczam wzrok, aby nie patrzeć mu w oczy, a fala złości zalewa mnie niczym tsunami. Tyle miesięcy szczęścia, uśmiechów, czułych słówek, by znowu cierpieć. Zranił mnie raz, teraz robi to ponownie.

- Tak, masz rację. Odpoczywaj, Freyo. Do zobaczenia niebawem - pochyla się, całuje małego w czoło i wychodzi z sali. Justin stoi w progu, patrząc na mnie wzrokiem zbitego psa. Wcale nie jest mi go żal.
- Przyjadę z samego rana, musimy porozmawiać, aniołku - wzdycha ciężko, patrząc na mnie ze smutkiem.
- Wyjdź stąd. Nie chcę z tobą rozmawiać, nie chcę cię widzieć i nie chcę cię znać. Nie istniejesz, Justin.
Nie odpowiada. Posyła mi spojrzenie przepełnione bólem i wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi. 


Budzę się przed dziewiątą, a raczej Gabriel mnie budzi. Przystawiam go do piersi, jeszcze przez chwilę przysypiając. Niestety mój spokój ponownie ktoś burzy, a kiedy uchylam powieki i widzę przed sobą Justina, mam ochotę zerwać się na nogi i dać mu w twarz. Nie robię tego, bo jestem zbyt obolała.
- Musiałem przyjechać przed Marie - siada obok i spogląda na Gabriela - Musisz wiedzieć, że jesteś dla mnie najważniejsza, Freyo. Kocham cię, szczerze i mocno, ale życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli. Pragnę tylko ciebie, wiesz o tym, ale potrzebuję trochę więcej czasu. To nie jest jeszcze nasza chwila.
- I nigdy nie będzie. Dostałeś szansę i to nie jedną, ale nie skorzystałeś. Między nami wszystko skończone.
- Nie mów tak, błagam cię - chwyta moją dłoń, którą natychmiast wyrywam - Pozwól mi być z tobą.
- Czy ty kurwa robisz sobie ze mnie jaja? - prycham z kpiną, patrząc w jego przepełnione bólem oczy - Chcesz dostać mojego syna, wychowywać go wraz z żoną i przychodzić do mnie na seks? Boże, Justin.
- Po prostu chcę, aby było tak, jak do tej pory. Nie rozumiesz, że nie potrafię bez ciebie żyć, aniołku?
- Nie nazywaj mnie tak, już nie jestem aniołkiem. Nie wierzę, że mówisz mi coś takiego. Jeszcze niedawno obiecywałeś, że rozwiedziesz się z Marie, zostaniesz z nami, wychowamy razem Gabriela. Szybko zmieniłeś zdanie. Pewnie twoja urocza żona ponownie wzięła cię na oczka szczeniaka i wymiękłeś. Brawo.
- To nieprawda. Powiedziała mi, że tylko ja liczę się w jej życiu i gdybym odszedł ona... zabiłaby się.
- Chryste - zasłaniam twarz dłonią, a moje nerwy są napięte jak postronki. To niesamowite, jak ta suka owinęła go sobie wokół palca - Była u mnie wczoraj i z uśmiechem oświadczyła, że czuje się świetnie. Wystarczyło poudawać, a ty przybiegłeś niczym obronny pies. Nie widzisz, że to farsa? Bierze cię na litość.
- Marie ma swoje za uszami, ale kocha mnie. Wiem, że ciężko ci to pojąć, ale spędziłem z nią siedem lat i doskonale ją znam. Obecna sytuacja nie jest dla niej prosta. Pozwoliła mi z tobą spać, bo tak bardzo pragnęła dziecka. Zdradzałem ją, Freyo, a on mi to wybaczyła. Nie łatwo jest wybaczyć zdradę.
- Masz rację, Justin, niełatwo, dlatego ja ci jej nie wybaczę - marszczy brwi, jakby był zaskoczony moimi słowami - Mnie również zdradziłeś, ale to już się dla ciebie mniej liczy, prawda? Przez tyle miesięcy karmiłeś mnie kłamstwami, by na końcu naszej przygody po raz kolejny wbić mi nóż prosto w serce.
- Nie, Freyo, to nieprawda! Doskonale wiesz, co do ciebie czuję. Kocham cię! Po prostu jestem zagubiony, ponieważ nie wiem, co mam zrobić. Nie chcę, abyście cierpiały. Jak mam to rozwiązać? Powiedz mi.

- Nie wiem i szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. To ty wpakowałeś mnie w to bagno. Mogłeś zrobić mi dziecko i pójść w cholerę, ale nie! Fajnie było mieć drugą na boku i posuwać ją, kiedy nachodziła cię ochota, co? Mówiłeś, że mnie kochasz, że będziemy razem i co się z tym stało, huh? Co z tymi obietnicami?
- Proszę, nie mów tych rzeczy, łamiesz mi serce - schyla głowę, a po jego policzkach płyną łzy. Sama płaczę, rozpadając się kawałek po kawałku. Boże, nie wierzę, że to naprawdę koniec - J-ja chciałem z tobą być, nadal chcę. Boję się jedynie, że Marie zrobi sobie krzywdę, jeśli odejdę - ociera łzy i niepewnie unosi głowę - Jeśli się zabije, nigdy nie będę w stanie sobie tego wybaczyć. Poczucie winy zeżre mnie żywcem. Od zawsze się o nią troszczyłem, mam pozwolić, aby zrobiła jakąś głupotę? Jest do mnie przywiązana.

- Daj spokój. Nie pleć mi tych bzdur, Justin. Może i znasz ją lepiej, ale ja również nieco ją poznałam. To wstrętna manipulantka, która zatrzyma cię przy sobie bez względu na wszystko. Wierz w te jej udawane łzy, załamanie, przygnębienie, ja tego nie łykam. Nie jeden raz przekonałam się na własnej skórze, co to za kobieta. Poprzedniej nocy groziła, że mnie zabije, jeśli będę próbowała jej ciebie odebrać - Justin zamiera, a jego oczy są wielkie jak spodki - Właśnie tak cudowna jest twoja żona. Urocza, czyż nie?
- Marie na pewno nie powiedziałaby czegoś takiego, Freyo - po tych słowach serce podchodzi mi do gardła. Cokolwiek nie powiem, on i tak mi nie uwierzy, więc postanawiam odpuścić - To za wiele jak na nią.
- Ależ ty jesteś idiotą - uśmiecham się smutno, a moja nadzieja odchodzi pokonana - To przez nią wylądowałam w szpitalu, to przez nią Gabriel, a nie, przepraszam, Aiden, wcześniej przyszedł na świat.
To przez jej groźby, przez jej zbyt mocny uścisk na mojej szyi i przez stres. Więc przestań jej bronić i wyjdź stąd. Nie chcę cię widzieć - zamykam oczy, przytulam do siebie synka, a w sali zapada cisza.
- O trzynastej przyjdziemy po Aidena - po tych słowach, które spychają mnie na samo dno, Justin wychodzi. Czuję ciepłe łzy, które spływają po policzkach, a serce roztrzaskuje się z hukiem. 
 



Justin POV:
Opieram plecy o ścianę, a ciepłe łzy zalewają moje policzki. Czuję się jak wielkie zero, jak nic nie warty śmieć, plątający się komuś pod nogami. Kim się stałem, skoro tak potwornie zraniłem kobietę, którą kocham? Przez te wszystkie miesiące miałem nadzieję, że uda mi się zebrać w sobie i zakończyć moje małżeństwo, aby być z moją piękną blondynką i naszym synem. To wszystko nie miało tak wyglądać, niestety sytuacja spieprzyła się diametralnie. Słowa mojej żony kompletnie mnie sparaliżowały. Wyszeptała, jak bardzo mnie kocha, że jestem dla niej najważniejszy, a potem dodała, że gdybym ją opuścił, zabiłaby się, bo sens jej życia by odszedł. Znam Marie i wiem, że byłaby do tego zdolna. Do dzisiaj pamiętam dzień, w którym doktor oświadczył, iż jest bezpłodna. Wtedy też groziła, że się zabije, ponieważ jest zepsuta, bezużyteczna. Zapewniłem ją, że sobie poradzimy, że to nie koniec świata i że jest mnóstwo innych rozwiązań, przez co odzyskała spokój. Gdybym odszedł, nie pozostałby jej już nikt. Będąc z Freyą, kochając się z nią, drżałbym ze strachu, czy Marie w tym samym momencie nie odbiera sobie życia...
 






4 komentarze:

  1. Jaki on jest głupi😭😭😭 matko az mi sie płakać chce przez tj jak on ją potraktowal😕

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest przerażające jak człowiek może mieć wpływ na psychikę drugiego człowieka. Współczuję Frey'i, że musi przez to wszystko przechodzić. Już chyba nie liczę na happy end.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu Justin troche mi dzialal na nerwy w tym rozdziale. Niech on przejrzy na oczy w koncu. Ehh, czekam na kolejny i na rozwiniecie sytuacji ☺️

    OdpowiedzUsuń
  4. Jezu on jest totalnie ślepy! Biedna Frey ! Mam ochotę płakać razem z nią. .. to nie może się tak skończyć. .. błagam. ..😭

    OdpowiedzUsuń