sobota, 1 września 2018

Rozdział ósmy


Freya POV:

Czuję się niezręcznie jak diabli, kiedy stojąca obok mnie para patrzy na siebie niczym nastolatkowie zakochani po uszy. Mam ochotę zapaść się pod ziemię, uciec, schować się do nory lub po prostu zniknąć. Cokolwiek, aby nie być w tym miejscu. Świadomość tego, że ta piękna kobieta pozwoliła swojemu mężowi uprawiać ze mną seks, napawa mnie obrzydzeniem. Czy aż tak pragnie dziecka, że poświęciła do tego Justina? Przecież tym przekroczyli granicę, której nigdy nie powinni przekraczać. A prawda była dość brutalna; Justin po prostu zdradził Marie, której przysięgał wierność. Naprawdę biorę w tym udział?
- Freyo - rudowłosa kobieta zwraca się do mnie, posyłając mi czuły uśmiech - Wyglądasz przepięknie! - przytula mnie, mocno ściskając. Moje skrępowanie wypieprza w kosmos! Czy to nie popieprzone, że tulę się do kobiety, której mam urodzić dziecko? Sądziłam, że zachowamy w stosunku do siebie pewien dystans, nie mam zamiaru się z nią zaprzyjaźniać. Co to, to nie! - Jak ci się tutaj podoba? Pięknie miejsca, prawda? 
- Bardzo! Jestem nim zachwycona i zazdroszczę każdemu, kto mieszka w okolicy. Tak tu cicho, magicznie.
- Zgadzam się, również uwielbiam to miejsce. Właśnie tutaj Justin poprosił mnie o rękę - patrzy na niego z rozczuleniem, a ja ponownie mam ochotę zniknąć. Czuję się jak intruz, jak podglądacz, którego nie powinno tutaj być. Czy on naprawdę pieprzył mnie w domu, w którym oświadczył się swojej przyszłej żonie? Czy może być kurwa gorzej? - Przyjechałam tylko na chwilę, nie chcę wam przeszkadzać - szlag! Zaciskam usta, z całych sił próbując powstrzymać te przeklęte rumieńce, które wypełzają na moje policzki. Nie chce przeszkadzać własnemu mężowi, który posuwa obcą kobietę. Chryste! - Przywiozłam dokumenty do podpisania. Franco zgadza się na wszystko. Jak udało ci się go przekonać, kochanie?
- Uwierz mi, to było jak droga przez mękę. Ten człowiek sprawi, że szybko nabawię się siwych włosów.
- Nawet wtedy wyglądałbyś jak ciasteczko - puszcza mu oczko, a ja odwracam wzrok i skupiam uwagę na uroczej wiewiórce, która kica po drzewie. Przysięgam, że sytuacja przypomina pieprzoną "Modę na Sukces", odcinek milion pięćdziesiąty! - No dobrze, wejdźmy do środka. Napiję się kawy, podpiszesz papiery i uciekam - chwyta Justina pod ramię, on z kolei bierze moją dłoń i prowadzi do środka. Jeśli myślałam, że gorzej już być nie może, to bardzo się pomyliłam. Czyż nie uroczy z nas trójkącik? 

Wlepiam wzrok w telewizor i słucham pogodynki, która trajkocze wesoło, zapowiadając słoneczko i dwadzieścia siedem stopni. Właściwie mało mnie to interesuje, ale gapię się w telewizor niczym sroka w gnat, żeby tylko nie obserwować Marie oraz Justina, którzy siedzą przy stole, podpisują papiery i gruchają niczym dwa, zakochane gołąbki. Nie jestem na nich zła, to normalne, że małżonkowie chcą ze sobą porozmawiać, nacieszyć się swoim towarzystwem. Niestety sytuacja jest komiczna, a ja znajduję się w samym centrum. Co dziwne i niepokojące, oprócz zażenowania czuję coś jeszcze, jakby... zazdrość? Nie mam pojęcia, skąd to się wzięło, ale wierci dziurę w moich bebechach, jakby chciało przebić się na zewnątrz. Nie mam prawa do zazdrości, nie wobec mężczyzny, który jest żonaty. Potrzebuje mnie tylko w jednym celu, za który płaci ogromną kwotę. Nie mogę poczuć do niego nic, poza zalążkiem sympatii, która narodziła się tak niespodziewanie. Jeśli przypadkiem się zakocham, mogę sama zacząć kopać sobie grób.
- Na mnie już czas - Marie podnosi się, chowa dokumenty do białej teczki i spogląda na mnie - Uważaj na siebie, kochanie. Gdybyś czegoś potrzebowała, możesz śmiało do mnie zadzwonić - wysilam się na lekki uśmiech, bo nic nie przejdzie mi przez gardło. Marie jest piękna, ale w jej zielonych oczach dostrzegam coś dziwnego, niepokojącego. Jest pewna siebie, wyniosła i odważna, skoro oddała mi swojego męża.
- Odprowadzę cię - Justin chwyta jej dłoń, splata ich palce i wychodzi z domu. Na moje nieszczęście mam idealny widok na podjazd, na którym się zatrzymują i rozmawiają. Podpieram brodę na dłoni i ukradkiem im się przyglądam. Muszę przyznać, że wyglądają razem niczym para z okładki magazynu.




Justin POV:
Opieram plecy żony o drzwi jej samochodu, układam dłonie na jej biodrach i patrzę w te piękne oczy, które uwielbiam. Jej wizyta była niespodziewana, ale bardzo mnie ucieszyła. Tęskniłem za nią.
- Freya wygląda na zadowoloną, ciekawe dlaczego, hmm? - przygryza wargę, sunie opuszką palca po moim torsie, a znajomy dreszcz przebiega mi po plecach - Bądź dla niej dobry, kochanie. Nie może zrezygnować.
- Nie obawiaj się, nie zrobię nic, aby ją zniechęcić. Jest wrażliwa, przez co muszę bardzo uważać.
- Dmuchaj na nią i chuchaj, jest dla nas bardzo cenna. Wiesz, jak ciężko znaleźć idealną kandydatkę.

- Wiem. Przez pieprzony rok nam się to nie udało, dlatego dam z siebie wszystko, aby cię nie zawieść.
- Mój kochany, jesteś niesamowity, wiesz? - patrzy na mnie czule, a ja przypominam sobie wszystkie chwile, w których cierpiała. Wiadomość o jej niepłodności była dla niej ciosem prosto w serce - Wiem, że to szaleństwo, co się właśnie dzieje, ale to dziecko jest najważniejsze 
- przysuwa się, aby złożyć na moich ustach czuły pocałunek. Kiedy chcę go pogłębić, nie pozwala mi na to - Nie rozpędzaj się. Freya nas obserwuje, może poczuć się niezręcznie - cholera, dopiero teraz myślę o tym, jak wpłynie na nią wizyta mojej żony - Baw się dobrze, ale nie za dobrze - wystawia palec na znak groźby i mruży oczy - Jesteś tylko mój, o tym nigdy nie zapominaj. Możesz ją posuwać, ale uczuć w to nie mieszaj. Kocham cię, Justin.
- A ja kocham ciebie, perełko - przytulam ją do siebie, całuję w czoło i otwieram drzwi, aby mogła wślizgnąć się na fotel kierowcy - Do zobaczenia za kilka dni. Uważaj na siebie i dzwoń, gdy zatęsknisz.
- W takim razie musiałabym wisieć na telefonie przez cały dzień - chichocze radośnie, uruchamia silnik i zapina pas - Wróć do niej i działaj. Naprawdę jak najszybciej powinna zajść w ciążę. Czas nas goni.
- Wiem, Marie. O nic się nie martw - ostatni raz cmokam jej pulchne usta i pozwalam jej odjechać. Kiedy wracam do domu, moje serce niespodziewanie zaciska niewidzialna pięść. Nie chcę sprawić Freyi przykrości, a widok mnie z żoną mógł ją nieco dobić i sprawić, że poczuła się jak nieproszony gość. W tej sytuacji to ona odgrywa główną rolę - Przepraszam - to słowo samo ucieka z moich ust, zanim mam szansę pomyśleć, za co właściwie ją przepraszam - Nie spodziewałem się, że Marie tutaj przyjedzie, ale dokumenty nie mogły czekać. Dzięki temu budowa budynku ruszy już jutro. Nie gniewasz się na mnie?
- Na co miałabym się gniewać? Przecież to twoja żona, ma prawo widywać cię wtedy, kiedy zechce.
- Tak, ale umawialiśmy się na coś, a mimo to przyjechała w ważnej sprawie. Powinna mnie uprzedzić.
- Daj spokój, nie musisz mi się tłumaczyć. Jest w porządku, Justin - wzrusza ramionami, wpycha do ust kilka orzeszków i ponownie skupia wzrok na telewizorze, na którym zaczyna się jakiś serial.
- Naprawdę masz zamiar oglądać tę szmirę? - siadam obok niej, obejmuję ramieniem i dociskam do swojego boku - Mam lepszy pomysł. Może masz ochotę popływać? W piwnicy jest basen - gwałtownie przekręca głowę, posyłając mi zaskoczone spojrzenie - Tak, ten dom kryje w sobie jeszcze kilka niespodzianek, aniołku. Więc jak? Idziemy? - uśmiecha się szeroko, chwyta za rękę i wstaje - Świetnie!
- Hej, ale nie mam stroju kąpielowego! Nie wspominałeś, że masz basen, więc nie zabrałam nic ze sobą.
- Jak dla mnie możesz pływać nago - poruszam brwiami, na co Freya karci mnie spojrzeniem - No co?
- Nie ma opcji, nie czułabym się z tym komfortowo. Wychodzi na to, że chyba musimy sobie odpuścić.
- No dobrze, zostaw to mnie - ciągnę ją w prawą stronę, otwieram drzwi i przepuszczam do ogromnej garderoby mojej żony - Możesz wybrać sobie taki strój, na jaki masz ochotę - otwieram szufladę, a naszym oczom ukazuje się kilkanaście sztuk kolorowego materiału - Te na prawo są nowe, Marie uwielbia zapraszać tutaj swoje przyjaciółki - Freya bardzo niepewnie bierze pierwszy z brzegu, przesuwa opuszkami po delikatnym materiale i wybiera ten w kolorze bieli, z uroczą falbanką przy majteczkach - Idealny wybór - puszczam jej oczko, a jej policzki pokrywają rumieńce - Masz dwie minuty, aby się przebrać. Czekam - wskazuję palcem w kierunku białych drzwi, za którymi szybko znika. Sam zrzucam ciuchy, wkładam na tyłek niebieskie kąpielówki i przeczesuję włosy. Freya zjawia się chwilę później, a na jej widok mój fiut zaczyna pulsować. Wygląda obłędnie, seksownie, niesamowicie, aż opada mi szczęka - Twoje piękno mnie wykańcza - biorę ją w ramiona, owija nogi wokół moich bioder, czym mnie mile zaskakuje, i idę na dół. Kiedy tylko rozsuwam szklane drzwi, a naszym oczom ukazuje się spory basen, twarz Freyi rozświetla szeroki uśmiech - Wiedziałem, że ci się spodoba - całuję ją w skroń, schodzę po schodkach i zanurzam się w ciepłej wodzie. Wczepia się we mnie jak mała małpka, mocniej obejmując nogami w pasie - Boisz się?
- Troszeczkę. Nie potrafię pływać, nie wchodź zbyt głęboko - zawstydza się, schyla głowę i zaciska usta.
- Och, naprawdę nie potrafisz pływać? - przytakuje niepewnie, zerkając na mnie spod rzęs - Nie bój się, ze mną nic ci nie grozi - cofam się nieco, siadam na schodku, dzięki czemu woda sięga nam tylko do pasa.
- Wiem - pociera nosem o mój, po czym cmoka jego czubek. Wspominałem, jak bardzo jest słodka?
- Jak myślisz, zrobiliśmy już dzidziusia, czy musimy się bardziej postarać? - mruczę cicho, odsuwam palcem miseczkę stanika i biorę sutek do ust. Freya odchyla głowę w tył, wbija paznokcie w mój kark i jęczy, co doprowadza mnie do szaleństwa. Mam wrażenie, że byłbym w stanie dojść na sam ich seksowny dźwięk.
- N-nie mam pojęcia. Czy nie od dzisiaj m-mam dni płodne? Chyba tak mówiła Dorothy, prawda?
- Tak, chyba tak. Więc wczorajsza noc się nie liczy - gryzę jej apetyczny sutek, przez co Freya wierci się na moich kolanach, pobudzając. Tak potwornie na mnie działa, że nie jestem w stanie oprzeć się jej zbyt długo. W tej chwili nie chcę być nigdzie indziej, tylko w niej - Dzisiaj ty rządzisz - zsuwam z siebie kąpielówki, robię miejsce dla mojego fiuta i nabijam ją na siebie. Krzyk ucieka z jej słodkich usteczek, mija chwila, zanim się przyzwyczaja i zaczyna poruszać biodrami. Jej tempo mnie wykańcza, jest zbyt wolne, aby mnie zadowolić, ale pozwalam, aby to ona dyktowała warunki.




***


Freya POV:
To, co dobre zawsze szybko się kończy. Tydzień spędzony z Justinem był czymś, czego nie przeżyłam nigdy. Piękne miejsce, z dala od miasta i on, mężczyzna, który przez pieprzone siedem dni nie widział poza mną świata. Dbał o mnie, troszczył się, opiekował i adorował. Kochaliśmy się każdego dnia, nawet po dwa razy i czekaliśmy na efekty naszej "pracy". Cztery tygodnie temu, na początku maja, odbyliśmy naszą pierwszą rozmowę w kawiarni Caroline. Mój okres powinien pojawić się za cztery dni, a czy tak będzie? Zobaczymy.

- Dziękuję ci za wspaniale spędzony tydzień - Justin chwyta moją dłoń, przysuwa do ust, po czym składa na wierzchu pocałunek - Nie ukrywam, ale będę tęsknił za wspólnie spędzonym czasem. A ty, aniołku?
- Ja również - uśmiecham się na wspomnienie każdej spędzonej z nim chwili. Było naprawdę niesamowicie, przez co czułam się jak w związku, co oczywiście prawdą nie było. Ja wracałam do swojego życia, Justin wracał do pracy i do żony. To z nią będzie spędzał czas, to z nią będzie się kochał i jadał posiłki. Ja miałam go przez tydzień, pora ustąpić miejsca kobiecie, którą kocha - Pójdę już, do zobaczenia - cmokam go w policzek, wysiadam z samochodu i pośpiesznie wyciągam torbę z tylnego siedzenia. Justin wyskakuje jak z procy, pomagając mi - Spokojnie, nie jest ciężkie. Jedź już, Marie na pewno na ciebie czeka.
- Chcę dostać prawdziwego buziaka - układa dłoń na moim karku, przyciągając mnie do siebie. Nasze usta dzielą milimetry, ale Justin nie wykonuje pierwszego kroku. Czeka, aż ja to zrobię. I chociaż pluję sobie w brodę, że znowu się zapędzam, staję na palcach i całuję te kuszące, smaczne usta, które miałam dla siebie przez tydzień. Mój brzuch się zaciska, a serce przyśpiesza, kiedy wpycha język do środka. Niewinny całus zmienia się w namiętny pocałunek, który każde z nas oddaje z ogromnym zaangażowaniem. Upuszczam torbę, zarzucam ręce na jego szyję i wtulam się w umięśnione ciało. W moich oczach niespodziewanie zbierają się łzy na myśl, że być może to nasze pożegnanie. Jeśli jestem w ciąży, nasze zbliżenia dobiegną końca. Jestem skończoną idiotką, bo nie tak dawno obiecałam sobie, że się w nim nie zakocham, a teraz mam wrażenie, że jest na to za późno. Nie mogę czuć do niego czegoś, co nie zostanie odwzajemnione. Na własne życzenie zafunduję sobie mnóstwo cierpienia - Uwielbiam twoje usta - szepcze cicho, prześlizgując po nich językiem. Zaciska palce w moich włosach, jakby wcale nie miał ochoty mnie puszczać, ale im dłużej tutaj stoję, tym bardziej pragnę go dla siebie - Chciałbym wejść na górę i ponownie mieć cię....
- Jedź do żony - odklejam się od niego, sięgam po torbę i ostatni raz patrzę w jego oczy - Dam ci znać.
- Freyo - marszczy brwi w zaskoczeniu. Odwracam się, wchodzę do klatki i zostawiam go za sobą.
 

Wieczorem wpada do mnie Ronnie. Nie widziałam jej przez tydzień, a nigdy nie rozstajemy się na tak
długi czas. Potrzebuję się wygadać, najchętniej rozluźniłabym się dzięki procentom, niestety o tym mogę pomarzyć, dopóki nie potwierdzę ciąży. Jestem niezmiernie ciekawa, czy ten tydzień nam wystarczył.
- Myślałam, że będziesz tryskać szczęściem, a ty jesteś przygnębiona. Co się dzieje, mała? Było tak źle?
- Wręcz przeciwnie, było cudownie. Aż za bardzo, Ronnie - wzdycham ciężko, schylam głowię i skupiam uwagę na trzymanym w dłoni kubku z gorącym kakao - Justin jest niesamowity. Dbał o mnie jak nikt inny,
a seks to marzenie. Niestety mimo obietnicy, którą sama sobie złożyłam, moje głupie serce zaczęło bić dla niego szybciej. Po tygodniu, rozumiesz? - prycham z niedowierzaniem, spoglądając na przyjaciółkę.
- Jasne, że rozumiem! A cóż cię tak dziwi, do cholery? To się nazywa zauroczenie, moja droga. Zauroczyłaś się w facecie, który jest zajebisty, nie ukrywajmy tego - porusza brwiami, uśmiechając się głupkowato. Świetnie, jeszcze tego mi brakowało - Prawdziwe z niego ciacho, a w dodatku jest milusi, dobry i jest dżentelmenem. W dzisiejszych czasach to rzadkie połączenie. Na mnie też zrobił ogromne wrażenie.
- Zauważyłam. I co ja mam teraz zrobić? Moja sytuacja jest beznadziejna, Ronnie. Justin ma żonę, a ja jestem im potrzeba tylko do urodzenia dziecka. Po tym nasze drogi rozejdą się na zawsze.
- Szlag, to nie brzmi dobrze, Frey. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to odciąć się od niego na kilka dni. Jeśli zaszłaś w ciążę, tym lepiej, bo nie będziesz musiała więcej z nim spać - na samą myśl mam ochotę rzewnie się rozpłakać. Już tęsknię za jego ramionami - Im więcej czasu będziesz z nim spędzać, tym gorzej dla ciebie. Zduś to uczucie, zanim nie rozwinęło się na dobre. Będziesz przez niego cierpieć.
- Wiem. Wolałabym, żeby był zimnym draniem, zrobił swoje i poszedł w cholerę, ale niestety tak nie jest.
- Jego żona ma szczęście. Upolować takiego faceta to jak wygranie na pieprzonej loterii. Farciara!
- Żebyś wiedziała! Na deser powiem ci, że przyjechała do nas, żeby Justin podpisał jakieś ważne papiery z firmy - Ronnie wybałusza oczy w szoku - Tsa! Czułam się jak dziwka, serio. To była strasznie krępująca sytuacja, w dodatku Marie ma w sobie coś, co mnie niepokoi. Ta jej pewność siebie mnie paraliżuje, w dodatku obrzydza mnie myśl, że pozwoliła swojemu mężowi na seks z inną kobietą. To szalone!
- Nie musisz mi tego mówić. W życiu nie zgodziłabym się na coś takiego. Co ta kobieta ma w głowie?
- Nie wiem, mało mnie to obchodzi. Wiem jedynie, że bardzo pragnie dziecka, a nie może go mieć.
- Więc lepiej wysłać mężusia, żeby sobie poużywał i zapłodnił inną. Kurwa, wpieprzyłaś się po uszy.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem - opieram głowę na oparciu kanapy i zamykam oczy. Co za komedia.
 

Weekend mija spokojnie. Większość czasu spędzam z Ronnie, z dala od moich myśli, które gdybym tylko uchyliła im furkę, przygniotłyby mnie swoją mocą. Wolałam więc chodzić na spacery, do kawiarni u Carolinie i rozmawiać z przyjaciółką, która podtrzymywała mnie na duchu. Miałam tylko ją, traktowałam
ją jak własną siostrę i byłam jej wdzięczna za wszystko, co dla mnie robiła. A robiła wiele, bo sama jej obecność podnosiła mnie na duchu. Z Ronnie przy boku jakoś wszystko było bardziej kolorowe.
- Freya! - na dźwięk swojego imienia przekręcam głowę, aby dostrzeć biegnącego w naszą stronę Samuela. Ronnie unosi brew, zakładając ręce na piersi i patrzy na mnie z chytrym uśmieszkiem. Nie wspominałam jej o Samuelu. Zapomniałam o nim przez ten tydzień - Cieszę się, że cię widzę. Jak twoje sprawy? Poukładane?
- Niezupełnie - zakładam kosmyk włosów za ucho i myślę, jak wybrnąć z sytuacji - Potrzebuję jeszcze trochę czasu, niestety to nie jest zbyt prosta sprawa, ale nie rozmawiamy o tym. Co tutaj robisz?
- Wracam od kumpla, mieszka w okolicy. Czy mógłbym zaprosić cię na kawę i porozmawiać? Proszę?
- Zabierz ją. Ja i tak muszę wstąpić do supermarketu - co?! Posyłam Ronnie mordercze spojrzenie, ale ona nic sobie z tego nie robi. Cmoka mnie w policzek i odchodzi jak gdyby nigdy nic! Zabiję ją, przysięgam!
- Idziemy? - przytakuję głową, maszeruję obok wysokiego bruneta i próbuję przygotować się na ciężką rozmowę. Czuję w kościach, co się święci i za cholerę nie jestem na to gotowa. 
 








3 komentarze:

  1. Marie jest bardzo zdeterminowaną osobą. Widzę, że jest w stanie poświęć wiele, aby osiągnąć to co chce. Tylko czy to ją zaprowadzi do upragnionego szczęścia? Frey, trzymaj się.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe czy aby justin ich nie zobaczy i znowu będą pretensje... widać że Justin leci na Fray bo przecież nie musi jej calowac i przytulać na ulicy czy gdziekolwiek...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam dziwne przeczucie ze na koniec Justin wybierze ją a nie swoją żonę ale zdaje mi sie to niemożliwe😂

    OdpowiedzUsuń