piątek, 5 października 2018

Rozdział dwudziesty pierwszy


Freya POV:

Po odwiedzinach Dorothy i zaleceniu, aby wstać z łóżka wreszcie to robię. Dochodzi południe, spaceruję z moim synkiem po sali i kołyszę go w swoich ramionach. Śpi jak aniołek, ssąc smoczek, który zakrywa pół jego maleńkiej buźki. Uśmiecham się na ten uroczy widok, który rozmiękcza moje serce. Cały porodowy ból znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nie liczy się już nic, oprócz tego pięknego chłopca. Jestem w nim nieodwracalnie i bezwarunkowo zakochana, niestety nasze chwile są policzone. Czas biegnie zbyt szybko, abym mogła się nim w pełni nacieszyć. Za godzinę przyjdzie tutaj Justin z Marie i rozdzielą nas na zawsze. Na samą myśl do oczu napływają mi łzy, przysuwam małego bliżej i składam na jego czole pocałunek. Pragnę zatrzymać go tylko dla siebie, móc cieszyć oczy jego widokiem, dbać o niego, kochać. Przeżyć z nim pierwszy uśmiech, pierwszy krok, pierwsze słowo. Jaka szkoda, że zgadzając się na to szaleństwo nie przypuszczałam, jak ciężkie czekają mnie chwile. Zaznałam czegoś, co nawet nie mieściło mi się w głowie; macierzyństwa. Zostałam mamą, urodziłam zdrowego synka, którego skazałam na życie w innej rodzinie. To nie ja będę patrzeć, jak dorasta, tylko kobieta, która jest zawistna, okrutna i dąży po trupach do celu. Jaka właściwie będzie z niej matka? Czy pokocha to maleństwo? Czy obdarzy go troską?
- Tak bardzo chciałabym zatrzymać cię dla siebie, syneczku. Tulić cię, kochać, rozpieszczać.
- Nawet o tym nie myśl. Podpisałaś umowę, zapomniałaś? - głos Marie burzy mój spokój. Unoszę głowę i wpatruję się w jej zacięte spojrzenie - Zostaniesz z niczym, wylądujesz na ulicy, ponieważ natychmiast zabiorę ci mieszkanie. Dopilnuję również, abyś nigdzie nie znalazła pracy, a uwierz mi, mam spore znajomości, moja droga - posyła mi pewny siebie, chytry uśmiech i opiera plecy o ścianę. Nie mam słów, aby opisać, jak bardzo nienawidzę tej rudej suki - Nic już nie możesz zrobić. Taka była umowa, Freyo.
- Pierdol się - syczę przez zęby, a Marie chichocze beztrosko - Jesteś podłą kobietą, nie zasługujesz na mojego syna. Nie wierzę, że mogłabyś być dobrą matką, nie nadajesz się do tego. Nie z tym zepsutym sercem - uśmiech znika natychmiast. Zaciska szczękę, podchodzi i patrzy z góry, niczym Pani świata.
- Nie mów słów, których możesz gorzko pożałować. Jesteś nikim, mogę zniszczyć cię z łatwością i nigdy już nie będziesz miała normalnego życia. Mów tak dalej, a zgotuję ci prawdziwe piekło. Nie zawaham się.
- Naprawdę? Cóż możesz mi zrobić, Marie? Nie ma nic gorszego, niż oddanie mojego syna właśnie tobie.
- Twój syn należy do mnie, odkąd mój mąż wsadził w ciebie fiuta. I zaufaj mi, kruszyno, jest o wiele więcej gorszych rzeczy, niż oddanie dziecka. Mogę pstryknąć palcem, a wylądujesz w burdelu, gdzie będziesz dawać dupy za darmo - patrzę na nią z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. O ile wcześniej uważałam ją za podłą sukę, teraz brakuje mi słów na określenie jej osoby. Chyba nawet szkoda mi Justina, że przyszło żyć mu z taką kobietą - Za godzinę wrócę tutaj z mężem. Zabieramy dziecko, a ty znikasz z naszego życia na zawsze. To, jakie ono będzie, zależy już tylko od ciebie - dumnie unosi brodę i wychodzi z sali, zostawiając mnie samą. Jestem zbyt zszokowana, aby nawet mrugnąć. Czy to mi się nie przyśniło? 


Godzina zero przychodzi szybko. Nie jestem gotowa na rozstanie z Gabrielem, ale im więcej czasu z nim spędzę, tym będzie jeszcze gorzej. Marie ma rację, podpisałam umowę, zrzekłam się praw, więc teraz nic nie mogę. Mimo to pragnę zabrać małego, wyjść stąd i wrócić do mieszkania, które jeszcze dzisiaj nie byłoby moje. Gdzież miałabym się podziać? Ronnie mieszka z rodzinami i bratem, pewnie przygarnęłaby mnie na kilka dni, ale nie mogłabym zostać tam zbyt długo. Nie mogę skontaktować się z rodzicami, ponieważ nie znam ich numeru telefonu. Proszenie ich o pomoc i tak byłoby ostatnią rzeczą, do której bym się posunęła. Jestem rozbita, samotna, zła! Żałuję, że moja przyjaciółka wyjechała do babci, przydałaby mi się jej pomoc. Nawet nie napisałam jej, że Gabriel przyszedł na świat. I kiedy sięgam po telefon, który leży w małej szufladce w szafce przy łóżku, drzwi od sali się otwierają. Do środka wchodzi Justin, a wyraz jego twarzy nie wyraża żadnych emocji. Jakby się wyłączył, żeby odciąć się od wszelkich uczuć.
- Freyo, Marie powiedziała mi, że chciałabyś zatrzymać dla siebie Gabriela. Co to ma znaczyć, hmm?
- Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę to zrobić, Justin. Nie chcę, żeby Marie wychowywała mojego syna.
- Przeczytałaś umowę, którą podpisałaś. Jak wiesz, mieszkanie jest twoje, ale jestem jego właścicielem. Będziesz musiała je opuścić i zwrócić mi trzydzieści tysięcy dolarów - mówi to tak beznamiętnie, aż zbiera mi się na wymioty. Patrzy na mnie, ale mam dziwne wrażenie, jakby go w ogóle nie było. Jest tylko jego ciało, dusza i serce są bardzo daleko stąd - Oczywiście o reszcie pieniędzy nie ma mowy. Twój wybór.
- Och, tak, faktycznie dajesz mi wspaniałą możliwość wyboru, Justin. Zrobiłeś mi dziecko, a teraz tak po prostu chcesz zostawić mnie z niczym! Jeśli zostawię Gabriela dla siebie, pozwę cię o alimenty.
- Śmiało, możesz to zrobić. Mam sztab prawników, przekupię każdego, aby walczyli za mnie i nie dam ci nawet centa - zaciskam usta, patrząc mu prosto w oczy. Boże, co się z nim stało? Czy to Marie tak bardzo go zmanipulowała? - Poza tym dodam, że nasza umowa była zupełnie inna. Owszem, zrobiłem ci dziecko, które miałaś przekazać mnie i mojej żonie. To, że nagle ubzdurałaś sobie, żeby zatrzymać go dla siebie, nie było częścią tego planu. Nie będziesz miała go za co wychować, Freyo. Myśl o nim, nie o sobie.
- Ależ ty jesteś podły - odkładam małego do łóżeczka, siadam na łóżku i chowam twarz w dłoniach. Złamał mnie, a najgorsze jest to, że przyszło mu to z taką łatwością. Czekałam na niego, wierzyłam, ufałam, a on obrócił to przeciwko mnie - Kochałam cię, byłeś dla mnie najważniejszy, a teraz stajesz po przeciwnej stronie, zmieniając się w mojego wroga - przekręcam głowę i tępo wpatruję się w jego oczy. Dopiero teraz widzę, jak coś się w nim zmienia - Odbierasz mi wszystko, ponieważ masz pieniądze i znajomości. Nigdy nie sądziłam, że jedyna osoba, którą kocham, tak bardzo mnie zrani. Żałuję, że nie można cofnąć czasu. Gdybym tylko mogła to zrobić, nie chciałabym cię poznać - zaciska usta, a w jego oczach pojawią się łzy. Już za późno. Roztrzaskał mnie, rozerwał na strzępy i zdeptał. To koniec -  Daj mi kilka minut, chcę się pożegnać - przysuwam do siebie łóżeczko, wpatruję się w mojego syneczka i ponownie się rozpadam. 




Justin POV:
Czekam na korytarzu, tępo wpatrując się w ścianę. Nic nie czuję, po prostu nic. Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu, odcinając mnie od świata zewnętrznego. Próbuję poradzić sobie z widokiem załamanej Freyi, ale wiem, że ten obraz będzie migał mi przed oczami do końca mojego życia. Nic ani nikt nie będzie w stanie tego wymazać. Zniszczyłem ją, zaszantażowałem, zhańbiłem. Ja! Człowiek, który tak bardzo ją kocha. Nie wiem, kim właściwie teraz jestem, ale odnoszę wrażenie, że to nie jestem ja. Nie tak wychowała mnie moja matka, która widząc sytuację, byłaby potwornie rozczarowana. Jak spojrzę jej w oczy? Jak odpowiem na pytanie, jeśli zapyta o Freyę? Charlotte i Tobias nigdy mi tego nie wybaczą, być może nawet ich przyjdzie mi stracić. I to wszystko w imię jednej kobiety, która jest moją żoną.
Dlaczego to wszystko nie może być prostsze? Dlaczego musiałem trafić akurat na Freyę? Dlaczego tak bardzo się do niej przywiązałem i pokochałem? Pragnę tylko jej, Marie jest już tylko obowiązkiem. Jak mam patrzeć na naszego syna, skoro będzie mi ją tak bardzo przypominał? A jeśli pewnego dnia dowie się, kto jest jego prawdziwą matką? Co mu odpowiem, jeśli mnie o to zapyta? Jakim będę dla niego ojcem, skoro tak bezlitośnie potraktowałem jego matkę, osobę, która dała mu życie? Boże, kim ja jestem?
- Najdroższy? - Marie kuca przede mną, bierze moje dłonie w swoje i posyła uroczy, piękny uśmiech, w którym dawno temu się zakochałem - Rozmawiałam z lekarzem, możemy przenieść naszego syna do innej sali, a jutro zabrać go do domu. Jest zdrowy i nie ma żadnych przeciwwskazań - 
naszego syna. Nie, to nie jest twój syn. Jego mamą jest Freya - Od dzisiaj będziemy szczęśliwą rodziną, czyż to nie cudowne?
- Tak, to wspaniale - chrząkam, aby pozbyć się guli w gardle - Chcę już stąd pójść. Weź małego, dobrze?
- Nie, kochanie. Zrobimy to razem, jak rodzina - czule całuje mnie w usta, bierze za rękę i zmusza do wstania. Moje nogi są jak z ołowiu, kiedy wchodzimy do sali. Zaskakuje mnie widok ubranej Freyi. Cholera, gdzie ona się wybiera?! - Cóż, przyszedł dzień, w którym nasze drogi się rozchodzą - Marie podchodzi do niej i chwyta jej dłonie - Już zawsze będę ci wdzięczna za to, co dla nas zrobiłaś, Freyo. Wiedz, że jesteś wspaniałą kobietą i z całego serca życzę ci wszystkiego najlepszego - przytula ją, a nasze oczy się spotykają. Widzę w nich ból, którym nasiąkam aż do szpiku kości. Marzę o tym, aby porwać ją w ramiona, tulić, całować i słuchać jej słodkiego głosu. Marzę o spędzaniu wieczorów przed telewizorem. Marzę o wygłupach, żartach, wspólnych śniadaniach i kolacjach. Marzę o wspólnej, pierwszej kąpieli naszego syna i spaniu z nim w jednym łóżku. Miałem to wszystko na wyciągnięcie ręki, dlaczego więc po to nie sięgnąłem? Przecież tak bardzo ją kocham - Odpoczywaj, wracaj do siebie i ciesz się nowym życiem. Jeszcze dzisiaj zrobię przelew - te słowa są dla Freyi jak cios, wyciskając z niej łzy. Odsuwa się od Marie, ociera policzki i bierze Gabriela na ręce. Patrzy w niego z ogromną miłością, która miażdży moje bebechy. Gapię się na ten cudowny widok, który pragnę zapamiętać i przywoływać go w myślach - Tak sobie myślę... może nie powinnam tego robić, ale odwiedź nas, kiedy dojdziesz do siebie. Przekonasz się, że małemu jest u nas dobrze. Justin, co o tym myślisz? - Marie odwraca się do mnie, a w jej oczach tańczą wesołe iskierki. 

- T-tak, to świetny pomysł. To bardzo miłe z twojej strony, że o tym pomyślałaś, kochanie. Freyo?
- Pomyślę nad tym - odpowiada nie odwracając wzroku od naszego syna, składa na jego czole pocałunek i przekazuje w ramiona Marie. Jest cała zapłakana i nim się orientuję, sam płaczę - Dbajcie o niego.
- Będziemy, obiecuję ci to - Marie odwraca się, a na mój widok marszczy brwi. Szybko jednak bierze się w garść, podchodzi i podaje mi dziecko - Czas wrócić do domu, najdroższy i rozpocząć nowy rozdział.
- Dasz mi chwilę? Chciałbym zamienić z Freyą słowo - chwytam się ostatniej szansy niczym tonący brzytwy.
- Nie, kochanie - odpowiada pewnie, karcąc mnie spojrzeniem - Nie komplikujmy tego. Nasza umowa została zrealizowana, pora odciąć się raz na zawsze. Tak, jak mi obiecałeś. Dotrzymasz obietnicy?

- Tak - odpowiadam cicho, mocniej tuląc do siebie syna - Dziękuję za wszystko, Freyo - odwraca wzrok, dając mi do zrozumienia, że skończyliśmy. Opuszczam salę, zostawiając za sobą moją miłość.



Freya POV:
Postanawiam wypisać się na żądanie. Dorothy beształa mnie całą wieczność, jak bardzo nierozsądnie postępuję chcąc wyjść zaledwie jedenaście godzin po urodzeniu dziecka. Nie mogłam tam zostać, to miejsce by mnie dobiło. Wciąż przed oczami miałam swojego synka i moją miłość. Musiałam stamtąd uciec.

Docieram do domu w kompletnej rozsypce. Kiedy tylko przekraczam próg i odkładam torbę na podłogę, wybucham żałosnym płaczem. Osuwam się po ścianie, chowam głowę w kolana i wyrzucam z siebie rozpacz, która pochłania mnie od czubka głowy, po palce u stóp. Czuję przeraźliwe zimno oraz pustkę po stracie mojego syna. Justin nie przygotował mnie na takie rozwiązanie, dzień po dniu karmiąc nadzieją,
że będziemy razem. Teraz zostałam całkiem sama, z pokaleczonym sercem i tęsknotą za tym maleńkim chłopcem, którego pokochałam od pierwszego wejrzenia. Tak potwornie za nią tęsknię!




****
Kilka kolejnych dni to wegetacja, dosłownie. Ledwo kontaktuję, prawie nic nie jem i nie opuszczam czterech ścian. Godzinami leżę opatulona ciepłym kocem, tępo wpatrując się w wyświetlacz telefonu, na którym widnieje mój syn. Zrobiłam mu zdjęcie kiedy spał, wyglądając jak aniołek. Mam wielką ochotę wydrukować to zdjęcie w milionie kopi, aby obkleić nim ściany mojego mieszkania. Tak, mojego. Po podpisaniu papierów, Justin przesłał mi pocztą akt własności, a Marie dotrzymała słowa i moje konto zasiliła suma pół miliona dolarów. Tylko cóż te pieniądze miały teraz za znaczenie? Straciłam coś, co było dla mnie najważniejsze, coś, czego nic nie będzie w stanie mi zastąpić. Otrzymałam swoją upragnioną stabilizację, do której dążyłam. Nie zabraknie mi pieniędzy, mogę spać spokojnie, ale tak naprawdę sen w ogóle nie przychodzi. Nie mogę myśleć o niczym innym, jak o moim synku, którego być może teraz tuli do siebie obca kobieta. Ta myśl rozwala i tak moje zmiażdżone serce. Nie potrafię wyobrazić sobie swojego dalszego życia z bólem, który nie opuszcza mnie nawet na chwilę, pozwalając na spokój. Zostałam całkiem sama, z dziurą w sercu i ze stratą, jakiej nawet sobie nie wyobrażałam. Już nic nie będzie takie same.

Ronnie wydzwania do mnie bez przerwy. Zostawia wiadomości na poczcie, pisze sms'y, ale nie reaguję. Nie odpisuję, nie oddzwaniam, nie odsłuchuję nagrań. Wiem, że to podłe z mojej strony, a ona bardzo się o mnie martwi. Kątem oka zerknęłam tylko na jedną wiadomość, a w której pisała, że wraca w czwartek. Jutro jest czwartek. Chyba. Straciłam poczucie czasu. Żyję dniem, w którym oddałam mojego aniołka.

W przypływie otępienia wpadam na szalony pomysł. Po raz pierwszy od tygodnia opuszczam swoje ciepłe mieszkanie, jadę pod dom Justina i koczuję tam w ukryciu. Dochodzi dopiero południe, Justina zapewne nie ma nawet w domu, ale być może zobaczę Marie i mojego synka. Może to idiotyczne z mojej strony, ale potrzebuję upewnić się, że jest cały i zdrowy. Nie przekroczę progu jej domu, nie mogę tego zrobić. Nie zniosłabym widoku jej zwycięskiego uśmieszku i mojego dziecka w jej ramionach.

Przez pierwsze trzy godziny nic się nie dzieje. Marznę, czekając Bóg wie na co. Jednak los mi sprzyja, bo do domu wraca Justin. Na jego widok moje serce podskakuje, czego nie rozumiem. Nienawidzę go, moje serce nie powinno tak na niego reagować, a mimo to chłonę widok jego osoby. Wygląda tak dobrze w czarnym płaszczu i szarym szaliku. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze niedawno był mój, a teraz ponownie należny do swojej żony, która, ku mojemu zaskoczeniu, wychodzi z domu pchając przed sobą wózek. Całuje Justina w usta, uśmiecha się, a on zerka do wózka. W jego oczach dostrzegam ogromną miłość,
co odrobinę podnosi mnie na duchu. Mam pewność, że kocha naszego syna, czego nie mogę powiedzieć o Marie. Nie ufam jej, ale modlę się w duchu, aby była dla mojego syna dobrą matką.
Ruszają na spacer. Justin pcha wózek, a Marie wsuwa dłoń pod jego ramię. Wyglądają jak szczęśliwa rodzina, a ten widok ponownie spycha mnie na sam dół. To powinnam być ja. To mnie obiecał swoją miłość, wspólną przyszłość, szczęście. Wszystko przepadło bezpowrotnie. Nic już nie ma.







K  O  N  I  E  C





***********************
Notka pojawi się jutro ♥









4 komentarze:

  1. Popłakałam się. Do końca liczyłam, że to wszystko zupełnie inaczej się skończy. Ale nie zawsze można liczyć na szczęśliwe zakończenie. Dziękuję za te 21 rozdziałów. Mam nadzieję, że zaskoczysz nas jeszcze niejednym opowiadaniem.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. To już koniec? Myślałam ze będzie jeszcze jakiś zwrot akcji np. ze Marii dostanie obłędu na punkcie dziecka i Justin jednak zwije do Frey i z nią wychowa syna.
    Świetne opowiadanie nie mogę się doczekać następnego :)
    ***Kasia K.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba właśnie moje serce się złamało😭😭 do samego końca liczyłam ze zostawi żonę😞
    Nie moge uwierzyc ze tak to sie skończyło😭😭
    Cudowne opowiadanie😘

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie...błagam. ..to nie może się tak skończyć. .. i wgl co ja teraz będę czytać? Do ostatniego momentu myślałam że Justin przejrzy na oczy, ale on wiedząc jak wielki błąd popełnia i zdając sobie sprawę co robi i tak podjął ta decyzję. ..kawał drania...
    Dziękuję Kasiu za kolejne wspaniałe ff i mam nadzieje ze nie ostatnie 😘😘😘😘

    OdpowiedzUsuń