niedziela, 30 września 2018

Rozdział dziewiętnasty


Freya POV:

Czas biegł jak szalony. Żyłam jak w bańce, z każdej strony otoczona opieką i miłością Justina. Ciąża zbliżała się do końca, do porodu zostało już tylko trzy tygodnie. Był środek stycznia, Nowy Rok, nowe plany, marzenia i cele. Święta spędziłam z Ronnie, chociaż Justin wpadł do mnie na chwilę. Sylwestra niestety nie dane nam było świętować razem, ponieważ Marie wymyśliła przyjęcie z przyjaciółmi. Mimo tego Justin i tak urwał się na chwilę, przyjechał i pocałował mnie, życząc wszystkiego dobrego. Ja życzyłam sobie samej, żeby Justin wreszcie się określił, jak mi obiecał. Dałam mu potrzebny czas, jednak od października niewiele się zmieniło. Obiecał mi, że zawalczy o "nas", ale efektów nie widziałam. Przygotowywał i siebie i Marie do tego, co miało nastąpić, ale nie robił w tym kierunku zupełnie nic. Kiedy pytałam go, kiedy wreszcie zamierza się rozwieść, schylał głowę i milczał. Czułam się potwornie z myślą, że być może nasza sytuacja nigdy nie wyjdzie na prostą, a nasz związek niebawem dobiegnie końca. Nie chciałam być tą drugą, a tak się czułam. Po porodzie zmian miało być jeszcze więcej, czego nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić. Nawet zaczęłam wywierać na nim lekką presję, aby go zmobilizować, ale nieoczekiwanie sprawy same się rozwiązały. Dokładnie piętnastego stycznia Marie nas przyłapała.

*wspomnienie*
Czekam na Justina, który obiecał wpaść wieczorem. Kiedy wychodzę z kuchni i idę do salonu, drzwi do mieszkania się otwierają. Jak zawsze wchodzi pewny siebie, przystojny, szarmancki, aż zasycha mi w ustach. Atmosfera natychmiast się zmienia, a w powietrzu czuć zapach pożądania. I nim mam szansę cokolwiek powiedzieć, Justin dopada do moich ust i całuje mnie tak, aż brakuje mi tchu. Odwzajemniam ten pełen pasji pocałunek, jednocześnie pozbywając się jego kurtki, szarego sweterka i t-shitu.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo tęskniłem - szepcze w pośpiechu, podsuwa w górę moją sukienkę i wślizguje dłoń pod bieliznę. Dotyk jego palców w moim wrażliwym miejscu wysyła w całe ciało milion dreszczy, które kumulują się w dole brzucha. Wbijam paznokcie na jego ramionach, poruszam biodrami, aby wziąć dla siebie jeszcze więcej, a na jego ustach pojawia się leniwy, seksowny uśmieszek - Ty chyba również tęskniłaś, hmm? - przygryza moją wargę, zabiera palce i zabiera się za spodnie. Nie kłopocze się, żeby całkowicie się ich pozbyć, jedynie zsuwa je z bioder, unosi moją nogę i wsuwa się delikatnie. Mój spory brzuszek nie jest dla niego przeszkodzą, nauczył się robić to tak, aby nam obojgu było wygodnie - Uwielbiam się z tobą kochać, aniołku. Jesteś cudowna - patrzy mi w oczy, a jego biodra pracują wytrwale. Nie potrzebuję dużo czasu, a w moim ciele wybucha orgazm. Jęczę w jego usta, zaciskam mięśnie dzięki czemu dochodzi zaraz po mnie. Jego oddech szaleje, a pod dłonią czuję, jak szybko bije jego serce. 
- J-Justin? - na dźwięk jej głosu zamieramy oboje. Justin przekręca głowę, a ja podążam zaraz za nim. W holu stoi Marie, patrzy na nas zszokowana, a jej twarz jest blada jak ściana - Mój Boże, co ty robisz?
- Marie? - wysuwa się ze mnie, zapina spodnie i przełyka ślinę. Szlag! - Cholera, kochanie, co tutaj robisz? 
- A ty? - jest spokojna, zdecydowanie za spokojna. Poznałam Marie i wiem, że potrafi wpaść w furię w przeciągu sekundy, jeśli coś idzie nie po jej myśli - Z-zdradzasz mnie z nią? Od kiedy? Powiedz mi!
- Od samego początku - Justin odpowiada pewnie, bez zająknięcia - Nie przestałem od pierwszego razu.
- To niemożliwe - kręci głową, jak w amoku. Nie spuszcza wzroku z Justina, w jej oczach pojawiają się łzy, ale jakoś mnie to nie wzrusza - P-przecież wciąż powtarzałeś, że mnie kochasz. Nie z-zrobiłbyś mi tego.
- Porozmawiamy w domu, dobrze? - podchodzi do niej, jednak Marie nie reaguje na jego dotyk - Chodźmy.
- Nie wierzę - unosi głowę, patrzy mu w oczy, a później, co nas zaskakuje, traci przytomność. 
*koniec*


Od tego dnia minęło cztery dni. Tylko raz rozmawiałam z Justinem, który tłumaczył, że Marie jest w kiepskim stanie. Wpadła w otępienie, była przybita, smutna i rozczarowana. Nawet spędziła dobę w szpitalu, podłączona pod kroplówkę. W głosie Justina słyszałam ból i poczucie winy. Jest dobrym człowiekiem, doskonale wiedziałam, że będzie się obwiniał. Nie pomyliłam się. Wziął wszystko na siebie,
a sprawa z rozstaniem ponownie zeszła na dalszy plan. W tamtym momencie zwątpiłam w to, że kiedykolwiek uda nam się stworzyć związek. Przygotowywałam się na najgorsze. Już raz Justin wbił mi nóż w plecy, odcinając się ode mnie i ratując swoje małżeństwo. Szykowałam się na drugi cios, ale było coś o wiele gorszego. Rozstanie z moim dzieckiem, które pokochałam, chociaż nawet nie widziałam go jeszcze na oczy. Każdy jego ruch rozczulał mnie i wyciskał z oczu łzy. Godzinami leżałam na kanapie i razem z Justinem zachwycaliśmy się tym niesamowitym zjawiskiem. Myśl o jego stracie była potworna!


Prasuję koszulę, kiedy do drzwi ktoś dzwoni. Odstawiam żelazko, przechodzę hol i otwieram. Uśmiecham się szeroko na widok stojących w progu Charlotte oraz Tobiasa. Od momentu, kiedy Justin zabrał mnie do swojego domu, utrzymywaliśmy stały kontakt. To niesamowite, jak ta dwójka się o mnie troszczyła. Dzwonili regularnie, zabierali mnie na spacery, do kawiarni, a nawet do swoich rodziców. Bardzo mnie polubili, oczywiście z z wzajemnością, a mama Justina ubolewała, że jej syn tkwi w toksycznym związku.
- Hejka, kochana! Byliśmy w okolicy i postanowiliśmy cię odwiedzić. Mów śmiało, jeśli ci przeszkadzamy.
- Zwariowałaś?! Wchodźcie, bardzo się cieszę, że was widzę. Akurat się nudziłam, więc zaczęłam prasować.
- Poważnie? Mogę konać z nudów, ale nigdy nie wzięłabym się za prasowanie. Jesteś szalona, Frey!
- Tak, to możliwe - uśmiecham się szeroko i prowadzę ich do salonu - Opowiadajcie, co u was słychać?
- Właściwie to nic się nie dzieje. No, oprócz tego, że Tobias wciąż liczy, że ukradnie cię Justinowi.
- Och, goń się siostra, okej? - burczy pod nosem, a ja chichoczę. Przy każdym spotkaniu Tobias uroczo ze mną flirtuje, kompletnie nie przejmując się tym, że pod sercem noszę dziecko jego brata - Ale swoją drogą, zastanów się nad tym poważnie. Jestem dobrą partią - puszcza mi oczko, na co się zawstydzam - Skoro mój brat nie może się zdecydować, szkoda twojego czasu na czekanie - ouć, tu trafia w punkt.
- A propos Justina - Charlotte wzdycha, spoglądając na mnie smutno - Ta suka Marie nie odstępuje go na krok, rozumiesz to?! Była w szpitalu i udaje wielce pokrzywdzoną. Ja wiem, że to tylko cholerna gra, widzę to w jej oczach. Chce zatrzymać przy sobie Justina kosztem wszystkiego. Ponoć dowiedziała się o waszym romansie, tak? - przytakuję, spuszczając głowę i wpatrując się w swoje dłonie - I świetnie, dobrze jej tak. Jaka szkoda, że mój brat ma klapki na oczach i zbyt wrażliwe serce, aby zobaczyć, co wyprawia ta wariatka. Zatrzymuje go przy sobie biorąc go na litość. No kurwa obłęd. Ona ma nierówno pod sufitem.
- Rozmawiałem z nim wczoraj wieczorem - spoglądam na Tobiasa zaciekawiona - Od słowa do słowa wspomniałem mu o tobie, aż cały się spiął. On cię kocha, Freyo, ja to wiem, bo jest moim bratem i doskonale go znam. Wiem też, że zgubił się gdzieś po drodze, a Marie ma na niego ogromny wpływ. Od samego początku miała nad nim kontrolę, manipulowała nim i wystarczyło, że zrobiła maślane oczy, a Justin przychylał jej cały świat. Jeśli mam być z tobą szczery, on jej nie zostawi. Nie da po prostu rady.
- Bredzisz, Tobi - Charlotte gani go spojrzeniem - On kocha Freyę, do Marie jest jedynie przywiązany. Sporo razem przeszli i myśli, że to wystarczy, aby trzymać się przy niej. Niech urodzi się dziecko, a otrząśnie się.
- To już całkiem niedługo, niewiele pozostało - uśmiecham się do siebie i układam dłonie na moim dużym brzuszku - Jeśli Justin z nią zostanie, będę musiała oddać im moje dziecko. Właśnie to mnie przeraża.
- Nie martw się, porozmawiam z nim i powiem mu, żeby wziął się kurwa w garść. Ma obok siebie tak cudowna kobietę, a marnuje życie przy manipulantce! Marie robi mu niezły kocioł w głowie. 


Wieczorem odwiedzam Dorothy. Z racji tego, że poród już tuż tuż, kontrole są dużo częściej. Podłącza mnie pod KTG i obie słuchamy bicia serduszka mojego synka. W moich oczach zbierają się łzy, a niepewność dobija. Czy faktycznie Justin nie da rady zostawić Marie i będę zmuszona oddać mojego maluszka? Przez cały czas tli się we mnie iskierka nadziei, że Justin postanowi odejść od rudzielca i wspólnie będziemy mogli wychować nasze dziecko. Jeśli tak się nie stanie, moje serce pęknie.

Spod kliniki odbiera mnie Justin, który wraca dzisiaj późno z pracy. Wita mnie czułym buziakiem i słowami; "Tęskniłem, aniołku". Obserwuję go kątem oka, w skupieniu prowadzi samochód, a jego szczęka jest zaciśnięta. Jest przygnębiony, przez co i mój humor gdzieś ulatuje. Wiem, że obecna sytuacja mocno go męczy, ale w końcu trzeba ją rozwiązać. Nie możemy żyć we trójkę, tak się po prostu nie da. Ma zamiar wychowywać z żoną moje dziecko i wpadać do mnie na numerki? Nigdy w życiu! To byłoby obrzydliwe.
- Jak czuje się twoja żona? - pytam, aby przerwać tę niezręczną, duszącą ciszę w samochodzie.
- Średnio. Od kiedy nakryła mnie na zdradzie, jest smutna. Nie wypomina mi tego, po prostu milczy, a to jest chyba jeszcze gorsze. Potwornie ją zraniłem, a nie to miałem w zamiarze. Cóż, ponoszę konsekwencje swojego zachowania - wzrusza ramionami i zatrzymuje się na światłach - Lepiej powiedz, jak ty się masz.
- Dobrze. Dorothy powiedziała, że mały waży niecałe trzy kilogramy i jest gotowy, aby przyjść na świat.
- Boże, nie mogę doczekać się tego momentu. Czekałem na to cztery lata plus dziewięć miesięcy.
- Na pewno będziesz wspaniałym ojcem, Justin. Jesteś dobrym człowiekiem, kochaj go również za mnie.
- O czym ty mówisz? - spogląda na mnie zdziwiony, marszcząc swoje grube brwi - Freyo, powiedz mi.
- To proste. Skoro nadal między nami nic się nie zmieniło, wychowasz nasze dziecko z żoną, nie ze mną.
- Nie mów tak. Zostało jeszcze trochę czasu, tak? Marie wydobrzeje i wtedy poproszę ją o rozwód.
- Oboje wiemy, że Marie ma na ciebie ogromny wpływ, manipuluje tobą, a ty jej na to pozwalasz.
- Dlaczego do cholery mówisz to samo, co moja rodzina, huh? - burczy wkurzony i z piskiem opon rusza ze świateł - Jestem dorosłym mężczyzną, nikt mną nie manipuluje, Freyo, a już na pewno nie kobieta.
- Więc jesteś ślepy, skoro tego nie widzisz. Marie nic nie dolega, po rozwodzie też będzie cierpieć.
- Skąd wiesz, że nic jej nie dolega, hmm? A może moja siostra nagadała ci na nią kolejnych bzdur?
- Była u mnie dzisiaj razem z Tobim. Twierdzi, że Marie udaje, aby litością zatrzymać cię przy tobie.
- Obie zwariowałyście! - podnosi głos, aż się wzdrygam - Marie mnie kocha, jest moją żoną, a wy ubzdurałyście sobie coś w tych głowach i paplacie jęzorami bez końca! Znam ją od siedmiu lat, nigdy nie zrobiła nic, aby mnie zranić, więc przestańcie. Obie! - obrzuca mnie wściekłym spojrzeniem, parkuje przed apartamentem i ściska kierownicę, aż bieleją mu palce - Uciekaj, aniołku. Odpocznij. Zadzwonię później.
- Nie musisz - szepczę cicho, wyskakuję z samochodu jak z procy i wchodzę do klatki.

Biorę długą kąpiel, próbując się rozluźnić. Nie udaje mi się to, przez co powracają dziwne bóle brzucha, które czułam w trzecim miesiącu. Krzywię się na skurcz, który jest dość bolesny i chwytam brzeg umywalki. Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale przeczuwam, że to przez nadmiar stresu. Dorothy zaleciła dużo odpoczynku przed porodem, niestety Justin zafundował mi niezłą pogadankę. Nie mam mu za złe, że broni własnej żony, pewnie będąc mężatką też stanęłabym w obronie ukochanej osoby. Może jest zmęczony tym, że Charlotte wciąż truje mu głowę, narzekając na Marie. W końcu Justin zna ją najlepiej.

Gaszę światła, kierując się do sypialni. Dochodzi dwudziesta druga, po szklance ciepłego mleka czuję się ciut lepiej, chociaż nadal czuję to bulgotanie w brzuchu. W dodatku mały nie wierci się jak zawsze, a to odrobinę mnie martwi. Jakby tego było mało, ktoś zaczyna walić do drzwi - dosłownie. W ruch idą pięści,
a ja zaczynam się bać. Nie mam pojęcia, kto postanowił złożyć mi wizytę i to w dodatku o tej godzinie,
ale kiedy tylko uchylam drzwi, krew odpływa mi z twarzy. Przede mną stoi Marie, która wbija we mnie te zielone ślepia i uśmiecha się triumfalnie. W tym momencie wiem już, że to będzie ciężka rozmowa.
- Witaj - wchodzi do środka, jakby była u siebie i trzaska drzwiami - Postanowiłam złożyć ci wizytę, aby raz na zawsze dobitnie wyjaśnić sytuację, w której się znalazłaś. Jak widzisz, czuję się wspaniale - obraca się, a jej zwiewna sukienka wiruje wokół. Podziwiam ją, że nie jest jej zimno, mamy styczeń do diaska! - Myślałaś, że nie podejrzewałam tego, co się dzieje? - poważnieje, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i przyciska mnie do ściany - Czułam, że mój mąż cię posuwa, ale nie miałam pewności, aż do tego pięknego dnia, kiedy was nakryłam. Wspaniała gra aktorska, czyż nie? - puszcza mi oczko, prychając dumnie - Wystarczyło poudawać wielce skrzywdzoną, popłakać, wylądować w szpitalu, a mój mąż przybiegł niczym pies obronny, aby się mną zaopiekować. Jest kochany, wiesz? Dba o mnie, przytula, ściera z policzków łzy i odgania smutek. Kocha się ze mną nocami, czasami delikatnie, a momentami pieprząc mnie ostro - przenosi dłoń na moją szyję, a strach miażdży mi wnętrzności. W jej oczach dostrzegam obłęd, który mnie paraliżuje - Justin jest mój, ty mała dziwko, nigdy ci go nie oddam. Może cię kochać i posuwać, ale nigdy, kurwa, nie, będzie, twój! - syczy wprost w moją twarz, a ja wstrzymuję oddech. Próbuję grać twardą, ale łzy już czają się gotowe do wypłynięcia. Zdaję sobie sprawę, że Marie nie pozwoli nam być razem - Jesteś tak beznadziejnie naiwna, że aż mi ciebie żal. Żałosna dziewucha, która poleciała na grube miliony, ale rozumiem cię. Byłaś na dnie, a pół miliona to nie byle jaka kwota, prawda? - przechyla głowę, uważnie mi się przyglądając. Mój oddech szaleje i w tym momencie naprawdę się boję. Nie o sobie, ale o Gabriela - Jeśli spróbujesz odebrać mi Justina, zniszczę cię. Wyciągnę przeciw tobie najcięższe działa, moja droga, ale nie dopuszczę, abyś mi go zabrała. Jest moim mężem, moją własnością i tak zostanie już na zawsze. Niebawem urodzisz nasze dziecko - uśmiecha się złośliwie, przykładając dłoń do mojego brzuszka - A potem znikniesz z naszego życia. Jeśli tego nie zrobisz... - przysuwa usta do mojego ucha, a to, co mówi, przeraża mnie do szpiku kości - ... zabiję cię i nawet nie drgnie mi powieka - odsuwa się, schyla i mówi do mojego brzucha - Do zobaczeni niedługo, syneczku. Mamusia na ciebie czeka - po tych słowach całuje go czule, ostatni raz łypie na mnie z mordem w oczach i wychodzi, trzaskając drzwiami.
Osuwam się w dół, otulam brzuch dłońmi i wybucham płaczem. Moje serce zaciska niewidzialna pięść, a ostatnia iskierka nadziei ucieka pokonana. Cała drżę, a jej okrutne słowa niczym echo odbijają się w mojej głowie. Nie wierzę, że w jednej chwili potrafi się tak zmienić. Raz słodka, niemal do porzygu, a za chwilę suka, gotowa wbić nóż prosto w serce. Jedno jest pewne; nie chcę zadzierać z tą kobietą.

Nie wiem, ile czasu mija. Może pięć minut, może dwadzieścia, a może godzina. Do świadomości przywraca mnie potworny ucisk w brzuchu i coś mokrego, co spływa mi po nogach. Zaczęło się...





piątek, 28 września 2018

Rozdział osiemnasty


Freya POV: 

W środę budzi mnie dzwonek do drzwi. Jestem zdziwiona, kto składa mi wizytę o dziewiątej rano, więc niechętnie zwlekam tyłek z łóżka i człapię otworzyć. Wiem, że po drugiej stronie stoi ktoś, kogo się nie spodziewam. Justin posiada klucze, a Ronnie wchodzi jak do siebie. Nie mylę się, kiedy tylko uchylam drzwi, a po drugiej stronie stoi uśmiechnięta od ucha do ucha Marie. Mam ochotę walić głową w ścianę.
- Przepraszam, że przyjechałam tak wcześnie, ale musiałam cię zobaczyć! - piszczy uradowana, pakuje się do środka i rzuca kolorowe torby na podłogę. Przewracam oczami, dołączam do niej i siadam na kanapie - Justin powiedział mi, że to chłopiec! - szlag! - Tak bardzo się cieszę, Freyo! Mam ochotę podarować ci cały świat za to, co dla nas robisz - jej słowa są niemal jak policzek, przywracający mnie do rzeczywistości. Nie ma pojęcia, co ją niebawem czeka. Jeśli Justin planuje rozwód, nigdy nie weźmie w ramiona mojego syna. Jasna cholera, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej - Justin wybrał już dla niego imię, Aiden.
- P-piękne - jąkam się zaskoczona, ledwo mogąc wydukać z siebie to jedno słowo. Co on wyprawia?
- Tak, zdecydowanie! Będzie idealnie pasować. Aiden Price. Ach! Będę go kochać i rozpieszczać.
- Wierzę. Na pewno będziesz wspaniałą mamą, Marie - burczę pod nosem, starając się zachować pozory. Jej wizyta wytrąciła mnie z równowagi, a mój dobrze zapowiadający się dzień, zmienia się w porażkę.
- Należą ci się przeprosiny, Freyo - siada obok i chwyta moją dłoń. Odruchowo chcę ją zabrać, ale jakimś cudem się powstrzymuję - Wybacz, że zaniedbaliśmy cię przez ten miesiąc, ale musieliśmy pobyć we dwoje z Justinem. Ostatnio miał dla mnie bardzo mało czasu, praca pochłaniała każdą chwilę i coś zaczynało się... kruszyć. Kochamy się, zawalczyliśmy i jesteśmy szczęśliwi - uśmiecha się czule, a żołądek podchodzi mi do gardła. Boże. Komu powinnam wierzyć? Nie mam ochoty zgadywać, kto mówi pieprzoną prawdę!
- Spokojnie. Nie musisz mi się tłumaczyć, rozumiem to. Cieszę się, że udało wam się wyjść na prostą.
- Tak, ja również się cieszę. O miłość trzeba dbać zawsze, nie od święta. Jeśli się ją zaniedba, pewnego dnia wygaśnie - tsa, coś w tym jest - Czy mogłabym dotknąć twojego brzucha? - zawstydza się, a moje zaskoczenie wybija skalę. Tylko Justin go dotyka, ewentualnie Ronnie, ale nikt obcy. Cholera, to strasznie krępujące! - Tylko na sekundę - przytakuję głową, próbując ukryć zażenowanie. Marie niepewnie układa dłoń na moim brzuchu i czule gładzi go kciukiem. Mam ochotę wtopić się w kanapę - To musi być niesamowite uczucie, nosić w sobie nowe życie. Pragnęłam dać Justinowi dużo dzieci, niestety nie jest to możliwe. Dziękuję ci, Freyo - ociera pojedynczą łzę, wpatrując się w mój brzuch. 


Po południu umawiam się z Charlotte, która do mnie zadzwoniła. Nie spodziewałam się telefonu akurat od niej, ale bardzo się ucieszyłam. Polubiłam ją niemal od razu, ponieważ była zabawna, roztrzepana i miła. Potraktowała mnie jak kumpele, chociaż praktycznie w ogóle się nie znamy. W dodatku zdradziła ważne szczegóły na temat Marie. Wierzyłam jej i zamierzałam być ostrożna w stosunku do rudzielca.
- O.em.dżi, ależ ty pięknie wyglądasz, dziewczyno! - krzyczy wesoło, aż kilka osób odwraca wzrok, ale ona się tym nie przejmuje i miażdży mnie w uścisku - Kwitniesz, moja droga! Och! I urósł ci brzuszek!
- Cóż, skoro jestem w ciąży to chyba całkiem normalne, prawda? - puszczam jej oczko, chichocze pod nosem i ciągnie mnie w stronę niebieskiej kanapy pod oknem - Dawno cię nie widziałam. Jak się masz?
- Świetnie, ale nauka wyszła na pierwszy plan i wiesz, jaki to ból. A ty? Jak się czujesz? Jak dzidziuś?
- Czuję się dobrze, a raczej rewelacyjnie. Nic mi nie dolega, nie mam żadnych dolegliwości, więc nie narzekam. Z dzidziusiem wszystko w porządku, rośnie jak na drożdżach. Poznaliśmy płeć. To chłopiec.
- Poważnie?! - piszczy głośno, aż mam chęć zatkać sobie uszy. Siedzący nieopodal mężczyzna kręci głową zdegustowany zachowaniem Charlotte - Rany! To takie ekscytujące, Freyo! A imię już macie?
- T-tak - zakładam kosmyk włosów za ucho i myślę, które powiedzieć. Stawiam na to, które wymyślił Justin, skoro powiedział o nim Marie. Lepiej nie mieszać - Justinowi bardzo spodobało się Aiden, Marie również.
- Ble, mogłaś o niej nie wspominać - wystawia język z obrzydzenia, a ja nie mogę powstrzymać szerokiego uśmiechu - Wciąż nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. Ostatnio, kiedy wspomniałam o tobie przy obiedzie, szlag ją trafił. Nie masz pojęcia, jaki mieliśmy ubaw z Tobiasem - porusza brwiami, siorbiąc przez słomkę mrożoną kawę - Nie mam zamiaru być miła dla kogoś, kto nie jest miły dla mnie. Marie to suka.
- Była u mnie dzisiaj - Charlotte wybałusza oczy i przysuwa się nieco bliżej - Wpadła jak tornado, cała rozpromieniona na wieść, że to będzie chłopiec. Najgorsze było to, kiedy zapytała, czy może położyć dłoń na moim brzuchu. Nie masz pojęcia, jak niezręcznie się wtedy poczułam. To było... dziwne!
- Poważnie to zrobiła? Cholera, to niestosowne! Rozumiem Justina, jest ojcem, ale ona? Ledwo się znacie.
- Dokładnie. Ciebie też nie znam zbyt dobrze, ale nie miałabym nic przeciwko, gdybyś chciała go dotknąć. Po prostu Marie ma w sobie coś takiego, co mnie od niej odpycha. Niby gra miłą, ale taka nie jest.
- Oczywiście, że nie jest. Przywdziała maskę idealnej żony i synowej, gra przed moimi rodzicami, którzy biedni nie mówią nic złego, bo nie wypada. Ja to pieprzę. Poznałam jej prawdziwą twarz, a to, że zrobiła z mojego brata swojego pupilka doprowadza mnie do pieprzonego szaleństwa. Cholerna ruda jędza!
- Justin wspominał mi o rozmowie z mamą. Wiesz, że powiedziała mu, że powinien wziąć rozwód?
- Okej, robi się coraz ciekawej - Charlotte klaszcze w dłonie, a jej uśmiech jest przeogromny! - Mama ma dobry wpływ na Justina i jest jedyną osobą, której zdanie bierze pod uwagę. Ona widzi, jak bardzo się męczy, że coś się zepsuło, wypaliło i być może przyszedł czas na zmianę. Helloł! Ludzie biorą ślub, rozwodzą się, a potem biorą go znowu, takie czasy. Nie wiem, co stopuje mojego brata. Widzę cię na oczy po raz drugi, a już cię uwielbiam, dziewczyno! Chciałabym mieć taką bratową. Justin musi działać.
- Ja również cię uwielbiam, Charlotte, ale daj Justinowi trochę czasu. Spędził z Marie długie, cztery lata, nie może walnąć jej ot tak, że chce rozwodu. Żadna kobieta nie zasługuje na coś tak okrutnego.
- I tu się mylisz moja droga. Karma to suka, zawsze wraca. Do Marie też wróci, to tylko kwestia czasu. 


W drodze do domu piszę wiadomość do Justina i proszę, aby wyjaśnił mi, dlaczego powiedział Marie o drugim imieniu. Może to nieistotny szczegół, ale chciałabym to wiedzieć. O ile sobie przypominam, imię Gabriel bardzo mu się spodobało, więc dlaczego nagle zmienił zdanie? Na szczęście odpisuje dość szybko, niestety nie dowiaduję się tego, co chcę wiedzieć. Pisze tylko, że porozmawiamy w cztery oczy. 

O siedemnastej wyskakuję do pobliskiego supermarketu. Nim mam jednak szansę do niego dotrzeć, przy krawężniku zatrzymuje się biały SUV. Doskonale wiem, do kogo należy, ponieważ widziałam go, kiedy przyjechała do domu Justina za miastem. Jest ostatnią osobą, z którą mam ochotę rozmawiać. Szlag!
- Hej - wyskakuje z auta z tym sztucznym uśmiechem, od którego mnie mdli i ściska mnie na powitanie - Ja tylko na moment. Chciałam zapytać, czy masz jutro czas? Chętnie zabrałabym cię na zakupy. Co ty na to?
- Na zakupy? Ale ja niczego nie potrzebuję, Marie. To miłe, ale naprawdę niepotrzebne. Nie kłopocz się.
- Ależ to żaden kłopot, Freyo! Jestem na siebie zła, że cię zaniedbałam, dlatego chcę nadrobić ten stracony czas. Pójdziemy na obiad, na zakupy, a potem może odwiedzimy spa? Masaż dobrze ci zrobi.
- Niestety jutro jestem na uczelni. Mam wykłady od dwunastej do siedemnastej, a potem będę zmęczona.
- Och, szkoda. Może lepiej odpuść sobie zajęcia, aż do porodu? Nie powinnaś się za bardzo przemęczać.
- Dziękuję za twoją troskę, ale nie przesadzajmy. Ciąża to nie choroba, a na wykładach tylko siedzę.
- No właśnie! Ciągłe siedzenie nie jest dobre, Freyo. Mogą puchnąć ci nogi, powinnaś o tym pomyśleć.
- Nie mam zamiaru zaniedbywać studiów przez ciążę, ponieważ czuję się świetnie i dziecko ma się dobrze.
- Mam taką nadzieję. Nie chciałabym wydać pół miliona dolarów na coś uszkodzonego - obrzuca mnie obojętnym spojrzeniem, odwraca się i wsiada do swojego wypasionego samochodu, po czym odjeżdża z piskiem opon. Stoję z uchylonymi ustami i nie dowierzam, że coś takiego przeszło jej przez gardło. 


Przygotowuję kolację, na którą zapowiedział się Justin. Robię moją ulubioną, makaronową zapiekankę, a na deser rogaliki z czekoladowym nadzieniem. Staram się zająć czymś myśli i nie zaręczać się Marie, która dzisiaj ostro przesadziła. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby powiedzieć coś takiego? Tak, zdaję sobie sprawę, na co się pisałam, ale czy musiała tak dobitnie mi o tym przypomnieć? W jednej chwili ze słodkiej kobiety zmieniła się w zimną sukę bez uczuć. Nie dziwię się Charlotte, że jej tak bardzo nienawidzi.
- Gdzie jesteś, aniołku? - Justin sprowadza mnie na ziemię. Unoszę głowę, a jego lekki uśmiech odgania smutek - Stoję tutaj od kilku minut, a ty lepisz te rogaliki i nawet nie mrugniesz. Co jest, maleńka?
- Nic wielkiego, po prostu się zamyśliłam. Lepiej daj mi buzi - oblizuje usta, w drodze zsuwa z ramion kurtkę, odwiesza ją na oparcie krzesła i porywa mnie w swoje ramiona, po czym całuje namiętnie.
- Mmm, smakujesz czekoladą. Mam ochotę posmarować nią twoje ciało i zlizywać kawałek po kawałku.
- H-hej - zawstydzam się na jego słowa, ale pożądane już rozchodzi się ciepłem po moim ciele. To dziwne, ale moje libido skoczyło zdecydowanie w górę - Najpierw kolacja. Będzie makaronowa zapiekanka.
- Brzmi świetnie - ostatni raz cmoka mnie w usta, siada po drugiej stronie wyspy kuchennej i opiera łokcie na blacie, po czym wlepia we mnie te brązowe ślepia - Marie mówiła mi, że cię odwiedziła - i mój spokój szlag trafia. Jaka szkoda, że musiał o niej wspomnieć - Co się dzieje, Freyo? Czy coś ci powiedziała?
- Właściwie oprócz tego, że napomknęła, iż powinnam odpuścić sobie zajęcia i że za uszkodzone dziecko nie da mi pół miliona, to chyba nic - obojętnie wzruszam ramionami, a Justin głośno wciąga powietrze.
- Co?! Nie wierzę, że posunęła się tak daleko! Zwariowała? Jakim prawem odezwała się do ciebie w ten sposób?! Nawet słowem nie pisnęła, jak cię potraktowała. Szczebiotała wesoło, że zaprosiła cię na zakupy!
- Zrobiła to. Odmówiłam, ponieważ nie chcę spędzać czasu z twoją żoną, tego nie było w umowie. Po tym się zezłościła i wyskoczyła z tekstem, że studia to kiepski pomysł, bo się przemęczam. Od słowa do słowa doszła do pieniędzy, których mi nie da, jeśli zaszkodzę dziecku. Nie chcesz wiedzieć, jak się poczułam.
- Boże, Freyo, tak mi przykro - zrywa się na równe nogi, bierze z moich dłoni ciasto i odkłada je na blat, a potem obejmuje mocno. Zamykam oczy i odprężam się w jego silnych ramionach - Nie obawiaj się, sprowadzę ją do pionu. Nigdy nie powinna była mówić czegoś takiego. Kompletnie jej odbiło.
- Ja wiem, jakie mam zadanie do wykonania, chociaż liczę na to, że weźmiesz sprawy w swoje ręce, Justin - unoszę głowę, aby spojrzeć mu w oczy, w których widzę tę miłość, którą mnie darzy - Zrobisz to?
- Zrobię, aniołku. Uwierz we mnie, daj mi czas i pozwól działać. Marie się nie przejmuj, pogadam z nią.

- W porządku. Po prostu nie chcę, żeby mówiła takie rzeczy. Nie jest mi łatwo, nie musi mnie dobijać.
- Oczywiście, rozumiem to doskonale. Nie mam pojęcia, co w nią wstąpiło, ale grubo przesadziła.
- Dlaczego powiedziałeś jej o drugim imieniu? Myślałam, że spodobało ci się moje imię. Zmieniłeś zdanie?
- Nie, maleńka, nie zmieniłem - uśmiecha się czule i odgarnia kilka kosmyków moich włosów. Nawet takie gesty ogromnie mnie cieszyły - Po prostu... pomyślałem, że zostawię to imię w tajemnicy, aby było tylko dla nas. Nie chcę, aby Marie o nim wiedziała. Wiesz, co mam na myśli? - przytakuję, a wzruszenie odbiera mi mowę - Nasz syn będzie miał na imię Gabriel, ale na razie nikt nie musi o tym wiedzieć. Kiedy uporządkuję swoje sprawy, a liczę na to, że będzie to przed porodem, urodzisz, a potem go ochrzcimy.

- Och, Justin. Jestem taka szczęśliwa - uśmiecham się przez łzy, które po chwili moczą moje policzki.

Po kolacji wylegujemy się na wygodnym, ogromnym łóżku w sypialni. W tle leci jakiś film, jednak Justin skupia uwagę na moim brzuchu. Podwinął koszulkę do góry, kreśli palcem różne wzory i co chwilę go całuje. Patrzę na niego z rozczuleniem, ponieważ nie spodziewałam się, że tak wczuje się w rolę. Jeszcze kilka dni temu wylewałam za nim łzy, a teraz jest tutaj ze mną, z naszym dzieckiem. 




******************************************
Hejo! :)
Rozdział taki "przejściowy", w kolejnym przeskok czasowy :)
Czuwajcie, bo pojawi się w weekend :D

Buziaki

Kasia







wtorek, 25 września 2018

Rozdział siedemnasty


Justin POV:

Miesiąc bez Freyi. Pieprzone trzydzieści dni przygnębienia, zawieszenia i udawania. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie cierpię, bo ból nie opuszcza mnie od dnia, kiedy widziałem ją po raz ostatni, a było to na początku września. Boże! Dzisiaj wybił trzeci październik, naprawdę nie widziałem jej tak długo?
Nie mam pojęcia, jak przeżyłem ten miesiąc. Mam wrażenie, że moja dusza uleciała gdzieś wysoko, a ciało pchało mnie do przodu. Czułem się jak wrak człowieka, na zewnątrz jednak nadal byłem szefem firmy, która pięła się w górę. Zawsze zadbany, z ułożonymi włosami, w drogim garniturze, niedający po sobie poznać, co dzieje się wewnątrz mnie. A działo się dużo, bardzo dużo. Moje serce umierało z tęsknoty, pragnęło jedynie Freyi, ale uparłem się, że nie mogę jej zobaczyć. Jeśli bym to zrobił, złamałbym się i cały proces zacząłby się od nowa, a na to pozwolić sobie nie mogłem. Kochałem swoją żonę, która odżyła, wypiękniała i tryskała szczęściem. Cieszyłem się, że przynajmniej ona jedna jest zadowolona. Tylko to się dla mnie liczyło. Zraniłem ją, robiłem to przez cztery miesiące, a ona nawet o tym nie wiedziała. Sam nie wiem, jak mogłem po tym wszystkim spojrzeć sobie w oczy. Nie zasłużyła na coś tak okrutnego, niestety to było silniejsze ode mnie. Walczyłem z uczuciem do Freyi, ale poddałem się zbyt szybko i wylądowałem w jej ramionach. Uzależniła mnie od siebie, była jak najlepsza kawa, którą kochałem pić w pracy. A potem postanowiłem to przerwać, odciąć się od niej i skrzywdzić tak, jak skrzywdziłem żonę. 


Po pracy jadę mamy. Chciała się ze mną spotkać, na szczęście była sama, za co dziękowałem Bogu. Charlotte i Tobias to ostatnie osoby, które chciałem dzisiaj zobaczyć. Kochałem ich szczerze, ale w tym momencie wbiliby mi nóż w plecy, pytając o Freyę. Nie umiałbym im odpowiedzieć.

Parkuję na podjeździe, wchodzę do domu i idę przez hol, aby dotrzeć do kuchni. Mama jak zwykle urzęduje w swoim królewskie, miesza coś w misce, a na mój widok marszczy brwi. Doskonale mnie zna, nie musi pytać, aby wiedzieć, że coś jest nie tak. Moja twarz mówi jej więcej, niż mogłyby powiedzieć słowa.
- Boże, syneczku! Co się stało? - rozwiązuje różowy fartuszek, podchodzi i miażdży mnie w matczynym uścisku. Obejmuję ją mocno, zamykam oczy, a po moich policzkach płyną łzy. Pozwalałem sobie na to jedynie w samotności, aby nikt nie widział mojego cierpienia - Przerażasz mnie, co się dzieje?
- Zostawiłem ją, mamo. Z-zostawiłem - jąkam się jak dzieciak, a moje ciało drży niekontrolowanie.
- Och, chyba nie mówisz o Freyi? - przytakuję, bo to jedyne, na co mnie stać - Ale dlaczego, Justin?
- Bo ją kocham, mamo. Bardzo! Marie nie zasługuje, abym był dla niej takim fiutem. To moja żona.
- Och, skarbie - głaszcze mnie po plecach, a ja czuję się jak mięczak. Mam trzydzieści jeden lat, a szukam pocieszenia w ramionach matki - Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo się męczysz, wiesz? Dlaczego wmawiasz sobie tak wiele rzeczy, które nie są prawdą, hmm? Nie kochasz Marie tak, jak dawniej.
- To prawda, ale kiedy patrzę jej w oczy i widzę tę wielką miłość, którą ona mnie darzy, nie potrafię nic zrobić. Spędziłem z nią łącznie siedem lat. Przeżyliśmy ciężkie chwile, pragnęliśmy dziecka. Nie masz pojęcia, ile łez wylaliśmy po tym, kiedy dowiedzieliśmy się, że jest bezpłodna. Jak mam ją zostawić?
- Nie wiem - odpowiada cicho, odsuwa mnie i patrzy mi w oczy - Jesteś do niej bardzo przywiązany, ale to już bardziej przyzwyczajenie, niż miłość, synku. Sam siebie unieszczęśliwiasz. Chcesz tak żyć?
- Nie mam pojęcia - ocieram łzy, przecieram twarz rękami i biorę się w garść - Nic już nie wiem. 


Parkuję na dobrze znanej mi ulicy. Wychodzę z samochodu, spoglądam w górę i odliczam pięćdziesiąte siódme piętro, na którym mieszka Freya. Nie powinno mnie tutaj być, a mimo to jestem, stoję przed ogromnym apartamentowcem i głowię się, czy powinienem wejść na górę. Mama jeszcze długo suszyła mi głowę, próbując wytłumaczyć, jak źle postępuję. Może miała rację, ale nie mogłem tak po prostu opuścić Marie. Do dzisiaj pamiętam jej załamanie, kiedy nadeszły ciężkie dla nas dni. Jak zareagowałaby na wieść, że odchodzę do kobiety, która miała nam urodzić dziecko? To by ją złamało, a wszystkiemu winny byłbym ja. Niby jak udźwignąć na swoich barkach taki ciężar? Nie jestem na to gotowy, jeszcze nie teraz.
- Co ty tutaj robisz? - wściekły głos Ronnie sprowadza mnie na ziemię. Schylam głowę, patrzę jej w oczy, ale te rzucają jedynie pioruny - Tak po prostu stoisz i się gapisz? Kurwa! Co jest z tobą nie tak, koleś?
- Zastanawiam się, czy powinienem wejść na górę - wsuwam dłonie w kieszenie jeansów, a Ronnie prycha.
- Najchętniej powiedziałabym ci, żebyś spieprzał tam, skąd przyszedłeś, ale nie mogę decydować za Frey. Wiedz tylko, że to, co jej zrobiłeś, było ciosem poniżej pasa, wiesz? - wtyka palec w mój tors i mimo tego, że jest sporo niższa, podziwiam ją za odwagę - Przychodziłeś wtedy, kiedy miałeś ochotę na amory, ba, zakochałeś się w niej, zamiast odejść zaraz po tym, jak udało jej się zajść w ciążę. Mydliłeś jej oczy, mając żonę, a potem odszedłeś i zostawiłeś ją, jakbym była śmieciem - spluwa z pogardą, a ja mam ochotę zniknąć. To, co teraz czuję wręcz wgniata mnie w ziemię - Na dodatek jest w ciąży i jest to twoje dziecko. Powinieneś jej pomagać, wspierać, bo jest jeszcze taka młoda! Ty ją w to wszystko wciągnąłeś, więc teraz ty ją z tego wygrzebiesz. Gówno mnie obchodzi, jak to zrobisz - po tych słowach odwraca się i po prostu odchodzi, zostawiając mnie samego. Gapię się w jej plecy zszokowany, ale i zmobilizowany do działania.
- Dajesz, stary - szepczę do siebie, poprawiam kurtkę i wreszcie wchodzę do budynku. Jazda windą na górę mija szybciej, niż bym tego chciał, a kiedy przemierzam długi korytarz, mój żołądek wywija salto. Jestem potwornie zestresowany i boję się, że Freya zamknie mi drzwi przed nosem. Nie zdziwiłabym się. W końcu sobie na to zasłużyłem - Nie biadol - karcę samego siebie, unoszę dłoń i pukam dwa razy. Słyszę odgłos bosych stóp, uderzających o płytki, a po chwili drzwi się otwierają, ukazując w progu moją dziewczynkę. Chryste! Mam ochotę rozpłakać się na jej widok! Mam wrażenie, jakbym nie widział jej o wiele dłużej.
- Justin? - pyta tak cicho, że ledwo ją słyszę. Patrzy na mnie zaskoczona, lekko rozchyla usta, a po chwili zaciska je, jakby przypomniała sobie to, co zrobiłem - Nie spodziewałam się ciebie. Co tutaj robisz?
- Jestem? - odpowiadam pytająco, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy - Możemy porozmawiać?
- T-tak - przepuszcza mnie w drzwiach, wchodzę do środka i idę wprost do salonu. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to biała teczka z umową, o której już zapomniałem. Jest niedomknięta, dzięki temu dostrzegam podpis Freyi - Więc? O czym chciałeś porozmawiać? - staje pod oknem, niepewnie mi się przyglądając.
- Boże, tak bardzo za tobą tęskniłem - nim mam szansę przeprosić, rozpadam się. Klękam przed nią, przytulam się do jej znacznie większego brzucha i szlocham jak małe dziecko, trzęsąc się jak galareta. Przez chwilę Freya stoi spięta, jakby mój dotyk ją sparaliżował, a po chwili czuję na głowie jej dłonie. Wsuwa palce w moje włosy, przeczesuje delikatnie, co przypomina mi wszystkie chwile, kiedy to robiła.
- Ja też za tobą tęskniłam, Justin - szepcze cicho, unoszę głowę, a na jej policzkach dostrzegam łzy, które ciurkiem płyną w dół - Liczyłam, że się pojawisz, ale ty nie przychodziłeś. Dlaczego dałeś mi nadzieję?
- Wybacz mi - staję na nogi, ujmuję jej twarz w dłonie i całuję w czubek nosa - Błagam cię, wybacz mi, aniołku. Nie chciałem tego, nie chciałem cię zranić, przysięgam na wszystko! Kocham cię, potwornie cię kocham, a moje uczucie wszystko skomplikowało. Powinienem był odejść, póki był na to czas, ale uzależniłaś mnie od siebie. Odseparowałem się na miesiąc i spójrz, gdzie teraz jestem. Przy tobie.
- Pytanie tylko, na ile będziesz? Oboje wiemy, że to nie ma przyszłości, Justin. Jesteś żonaty.
- Wiem, ale wiem też, że nie mogę bez ciebie żyć, aniołku. Zrozumiem jeśli wykopiesz mnie stąd i nie będziesz chciała widzieć nigdy więcej, ale wiedz, że cierpiałem przez ten cholerny miesiąc.

- Nie tylko ty cierpiałeś, ja również. W dodatku zostałam całkiem sama, nawet niczego mi nie wyjaśniłeś. Po prostu wyszedłeś bez słowa i nie pojawiłeś się ani razu, a ja czekałam na ciebie i tęskniłam.
- Ja też, skarbie, uwierz mi - wzdycham ciężko i opieram czoło o jej - Kocham cię, tylko tyle wiem. Nie znam przyszłości, nie wiem, co z nami będzie, ale pragnę być przy tobie. Proszę, pozwól mi.
- Dlaczego mam ci pozwolić? Żeby za kolejny miesiąc, góra dwa ponownie przechodzić przez to samo?
- Nie wiem, co mam ci powiedzieć - zapada cisza, która straszliwie mi ciąży. Chciałbym ją zapewnić, że wszystko będzie dobrze i jakoś to się ułoży, ale nic nie przechodzi mi przez gardło. Nie chcę karmić ją niepewnością, bo tym teraz jesteśmy - Powiedz, że mnie kochasz, Freyo. Tak dawno tego nie słyszałem.
- Kocham cię, Justin, tego jednego jestem pewna. Niestety co do reszty nie mam pew... - nie pozwalam jej dokończyć. Miażdżę jej usta swoimi, a pożądanie wybucha między nami niczym bomba, eksplodując znajomym ciepłem. Czuję się jak narkoman na głodzie, który po długiej przerwie wreszcie ma okazję wcisnąć w siebie najlepszą działkę w życiu. Nie chcę rozmawiać, za bardzo się stęskniłem, aby tracić na to czas - J-Justin, nie możemy - jej opór jest słaby, mówi co innego, a robi co innego. Oddaje mi się, odchyla głowę, abym miał lepszy dostęp do wrażliwego miejsca na szyi, który doskonale znam. Kiedy tylko docieram w znajome rejony, przygryzam skórę i dmucham, aby załagodzić ból. Jęk Fryi rozbudza we mnie wulkan podniecenia - D-dlaczego znowu mi to robisz? - dyszy ciężko, wsuwając dłonie pod mój t-shirt.
- Ponieważ cię kocham - mówię pewnie, biorę ją na ręce i zanoszę do sypialni. W mgnieniu oka pozbywam się naszych ciuchów, a kiedy przyglądam się jej nagiemu ciału, wzruszenie chwyta mnie za serce - Tak pięknie wyglądasz w ciąży. Jak się czuje mój dzidziuś? - układam się obok i przykładam dłoń do brzuszka.
- Dobrze. Rośnie - Freya układa dłoń na moich, a kciukiem głaszcze ich wierzch - Jutro mam wizytę.
- Och, mogę pójść z tobą? - pytam niepewnie, na szczęście Freya przytakuje głową - Dziękuję. Nie mogę się już doczekać, aż ponownie je zobaczę, ale teraz chciałbym się z tobą kochać. Pozwolisz mi na to? - patrzymy sobie w oczy, a chwila, w której nic nie mówi jest dla mnie męczarnią. Mam wrażenie, że zaraz mnie przeklnie, pośle do diabła i tyle będę ją widział. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy lekko przytakuje głową - Jesteś wspaniała, aniołku. Obiecuję, że wynagrodzę ci ten ciężki miesiąc.



Freya POV:
Czy jestem głupia? Tak. Czy jestem naiwna? Tak. Czy jestem zakochana? Niestety, kurwa, tak! I właśnie ten mały szczegół burzy wszystko. Nie planowałam tego, co się niedawno wydarzyło. Nie chciałam z nim spać i ponownie przeżywać tego, co działo się przez długie, trzydzieści dni. Jaka szkoda, że moje głupie serce kompletnie zwariowało, olewając głos rozsądku. Kiedy zobaczyłam go w progu swojego mieszkania, miałam wrażenie, że gapię się na ducha. Już zapomniałam, jak to jest mieć go obok siebie, być otuloną jego ramionami, słyszeć czułe słowa. Chłonęłam wszystko całą sobą, bo doskonale wiedziałam, że nasz koniec nastąpi tak czy siak. Nic nie trwa wiecznie, a moje szczęście szczególnie. Nie da się żyć z dwoma kobietami jednocześnie, to niemożliwe i bardzo niesprawiedliwe. Nie wiem, jak Justin to sobie wyobrażał, ale w tej chwili, kiedy leżałam wtulona w jego ciało, starałam się o to nie martwić. Musiałam naładować baterie szczęścia, aby wystarczyły na długi czas. Teraz, kiedy był blisko mnie, nic innego się nie liczyło. Nawet myśl o cierpieniu ucieka w silną dal, przegnana przez spokój.
 
Justin zostaje do samego wieczora, czym mile mnie zaskakuje. Razem robimy kolację, jemy w salonie i patrzymy na siebie, jakbyśmy nie widzieli się wieki. Chciałabym zapytać go o to, co będzie dalej, ale chyba boję się usłyszeć odpowiedź. Bo niby cóż może mi powiedzieć? Nasza sytuacja jest skomplikowana.
- Wiesz... - Justin zaczyna niepewnie, wyciera usta w serwetkę i skupia wzrok na mnie - Zanim zjawiłem się dzisiaj u ciebie, odwiedziłem mamę. Powiedziała mi kilka mądrych i sensowych słów o moim życiu, małżeństwie - bierze moją dłoń i bawi się palcami, jakby chciał zająć czymś ręce - Ona twierdzi, że nie kocham Marie, co nie jest do końca prawdą. To moja żona, darzę ją uczuciem, chociaż jest ono słabsze,
niż na początku naszego małżeństwa. Mama uważa również, że powinienem się z nią rozwieść - zamieram zaskoczona jego słowami. Mój Boże, rozwód?! - Niestety to nie jest takie proste, jak jej się wydaje. Obawiam się, że Marie nie zniosłaby tego zbyt dobrze, a fakt, że odszedłbym do ciebie złamałaby ją totalnie, dlatego nie mogę jej zostawić - unosi głowę i patrzy mi w oczy. Sama nie wiem, co widzę w jego. Smutek, żal, tęsknotę? - Naprawdę nie wiem, co mam robić, Freyo. Bardzo cię kocham, wariuję na twoim punkcie i jestem pewny, że nie wytrzymam bez ciebie ani chwili dłużej. Ten miesiąc był dla mnie męczarnią, nie pozwolę, aby to się powtórzyło - wzdycha zrezygnowany, bierze kieliszek i wychyla resztkę wina jednym haustem - Z drugiej strony jest moja żona, na której również mi zależy. Dużo przeszła od dnia naszego ślubu, bardzo pragnie zostać matką i uzupełnić naszą rodzinę, chociaż odrobinę wariuje w tym temacie. Jedyne, o co chcę cię prosić, to o czas. Wierzę, że znajdę dobre rozwiązanie, abyś nie cierpiała ty i Marie. Czy jesteś w stanie mi go dać? - nie spuszcza ze mnie wzroku, a w mojej głowie wszystko się kotłuje. Justin mnie kocha, ale kocha również swoją żonę. Nie ważne, czy jego miłość do niej jest już słabsza, nadal są małżeństwem. Czas. O to mnie poprosił. Czy naprawdę jestem w stanie czekać, aż wreszcie się zdecyduje? Ile właściwie musi tego czasu jeszcze upłynąć? - Powiedz coś, proszę.
- Chciałabym wiedzieć, do czego potrzebny jest ci ten czas. Czy do tego, aby przygotować Marie na rozstanie, czy może do tego, aby nacieszyć się mną, a w ostateczności i tak wrócisz do swojej żony?
- Zdecydowanie to pierwsze. Czuję, że nasze uczucie się wypala, przynajmniej z mojej strony. Moje serce bije tylko dla ciebie, Freyo. Po prostu potrzebuję czasu, aby to jakoś poukładać, przygotować na to Marie. Nie mogę zrzucić na nią takiej bomby, ponieważ na to nie zasłużyła. Jest naprawdę dobrą osobą.
- Wierzę - mam ochotę prychnąć, jednak powstrzymuję się. Po opowieściach Charlotte nie potrafię spojrzeć na Marie tak samo - Jeśli mówisz prawdę i faktycznie chcesz się rozwieść, mogę dać ci ten czas, Justin. Ale tylko pod jednym warunkiem; że mnie nie zranisz. Nie zniosę tego po raz drugi, wiesz?
- Wiem - przysuwa się, przytula mnie do siebie, a ja wczepiam się w niego i pragnę zostać w tych ramionach na zawsze - Obiecuję, że zrobię wszystko, abyśmy mieli wymarzony happy end - uśmiecham się na jego słowa. 
Jaka szkoda, że wtedy nie wiedziałam, że tej obietnicy nie dotrzyma. 
W środę jedziemy do lekarza. Jestem podekscytowana faktem, że ponownie zobaczę dzidziusia. Ostatnio widziałam go miesiąc temu, kiedy miałam dziwne bóle brzucha. I chociaż nie powinnam mieć dzisiaj USG, Dorothy chce upewnić się, że dziecko rozwija się prawidłowo i ma się dobrze. Oby tak było.
- Hej, a może dzisiaj poznamy płeć malucha? - Justin patrzy na mnie z entuzjazmem, kiedy czekamy przed gabinetem. Wciąż nie dowierzam, że siedzi obok mnie - Chyba, że nie chcemy tego wiedzieć?
- Nie wiem jak ty, ale ja bardzo chcę wiedzieć. Może dzięki temu wymyślimy dla niego jakieś imię?
- Hola! Dziewczynka będzie miała na imię Josie, a chłopak Aiden - odpowiada z dumą, a ja się śmieję.
- Woah, zwolnij. Josie bardzo mi się podoba, ale Aiden? Nie, odpada. Chłopiec będzie miał na imię Gabriel.

- Gabriel? - Justin marszczy brwi, a jego twarz jaśnieje - Boże, to pięknie imię, aniołku. Idealne.
- Tak, idealne - ściskam jego dłoń, a moje serce przepełnia ogromna miłość. Życie jest piękne!

Na szczęście z dzieckiem wszystko jest w porządku. Urosło, przytyło i niebawem będzie mu tam za ciasno. Cieszę się, że rozwija się prawidłowo i że bóle, które mnie przestraszyły, nie okazały się być poważne.
Kiedy przychodzi najważniejszy moment, mianowicie poznanie płci, moje serce przyśpiesza. Justin mocno ściska moją dłoń i wpatruje się w monitor. Cisza, jaka panuje w gabinecie chce rozsadzić mi bębenki, jest tak naelektryzowana oczekiwaniem. I wreszcie, po upływie miliona sekund, Dorothy wypowiada jedno, krótkie słowo, a w naszych sercach wybucha radość, jakiej nigdy w życiu nie czułam. 
Chłopiec. Gabriel.  






niedziela, 23 września 2018

Rozdział szesnasty


Justin POV:

Po wyjściu mojej rodziny, Marie wpada w furię - dosłownie. Tłucze wazę, którą dostała od ciotki w dniu ślubu, potem lecą dwie szklanki i flaszka mojej ulubionej whisky, nad czym w duszy ubolewam. Obserwuję ją stojąc pod ścianą i nie dowierzam, że to moja żona. Mam wrażenie, że w jej drobne ciało wstąpił sam diabeł, który każe jej to wszystko robić. Nigdy w życiu nie widziałem jej w takim stanie.
- Jak mogłeś, huh?! - przenosi swoją złość na mnie. Zwija dłonie w pięści, dyszy ciężko i morduje mnie spojrzeniem. Gdyby mogło zabijać, już leżałbym pokonany - Co ty masz w głowie, Justin?! Naprawdę przestawiłeś rodzicom dziewczynę, która ma urodzić nam dziecko?! Po jaką cholerę?! - wydziera się, aż mam chęć zasłonić sobie uszy. Jedyne, co robię to spuszczam głowę - To zwykła dziewucha, nie należy do naszej rodziny! A może się mylę, co? - podchodzi do mnie, chwyta za szczękę i unosi moją głowę, abym spojrzał w jej płonące gniewem oczy - Traktujesz ją inaczej? Może ci się spodobało, co?! - trafia w punkt.
- Kocham tylko ciebie, Marie - mówię cicho, ale mój głos brzmi wręcz żałośnie. W tym momencie robi mi się jej żal, bo wygląda na szczerze przybitą po tym, czego się dowiedziała - Nie planowałem tego, skarbie.
- Czyżby?! A może specjalnie ją tam zabrałeś, co? Ledwo znikam z miasta, a ty przymilasz się do niej!
- Uspokój się, proszę - próbuję ją przytulić, na co mi nie pozwala. Robi zamach, a jej dłoń spotyka się z moim policzkiem. Jej cios nie wyrządza mi krzywdy, ma na to zbyt mało siły. Bardziej boli mnie widok jej łez. Chryste, ale ze mnie dupek! - Wybacz mi, kochanie. Nigdy więcej tego nie zrobię. Przysięgam!
- Zraniłeś mnie - szepcze cicho, łkając coraz bardziej. Owija się ramionami, schyla głowę, a łzy ciekną po jej policzkach - Upokorzyłeś mnie przed rodzicami. Przyprowadziłeś ją tam, jakby była kimś ważnym, a nie jest. To ja jestem twoją żoną, Tobias i Charlotte mnie nienawidzą, a ją polubili. W jakim świetle mnie to stawia, pomyślałeś o tym? - patrzę na nią, a moje serce przyśpiesza. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero teraz. Naprawdę to było nie fair w stosunku do niej. Popełniłem ogromny błąd - Zależy ci na niej?
- Zależy mi tylko na tobie - wreszcie daje się przytulić, wczepia się we mnie, ale nie przestaje płakać. Czuję, jak bardzo drży jej ciało, a wyrzuty sumienia właśnie wypalają mi dziurę w brzuchu. Zaniedbałem ją, Freya całkowicie mnie zaślepiła, a ja perfidnie i świadomie zdradzałem własną żonę. Naprawdę czas się ogarnąć - Już dobrze, perełko. Jestem przy tobie, nie płacz - głaszczę ją po głowie, próbując uspokoić - Masz prawo być na mnie wściekła, ale obiecuję, że nigdy więcej nie narażę cię na żadne upokorzenie.
- Kocham cię, Justin - niepewnie unosi głowę, ociera łzy i patrzy mi w oczy. Wygląda tak smutno, niewinnie, aż serce mi się kraja - To ja jestem twoją żoną, nie każ mi czuć z jej strony zagrożenia.
- Zagrożenia? Nie mów tak! Freya urodzi nam dziecko, tylko to się liczy. Potem nasze drogi się rozejdą.
- Dokładnie tak. Raz na zawsze - uśmiecha się lekko, całuje mnie czule i wsuwa palce w moje włosy. 




Freya POV:
Poniedziałek budzi mnie bólem brzucha. Przykładam do niego dłoń, masuję czule i zastanawiam się, czy
to normalne. Nie chcę siać paniki, ale wcześniej mi się to nie zdarzyło. Próbuję przypomnieć sobie, czy pani doktor wspominała coś na ten temat, ale jestem tak zestresowana, że nie jestem w stanie myśleć.
Niechętnie zwlekam się z łóżka, człapię do salonu i włączam laptopa. Nie mam doświadczenia w tym temacie, więc postanawiam zasięgnąć rady wujka Google. Jeśli nie uzyskam odpowiedzi, dopiero wtedy skontaktuję się z ginekologiem. Nie ma co panikować, ponieważ to mogą być całkowicie normalne objawy.
Robię kubek herbaty, siadam w fotelu i szukam informacji. Szybko trafiam na jedną z miliona stron na temat przebiegu ciąży i przesuwam wzrokiem po tekście. Odpycham z ulgą, kiedy poznaję przyczynę moich dolegliwości. To przez powiększającą się macicę odczuwam ból. Powinien ustąpić po odpoczynku, ale jeśli tak się nie stanie, wtedy muszę udać się do ginekologa. Niestety im czytam dalej, tym robi się mniej ciekawie. Bóle mogą oznaczać również poronienie. Kalkuluję w głowie punkty, które są wypisane, ale nic się nie zgadza. Nie mam bóli w krzyżu, nie krwawię, ani nie odeszły mi wody. Cholera! Dopiero teraz myślę, jak bardzo ciąża jest skomplikowana. Czyha na mnie mnóstwo niebezpieczeństw. 


Oglądam program o ślubach, kiedy drzwi do mojego mieszkania się otwierają. Tylko jedna osoba posiada
do niego klucze i po chwili przed sobą mam jego piękne oczy. Jestem zaskoczona, że się pojawił. Dochodzi dopiero południe, o tej godzinie przeważnie jest w firmie. Czyżby tak szybko się za mną stęsknił?
- Co się dzieje? - marszczy swoje grube brwi, przykładając dłoń do mojego czoła - Marnie wyglądasz.
- Trochę boli mnie brzuch, ale to nic poważnego. Wyczytałam, że to przez powiększającą się macicę.
- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś, Freyo? Nie ma czegoś takiego, jak "nic poważnego". Nosisz w sobie dziecko, w tej chwili może dziać się z nim coś złego, nie możemy tego bagatelizować. Ubieraj się.
- Może poczekajmy chociaż do wieczora, hmm? Po odpoczynku powinno przejść, nie ma co panikować.
- Bez dyskusji, Freyo. Nie mam zamiaru narażać mojego dziecka na niebezpieczeństwo. No już, raz dwa! 


Justin stawia na swoim i zabiera mnie do Dorothy. Niestety od rana ból nie ustąpił i zaczynam się poważnie martwić. Nie chcę, aby mojemu dzidziusiowi działa się krzywda, dbam o sobie, nie przemęczam się, więc dlaczego pojawił się ten dziwny ból? W dodatku przy każdym kroku nasila się coraz bardziej. Szlag by to!
- Spokojnie, bez paniki - Dorothy uśmiecha się do mnie, kiedy bada mój brzuch krok po kroku - Tutaj boli? - dociska dół, aż się krzywię - Okej, boli. A tutaj? - uciska prawą, jak i lewą stronę, ale tutaj nic się nie dzieje, więc kręcę przecząco głową - Nie jestem zwolenniczką częstych badań USG, ale zrobimy dzisiaj wyjątek - Justin zrywa się z fotela i siada obok mnie na krzesełku. Mocno ściska moją dłoń, aż zgniata mi kości, ale nie komentuję tego. Widzę po wyrazie jego twarzy, jak bardzo jest spanikowany, a przez to i ja się boję. I chociaż bardzo próbuję się potrzymać, kilka łez spływa po moich policzkach - Freyo, płaczesz?
- P-przepraszam - jąkam się, zasłaniając twarz dłonią. Czuję się winna, że być może to moja wina.
- Kochanie, proszę, nie płacz. Jestem przy tobie, wszystko będzie w porządku. No już, głowa do góry.

- Dokładnie, Freyo. Nie widzę nic niepokojącego - Dorothy przesuwa końcówką po brzuchu, Justin ociera moje łzy i oboje skupiamy się na monitorze, gdzie ponownie widzimy nasze dziecko. Jest jeszcze takie maleńkie! - Rozwija się prawidłowo, wymiary również są w porządku. Nie ma powodu do niepokoju, bóle w drugim trymestrze są normalne. Twoje ciało się zmienia, macica musi się powiększyć, aby pomieścić dziecko, a to może przysporzyć trochę bólu. Dużo odpoczywaj, nie przemęczaj się, ani nie dźwigaj.
- Dopilnuję tego osobiście. To moja wina, spanikowałem, kiedy powiedziała mi o tych bólach brzucha.
- Rozumiem to, Justin. Ciąża bywa skomplikowana, ale zapewniam, że nie dzieje się nic złego. Pamiętaj, że Freyi udziela się twój nastrój, więc jeśli ty jesteś zdenerwowany, ona również. Więcej spokoju.

Justin wnosi mnie do mieszkania, nie pozwalając iść samej. Besztam go, że zdecydowanie przesadza, ale nie słucha mnie, zanosząc wprost do sypialni. Rozbiera mnie i zakłada na moje ciało swój biały t-shirt.
- Gotowe, potrzebujesz czegoś? - siada na brzegu łóżka, patrzy mi w oczy, ale widzę, że coś go dręczy.
- Nie, nie potrzebuję. Coś nie tak? - unoszę dłoń, aby dotknąć jego policzka, ale odsuwa się ode mnie.
- Wszystko jest w porządku, ale muszę wracać do pracy. Wpadłem zobaczyć tylko, jak się miewasz.
- Nie ściemniaj, przecież doskonale widzę, że coś nie gra, Justin. Jesteś wobec mnie oschły, co jest?
- Charlotte wygadała się, że przywiozłem cię do rodzinnego domu. Marie wpadła w furię, prawie rozniosła dom, dała mi w pysk, a potem się rozpłakała. Wybacz, muszę spędzić z nią więcej czasu, zaniedbałem ją ostatnio - och! Jego słowa są dla mnie jak policzek, dobitnie uświadamiając mi, gdzie jest moje miejsce. Walczyliśmy, aby dać sobie spokój z tym szaleństwem, nie wyszło, ciągnęliśmy to dalej, a teraz przychodzi koniec. Justin ma żonę, o której niestety zapomniałam - Dzwoń o każdej porze, zjawię się natychmiast.
- Dam sobie radę, jestem dorosła. Leć do żony, tam jest twoje miejsce - uśmiecham się smutno, podnoszę i czym prędzej uciekam do łazienki, zanim na jego oczach rozkleję się na dobre. 





***
Kolejne dni są dla mnie męką. Samotnie weszłam w czternasty tydzień ciąży, samotnie przeżyłam odrobinkę większy brzuszek i samotnie obchodziłam swoje dwudzieste drugie urodziny. No, może nie do końca tak samotnie, ponieważ w tym dniu towarzyszyło mi moje dziecko oraz Ronnie, która próbowała mnie pocieszyć. Oczywiście żadne słowa otuchy nie podniosły mnie na duchu. Byłam rozbita, snułam się
jak cień i prawie w ogóle nie wychodziłam z domu, jedynie po zakupy, żeby nie skonać z głodu.
Tak minęły pierwsze dwa tygodnie września. Pozostało dwa do powrotu na uczelnię, którego za cholerę sobie nie wyobrażałam. Mimo tego, iż mamy dwudziesty pierwszy wiek i dziewczyny młodo zachodzą w ciążę, doskonale wiem, że będę w centrum zainteresowania. Już słyszę te szepty, obgadywanie, szydzenie. Nikt nie widział mnie tam z chłopakiem, a nagle wracam z brzuchem. Jak nic przyczepią mi łatkę puszczalskiej. Właściwie czy nie puściłam się za pieniądze? Coś w tym jest.


Justin nie dzwonił, w zamian pisał codziennie nawet kilka razy. Odpisywałam zdawkowo, że czuję się dobrze, wszystko jest w porządku i że niczego nie potrzebuję. Nie odwiedził mnie w przeciągu dwóch tygodni, a ja czułam w sobie ogromną pustkę. Moja tęsknota za nim przechodziła moje najśmielsze oczekiwania. Cały dzień potrafiłam przeleżeć w łóżku, wylewając z siebie cały żal, smutek i tęsknotę. Czasami szlochałam tak bardzo, tak długo i tak intensywnie, aż zmagał mnie sen. Zamiast tyć, chudłam. Pewnego dnia wchodząc na wagę i widząc trzy kilogramy mniej, trochę się przestraszyłam. Zapomniałam, że nie jestem sama, że mam w sobie cząstkę człowieka, który nie jest mi pisany, który ma żonę i to ona jest dla niego najważniejsza. Musiałam się z tym pogodzić i ruszyć dalej, co było ogromnie trudne.  
Po trzech tygodniach siedzenia w domu, Ronnie wyciąga mnie na miasto. Zgadzam się bardzo niechętnie, ale nie daje za wygraną. Chodzimy po sklepach, odwiedzamy naszą ulubioną kawiarnię i kupujemy kilka rzeczy dla maluszka. Zaraz po tym, jak dowiedziałam się o ciąży, Justin zasilił mojego konto nie małą kwotą, bo trzydziestu tysięcy dolarów. Nie musiałam martwić się o nic, czyli osiągnęłam to, czego pragnęłam; stabilizację. Omińmy sposób, w jaki to zrobiłam. Nie chciałam się tym dłużej zadręczać.
- Musisz przestać o nim myśleć, Frey - moja przyjaciółka przerywa moje rozmyślenia. Przekręcam głowę i patrzę jej w oczy, w których widzę smutek i zmartwienie - Ten dupek nie jest tego wart, serio. Zrobił ci dziecko, okej, rozumiem to, w końcu taki był plan, ale cała reszta to czyste skurwysyństwo. Mógł odejść
po wszystkim, ochłodzić wasze stosunki, a on przyłaził do ciebie jak pies, mając żonę. Kawał gnojka!
- Nie rozmawiajmy o tym, dobrze? Poradzę sobie, potrzebuję na to trochę więcej czasu, ale będzie dobrze.
- Pomogę ci, nie jesteś sama, pamiętaj o tym - posyła mi lekki uśmiech, obejmuje ramieniem i przytula do siebie - Od zawsze trzymamy się razem. Przejdziemy przez najgorsze gówno, Frey, nic nas nie pokona.
- Ja od trzech tygodni jestem pokonana, Ronnie. Miłość potrafi być okrutna, bolesna i rozdzierająca.
- Wiem coś o tym, ale to jeszcze nie koniec świata. Urodzisz, oddasz im dziecko i pójdziesz dalej.
- To kolejna sprawa, z którą będę musiała sobie poradzić. Teraz wiem, że źle zrobiłam zgadzając się na ten układ. Pokochałam to dziecko, Ronnie - odsuwa mnie od siebie, uważnie mi się przyglądając - To czwarty miesiąc. Niebawem poznam płeć, poczuję jego ruchy. Boże, jak ja mam go oddać? To mnie złamie.
- Jesteś silniejsza, niż myślisz. Dasz radę, Frey, tak trzeba. Niech ten dupek zniknie z twojego życia.
Nie odpowiadam. Schylam głowę, przykładam dłoń do brzucha i zamykam oczy. Nigdy nie powinnam była pozwolić mu na to szaleństwo, które ciągnęliśmy od samego początku. Mogłam to przerwać, zakończyć, odizolować się, a ja pragnęłam jego obecności jak tlenu. Teraz muszę za to zapłacić.
 

Trzeciego października wracam na uczelnię. Justin nie pokazał się u mnie przez miesiąc, pozostał na wypisaniu sms'ów, których z każdym dniem miałam dość. Wczoraj wyjątkowo mój humor był na samy dnie, więc napisałam mu w złości, aby dał mi spokój i odezwał się w dniu porodu, który przypadał na szóstego lutego. Nie odpisał, a ja odetchnęłam z ulgą. Kłótnie to ostatnie, czego potrzebowałam. 
Na uczelni czuję się jak wyrzutek. Jako że weszłam w piąty miesiąc, a mój brzuch już nie przypominał piłeczki, a raczej wielkiego arbuza, ludzie mieli idealny powód do plotkowania. Widziałam te ukradkowe spojrzenia i szepty. Czułam się, jakbym popełniła zbrodnię, a nie była w ciąży. To smutne, że ludzie nadal traktowali to jak coś na miarę skandalu. Miałam dwadzieścia dwa lata, do cholery, nie piętnaście! Byłam dorosłą kobietą, dlaczego więc robili z tego tak wielki problem? W końcu to ja byłam w ciąży, a nie oni.
- I co się gapicie? Spieprzać mi stąd - Ronnie burczy na dwójkę dziewczyn, która przechodzi korytarzem i patrzy wprost na mój brzuch - Nienawidzę tych suk, ja pierdolę. Mam ochotę wydrapać im oczy.

- Nie denerwuj się, nie ma sensu - chwytam jej dłoń i ściskam mocniej, aby wyluzowała - Jest okej.
- Poważnie? Ja odnoszę inne wrażenie. Każdy się gapi, jakby ci kurwa urósł fiut na czole. Banda kretynów.
- Olej ich, to najlepsze, co możesz zrobić. Przejmowałam się przez pierwszą godzinę, teraz mam ich w dupie. Popatrzą, pogadają, a za kilka dni i tak im się to znudzi. Po co tracić na nich nerwy, Ronnie?
- Może masz i rację - wzrusza ramionami, mordując spojrzeniem przechodzącego obok nas chłopaka.

Do domu wracam przed siedemnastą. Jestem zmęczona, chce mi się spać i umieram z głodu. Jak dobrze, że wczoraj zrobiłam zakupy, bo dzięki temu mogę delektować się pysznymi tostami z serem i szynką.
Mój spokój przerywa przychodząca wiadomość. Biorę telefon, który leży obok mnie, wchodzę w skrzynkę i czytam wiadomość do Dorothy, która pyta, czy mogę pojawić się u niej jutro, a nie w środę. W to mi graj, akurat jutro mam dzień wolny, więc szybko odpisuję, że bardzo mi to pasuje. Wracam do jedzenia, niestety tym razem ktoś dzwoni do drzwi. Upijam łyk soku, idę otworzyć, a kiedy wreszcie to robię, przed moimi oczami ukazuje się ktoś, kogo chyba nie spodziewałam się już zobaczyć. 






***********************************************

Hejka! :)
Właściwie dzisiaj nie powinno być rozdziału, ale postawiłam zrobić wam małą niespodziankę. A co!
Nie wiem czy wiecie, a zapewne nie wiecie, ale powoli zbliżamy się do... końca.
To opowiadanie nie należy do zbyt długich, ale chyba już nie potrafię takich pisać :P

Btw. Dzisiaj zakończył się konkurs, w którym wzięłam udział - Splątane Nici. Właściwie to był mój pierwszy konkurs do którego zgłosiłam jedno z moich opowiadań -
Different Story. Nie liczyłam w sumie na nic, bo konkurencja była ogromna! Zgłoszeń w kategorii Fanfiction mnóstwo, więc gdzie tam ja? O północy konkurs dobiegł końca, spojrzałam na wyniki, a tam? TADAM! Moje opowiadanie w wyróżnionych! Musiałam przetrzeć oczy, bo nie mogłam uwierzyć. Może to głupie, ale ogromnie się cieszę, że ktoś docenił moje wypociny. Nie potrafię pisać tak, jak inni, czyli pięknie, z bogatym zasobem słów. Mam zbyt prosty styl, który może nie każdemu się spodobać, tym bardziej się cieszę :)

To tyle!
Do wtorku, pyszczusie!

Tulę
Kasia









piątek, 21 września 2018

Rozdział piętnasty


Freya POV:

Zapada niezręczna cisza, a stojący naprzeciwko siebie mężczyźni mierzą się spojrzeniami. Kogo jak kogo, ale jego w życiu bym się tutaj nie spodziewała. Przecież oprócz Ronnie nikt nie wie, gdzie mieszkam!
- Hejka, Frey - Samuel drapie się w kark, chrząkając - Jeśli przyszedłem nie w porę, mogę sobie pójść.
- Nie, jest w porządku. Wejdź proszę - odsuwam się, Samuel przekracza próg mojego wypasionego mieszkania, starając się ukryć zakłopotanie - Więc, jak? - zwracam się do Justina, którego wzrok ciska pioruny. Gdyby tylko mógł nim zabijać, Samuel właśnie byłby martwy - Zadzwonisz do mnie, tak?
- T-tak, jasne - bierze się w garść, przenosi na mnie spojrzenie i uśmiecha się czule - Do zobaczenia, aniołku - dotyka mojego policzka i jak gdyby nigdy nic, całuje mnie prosto w usta. Nie spodziewałam się, ze zrobi to przy świadku, ale jak widać ma to w nosie. Niech to szlag! - Do zobaczenia, kochanie.
- Uciekaj - kiwam głową, wypycham go z mieszkania i wystawiam mu język. Grozi mi palcem, kiedy wchodzi do windy i puszcza buziaka, kiedy drzwi się zamykają. Wracam do mieszkania, starając przygotować się na poważną rozmowę. Nie widziałam Samuela od spotkania w kawiarni i jego pytania, czy zostanę jego dziewczyną - Więc? Co tutaj robisz i skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? Zaskoczyłeś mnie.
- Domyślam się - burczy pod nosem, kiedy prowadzę go do salonu - Po naszej ostatniej rozmowie wyjechałem do rodziców, wróciłem wczoraj i postanowiłem odwiedzić cię w mieszkaniu, ale nikt nie otwierał. Twoja sąsiadka powiedziała mi, że przeprowadziłaś się na Manhattan - cholera! Staruszka zawsze miała gumowe ucho! - Spotkałem Ronnie na mieście, to ona powiedziała mi, gdzie mieszkasz.
- No tak - zaciskam zęby, aby nie wybuchnąć ze złości. Dlaczego to zrobiła?! - Chciałeś porozmawiać?
- Właściwie chciałem cię zobaczyć, stęskniłem się - wysilam się na uśmiech, ale atmosfera panująca między nami jest tak gęsta, że można by pokroić ją nożem - Nie miałem pojęcia, że masz faceta.
- To skomplikowane, Sami - spuszczam wzrok na swoje dłonie, myśląc, co powinnam mu powiedzieć. Przecież nie mogę zdradzić, że poleciałam na kasę i zdecydowałam się urodzić obcym ludziom dziecko! Uznałby mnie za wariatkę! - Justin nie jest moim facetem, jest żonaty - czuję na sobie jego wiercący wzrok, ale nie mam odwagi na niego spojrzeć. Czuję się paskudnie, musząc mu się tłumaczyć, jednak zasługuje na to - Poznałam go w klubie, trochę za dużo wypiłam, on również i tak się stało, że wylądowaliśmy w łóżku. To jeszcze nie koniec świata, zdarza się, ale potem odkryłam, że jestem w ciąży.
- O Boże - zrywa się na równe nogi, podchodzi do okna i głośno wypuszcza powietrze - Nie ukrywam, ale jestem potwornie zaskoczony, Frey. Dałem ci czas, którego potrzebowałaś, a tu ciąża? Co teraz?
- Nie wiem. Nie mam planów na odległą przyszłość. Żyję z dnia na dzień, staram się to jakoś ogarnąć.
- Ale ten facet cię pocałował, nazwał aniołkiem i kochaniem! - wyrzuca ręce w górę, odwraca się i patrzy mi w oczy - Ma żonę, a traktuje ciebie z czułością. Nic z tego nie rozumiem. Czy on cię kocha, Frey?
- Zwariowałeś?! Oczywiście, że nie! Justin czuje się winny, że nasza jednorazowa przygoda skończyła się w taki, a nie inny sposób. Postanowił mi pomóc, zaopiekować się mną, wesprzeć. To jego mieszkanie, pozwolił mi tu mieszkać - kłamię, aż palą mnie uszy. Jestem okropna! - Nie wiem, co będzie potem, Sami.
- Strasznie dziwna sytuacja. Skoro ma żonę, dlaczego całuje ciebie? Chyba nie powinien tego robić.
- Wydaje mi się, że zrobił to złośliwie. Justin to typ zaborczego dupka, chociaż łączy nas tylko dziecko.
- Och, Frey - Samuel kręci głową, siada obok i przytula mnie do siebie - Co teraz z nami będzie, hmm?
- Nie mam pojęcia, naprawdę. Moim zdaniem powinieneś pójść dalej, skoro będę miała dziecko z innym.
- Może mógłbym wychować je razem z tobą? - o,mój,Boże! Gwałtownie odchylam się od niego, aby na własne oczy przekonać się, czy mówi szczerze. Cholera! Mówi, jego oczy pokazują mi to aż nadto.
- Nie, nie i jeszcze raz nie. To w ogóle nie wchodzi w grę. Oszalałeś? Chyba sam nie wiesz, co mówisz. 

- Wiem tyle, że jestem w tobie zakochany od dwóch lat - o w mordę! - Zależy mi na tobie, mówiłem ci.
- Owszem, ale jak widzisz, sytuacja mocno się skomplikowała. Dziecko to ogromna odpowiedzialność, a ono nawet nie jest twoje, Sami. Wybij sobie z głowy takie chore pomysły, proszę cię. To nie przejdzie.
- Dlaczego nie chcesz dać mi nawet szansy, co? Nie masz pewności, że ten plan się nie uda. Spróbujmy.
- Nie - podnoszę się, aby być dalej od niego - Nie mogę z tobą być, przykro mi. Nie chcę cię ranić, jesteś fajnym facetem, ale moje życie wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze trzy miesiące temu.
- Och, to już trzeci miesiąc? - pyta zaskoczony, spuszczając wzrok na mój brzuch. Teraz żałuję, że założyłam tak dopasowaną bluzkę - Nawet już lekko widać. Myślałem, że zjadłaś za dużo pizzy.
- Niestety to nie pizza - przewracam oczami, uśmiechając się lekko - Przepraszam cię, nie chciałam.
- Wiem, Frey, wiem - podchodzi, miażdży mnie w swoich ramionach, a ja się rozklejam.



Justin POV:
Na lotnisku jestem punktualnie. Kiedy tylko wchodzę do środka i przechodzę do hali przylotów, Marie rzuca mi się w oczy. Jej ruda czupryna wyróżnia się na tle innych pasażerów, więc nie sposób ją przegapić. Uśmiecha się szeroko, biegnie w moją stronę i wpada w moje rozchylone ramiona, owijając nogi wokół moich bioder. Zamykam oczy i przez chwilę czuję to, co czułem wtedy, kiedy ją poślubiłem. W tamtym momencie była inna, bardziej zwariowana, do czasu, aż nie dowiedzieliśmy się, że nie powiększymy naszej rodziny. Wtedy zgasła w niej ta radość, a obsesja posiadania dziecka wyszła na pierwszy plan.
- Ależ się za tobą stęskniłam! - tuli mnie mocno, ściskając za szyję - Więcej bez ciebie nie polecę.
- Głuptas! Czasami tęsknota dobrze robi dla związku - odchyla głowę, przewraca oczami i wpija się w moje usta. Pogłębiam pocałunek, wsuwając język w jej chętne usta, a przed oczami miga mi twarz Freyi.
- Wracajmy do domu. Tęsknota swoją drogą, a potrzeby swoją. Zabierz mnie do łóżka, mój mężu.
- Mówisz masz, kwiatuszku - silę się na swobody ton, w środku zaś ściskają mi się wnętrzności. 


Marie nie traci czasu. Kiedy przekraczamy próg domu, dopada do moich ust, jednocześnie pozbywając się mojej koszuli i spodni. Resztę zdejmuję sam, a do sterty moich ubrań dołącza jej letnia sukienka oraz bielizna. Jest napalona jak diabli, dopada do mojego kutasa, ssie go jak szalona, aż muszę oprzeć dłoń na ścianie. Próbuję wyłączyć myślenie, wyrzucić z głowy Freyę i skupić się na żonie. Skoro sam wpieprzyłem się w tak pojebaną sytuację, muszę udźwignąć to na swoich barkach. Jestem jej mężem, do cholery, moim obowiązkiem jest dać jej to, czego ode mnie wymaga, a skoro mnie chce, zaraz to dostanie.
Chwytam jej ramię, stawiam ją na nogach i odwracam tyłem do siebie. Opiera dłonie na ścianie, a ja wbijam się w nią jednym, mocnym ruchem, wyduszając z niej krzyk. Sam nie wiem, skąd w moim ciele tyle złości, ale muszę się wyżyć. Seks z Freyą jest delikatny, aby nie zrobić krzywdy jej i dziecku, z żoną mogę sobie poużywać do woli, nie ograniczając się. Więc pieprzę ją chaotycznie, nieco brutalnie, szarpiąc za włosy. Jej jęki wypełniają hol, ale nie są tak seksowne, podniecające, jak jęki Freyi. I chociaż pieprzę własną żonę, myślami jestem na Manhattanie, przy mojej słodkiej, uroczej blondynce. 


Bierzemy wspólny prysznic, dzięki któremu się rozluźniam. Zamawiamy jedzenie i siadamy w salonie na podłodze, aby spokojnie zjeść. Marie wygląda na zadowoloną. Na jej policzkach widnieją rumieńce, a z twarzy nie schodzi lekki uśmiech. Co rusz zerka na mnie ukradkiem, ale i tak doskonale to wyczuwam.
- Co jest, skarbie? - przyłapuję ją na tym, przez co jeszcze bardziej się zawstydza - Jestem brudny?
- Nie, jesteś niesamowicie przystojny - przygryza wargę, a ja się śmieję - Hej, nie nabijaj się, Justin!
- Wybacz, dawno mi tego nie mówiłaś. Pomyślałem, że pewnie zbrzydłem i zrobiły mi się zmarszczki.
- Jesteś głupi - szturcha mnie w bok, odstawiając pudełko z makaronem - Ten seks... był inny, wiesz?
- Inny? - marszczę brwi, wpatrując się w je zielone, piękne oczy - Co masz przez to na myśli?
- Sama nie wiem. Przeważnie bywasz delikatny, a teraz? Wstąpił w ciebie diabeł! Podobało mi się - och! Schyla głowę, a jej rude loki zasłaniają twarz - Nie wiedziałam, że lubisz ostrą jazdę. Zaskoczyłeś mnie.

- Ostrą jazdę? - wybucham śmiechem na to określenie - Naprawdę uważasz, ze to była ostra jazda?
- Biorąc pod uwagę nasze doświadczenie? Tak, uważam, że było ostro. Miałam aż dwa orgazmy!
- Cieszę się - puszczam jej oczko, a na wzmiankę o dwóch orgazmach przypomina mi się Freya, która była zaskoczona faktem, iż można osiągnąć więcej, niż jedno spełnienie podczas stosunku. Była taka słodka, kiedy o tym mówiła - To oznacza, że się spisałem, tak? - przytakuje z entuzjazmem, biorę jej dłoń i całuję wierzch - Więc mimo naszego stażu, potrafię cię jeszcze czymś zaskoczyć. Może zmienię taktykę?
- Brzmi dobrze. Cokolwiek chcesz zrobić, zrób to - patrzę na nią zaskoczony. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o seksie, który nas łączył. Czyżby moja żona potrzebowała czegoś więcej? 


Wyleguję się na kanapie i przeglądam e-maile. Nic ciekawego, wszystko pod kontrolą. Niestety wolne od pracy to sporo czasu na myślenie. W mojej głowie ponownie pojawia się twarz mojej pięknej Freyi i ten frajer, który do niej przyszedł. Miałem ochotę skręcić mu kark, żeby wreszcie zniknął mi z oczu. Co on sobie, kurwa, wyobraża? Ma zamiar ją nachodzić? Walczyć o nią? W życiu mu na to nie pozwolę! Może i jestem samolubnym skurwielem, ale Freya jest moja! Nosi pod sercem moje dziecko, a to związuje nas nierozerwalnie! Ten chłystek nie ma do niej żadnego prawa, nie powinien był w ogóle do niej przychodzić. A Freya? Miała się z nim nie spotykać, miała zakaz, skoro... chwila! Dopiero teraz uświadamiam sobie, że moja śliczna blondyneczka nadal nie podpisała umowy, którą dostała ode mnie trzy miesiące temu! Ależ ze mnie dureń! Jakim cudem tego nie dopilnowałem? Przecież to ważna kwestia, jest w nim punkt odnośnie dziecka, zrzeknięcie się do niego praw. Szlag by to! Jak najszybciej muszę to naprawić.

W niedzielę na obiedzie pojawiają się moi rodzice oraz rodzeństwo, z naburmuszonymi minami. Ann,
nasza gosposia, przygotowała pyszne dania i deser, więc po cichu liczę na mile spędzone popołudnie.
- Marie, kochanie - mama przytula do siebie moją żonę, cmokając ją w policzek - Pięknie wyglądasz.
- Ty również, Madeline. Cieszę się, że nas odwiedziliście. Tobias - Marie rozchyla ramiona, a mój brat robi kwaśną minę, jakby ktoś wcisnął mu do ust cytrynę. To się chyba nigdy nie zmieni! - Co u ciebie?
- W porządku, bratowo. Korzystam z wakacji, póki je jeszcze mam. Potem czas wrócić na uczelnię.
- Do października jeszcze miesiąc. Charlotte - uśmiecha się do mojej siostry, która znudzona przewraca oczami. Następna kurwa! - Nie widziałam cię jakiś czas, a ty wypiękniałaś! Nowy kolor włosów?
- Nie, wciąż jest taki sam - zaciska usta, aby nie wybuchnąć śmiechem i spogląda na mnie - Miło cię widzieć braciszku - przytula się do mnie i szepcze na ucho - Wiedz, że sto razy wolę Freyę. Nie ma jej?
- Ciebie też, siostrzyczko - ściskam ją mocniej, aby dać jej znak, żeby się zachowywała - Nie ma i nie będzie - mówię jej na ucho, aby nikt nie słyszał - Błagam cię, zachowuj się grzecznie. Dobrze?
- Och, daj spokój - wbija palec pod moje żebro, chichocząc pod nosem - Bez docinek nie ma zabawy.
- Tylko spróbuj - burczę pod nosem, odsuwając ją od siebie. Poprawia sukienkę, puszcza mi oczko i znika w jadalni. Dlaczego czuję się w kościach, że to popołudnie zmieni się w koszmar? 


Obiad przypomina stypę, jak Boga kocham. Marie stara się wkręcić towarzystwo do rozmowy, opowiada o wizycie u rodziców, o pogodzie, o zakupach, aby tylko nie panowała niezręczna cisza. Rodzice zachowują się grzecznie, jak zawsze, czego nie mogę powiedzieć o moim rodzeństwie. Szepczą między sobą, chichoczą, kompletnie olewając moją żonę. Posyłam siostrze mordercze spojrzenie, ale ona tylko strzepuje z ramienia niewidzialny pyłek i rozbawiona wnosi oczy ku niebu. Za jakie grzechy ja się pytam?!

Po obiedzie przenosimy się do ogrodu, gdzie na deser pałaszujemy lody. Mama opowiada o wizycie cioci, która na naszym ślubie wyrżnęła takiego orła, że złamała nogę. Biedaczka, nosiła gips sześć tygodni!
- Justin - ich rozmowę przerywa Charlotte - Co słychać u Freyi? - i atmosferę chuj strzela. Marie marszczy brwi, przenosząc na mnie pytające spojrzenie - Mam nadzieję, że znowu ją do nas przywieziesz.
- B-była u was? - Marie jąka się, a jej oczy robią się wielkie jak spodki - Kiedy? Nic nie wiedziałam.
- Owszem. Przyjechali do nas we wtorek, miło spędziliśmy czas. To strasznie fajna dziewczyna, prawda?
- Tak - Marie zaciska zęby, zgniatając pod stołem moją dłoń. Siostra właśnie wpieprzyła mnie w mega kłopoty! - Miła dziewczyna, ale najważniejsze jest to, że nosi w sobie nasze dziecko. Prawda, skarbie?
- Tak - szepczę cicho, a Charlotte prycha niczym wkurzona kotka - Co do twojego pytania, siostrzyczko, to była jednorazowa akcja. Akurat byliśmy w okolicy - ściemniam, za co mam ochotę dać sobie w pysk.
- Wierzę - upija łyk soku, wzruszając ramionami - Mógłbyś podać mi jej numer? Chcę się z nią spotkać.
- Po co? - głos Marie brzmi piskliwie, zdradzając zdenerwowanie - Nie powinnaś mieć z nią kontaktu.
- Dlaczego tak twierdzisz? To, że jest w ciąży nic nie znaczy. Polubiłam ją i będę spotykać się z nią wtedy, kiedy najdzie mnie na to ochota. Mamy wiele wspólnych tematów, zainteresowań. Klawa babeczka.
- Bez przesady - Marie uśmiecha się skrępowana, upijając trochę wina - Przecież w ogóle jej nie znasz.
- Zgadza się. Dlatego właśnie chcę jej numer, żeby ją lepiej poznać. Tobias też ją bardzo polubił.
- O tak! Gdyby nie mój braciszek, który machnął jej dzieciaka, zakręciłbym się obok niej. Chociaż chwila! Dziecko ma być dla was, więc jeszcze nic straconego. Może po porodzie? Kto wie? Mogę poczekać.

- Tobias! - tata karci go, uderzając pięścią w stół - Nie wypada mówić takich rzeczy o kobiecie!
- Przecież nie powiedziałem o Freyi nic złego, tato! Po prostu mi się podoba, jest piękną dziewczyną.
- Koniec tematu, bracie - upominam go, przesuwa palcem po ustach i udaje, że wyrzuca kluczyk. W moim ciele buzuje wulkan furii, który tylko czeka, aby wyleźć na wierzch. Freya jest moja! 





wtorek, 18 września 2018

Rozdział czternasty


Freya POV:

Mimo moich wcześniejszych obaw, obiad mija w prze sympatycznej atmosferze. Zabrakłoby mi słów, aby opisać, jak wspaniała jest rodzina Justina. Zarówno rodzice, jak i jego rodzeństwo są dla mnie bardzo mili, podtrzymują rozmowę, odrobinę wypytują, ale nie przekraczają granic, przez co oddycham z ulgą.  
Bardzo zazdroszczę Justinowi, że ma taką niesamowitą rodzinę. Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo są ze sobą zżyci, odzywają się do siebie z szacunkiem, chociaż Tobias jak i Charlotte to zwariowana dwójka, zupełnie inna od Justina. Wnioskuję, że to kwestia wieku, ponieważ są od niego sporo młodsi. Życie Justina jest już poukładane, w przeciwieństwie do ślicznej brunetki i przystojnego chłopaka, którzy szaleją.
- Muszę skorzystać z toalety - mówię cicho do Justina, aby nikt nie usłyszał, co mi się niestety nie udaje.
- Ja również, zaprowadzę cię - Charlotte zrywa się z miejsca, człapię za nią, a po chwili towarzystwo znika nam z oczu. Rozglądam się po pięknym domu, który przesiąknięty jest rodzinnym ciepłem - To tutaj.
- Dziękuję, zaraz wracam - posyłam jej wdzięczny uśmiech, wchodzę do środka i szybko robię siku. Myję ręce, poprawiam włosy i dołączam do dziewczyny, która czeka na mnie w salonie - Macie piękny dom.

- To zasługa mamy, lubi minimalizm. Chodź, usiądź na chwilę - klepie miejsce obok siebie, siadam na kanapie i układam dłonie na brzuchu. Jasna cholera, ależ się objadłam - Wiesz, kiedy Justin powiedział nam o tym, co planuje razem z Marie, miałam ochotę udusić go własnymi rękoma - Charlotte spogląda na mnie, a potem na mój brzuch - Rodzice zaprotestowali, stwierdzili, że to za dużo, jednak Marie nie dała się przegadać. Ma ogromny wpływ na mojego brata, uważaj na nią - niepewnie zerka w stronę drzwi, a kiedy upewnia się, że nikt nie podsłuchuje, przysuwa się bliżej mnie i chwyta za rękę. Wpatruję się w jej brązowe oczy, w których dostrzegam cień smutku - Marie to wstrętna manipulantka, Freyo. Rodzice nie komentują małżeństwa Justina, ponieważ twierdzą, że to jego życie i jego wybory. Ja nie mam zamiaru lizać mu tyłka i razem z Tobiasem jawnie okazujemy swoją niechęć wobec Marie. Nie myśl, że nie mamy do tego powodu. Od początku zachodzi nam za skórę. Jest wyniosła, pewna siebie i chce mieć Justina tylko dla siebie. Nawet kiedy odwiedzają nas na obiedzie, siedzi przyklejona do niego jak rzep, nie pozwalając mu na swobodę - wzdycha ciężko, a ja myślę o tym, co powiedziała. Mnie również coś nie pasowało w tej kobiecie. Już sam wyraz jej twarzy nie zachęca do poznania jej bliżej - Najgorsze jest to, że Justin jest w nią zapatrzony jak w obrazek i nie widzi, co z nim zrobiła. Bądź ostrożna i nie daj wejść sobie na głowę. Wydajesz się być fajną dziewczyną. Szkoda by było, gdyby ta suka uprzykrzyła życie i tobie.
- Nie obawiaj się, nie pozwolę, aby rządziła moim życiem. Właściwie rzadko ją widuję, na szczęście.
- I niech tak zostanie. To szalone, do czego się posunęła, aby zdobyć dziecko. Kto normalny pozwala swojemu mężowi na regularny seks z inną kobietą? - prycha z kpiną, a ja się zawstydzam - Hej, nie chodzi tutaj o tobie, Freyo, nie osądzam cię. To ona ma nierówno pod kopułą, skoro go do tego namówiła.
- Na początku myślałam, że w grę wchodzi metoda In Vitro, ale potem Justin sprowadził mnie na ziemię.
- Marie bardzo pragnie dziecka. Starają się o nie od nocy poślubnej, więc ponad cztery lata. Kiedy zorientowali się, że coś jest nie tak, wybrali się do lekarza. Masa badań, a potem cios, bo okazało się, że Marie jest bezpłodna. Byli załamani, a najbardziej Justin. Marie nie ma rodzeństwa, Justin ma nas i zawsze pragnął mieć dużą rodzinę. Marie miała wyrzuty sumienia, że nie może mu tego dać i tak zaczął się jej obłęd - obłęd? To nie brzmi dobrze - Coś jej odwaliło i zaczęła świrować. Szalała z rozpaczy, bo nie mogła sprostać prostemu zadaniu, jakim jest urodzenie dziecka własnemu mężowi. Szukali pomocy wszędzie, ale na nic się to zdało. Pamiętam dzień, kiedy zapytałam Marie, dlaczego nie zaadoptują dziecka - uśmiecha się pod nosem, przewracając oczami - Stwierdziła, że to nie będzie "ich" dziecko, a to nie to tamo. Pragnęła, żeby chociaż Justin miał z nim jakieś więzy krwi i tak narodziła się myśl o kobiecie, która urodzi im dziecko - Charlotte przerywa na dźwięk dochodzących z korytarza kroków - Chodź - chwyta mnie za rękę i prowadzi do pokoju, który okazuje się być biblioteczką. Charlotte podchodzi do okna i kontynuuje - Szukali odpowiedniej kandydatki, co łatwe nie jest. Marie ma jakiś spaczony gust i żadna jej nie odpowiadała. Jakiś czas temu jednak natrafili na Juliette, dwudziestopięciolatkę z Kanady. Marie uparła się, że to ma być ona i żadna inna, więc Justin omówił z nią szczegóły. Nie mam pojęcia, czy z nią również miał sypiać, ale zanim do czegokolwiek doszło, słodka Juliette uciekła z wpłaconą zaliczką, która wynosiła trzydzieści tysięcy dolarów - Charlotte odwraca się w moją stronę, a w jej oczach płonie gniew - Ta suka wymyśla pojebane rzeczy, wplątując w to mojego brata. Rozumiesz, że gdyby nie znaleźli ciebie, mój brat pieprzyłby inne kobiety? I Bóg wie, ile by ich było! - złości się, nerwowo przeczesuje włosy, a ja słucham tego i wręcz nie wierzę, jaką osobą jest Marie - Zrobiła z niego maszynkę do seksu. W akcje desperacji pozwoliła mu nawet na zdradę, co osobiście nie mieści mi się w głowie. Aż boję się pomyśleć, co ta wariatka jeszcze wymyśli - podchodzi do mnie i chwyta moje dłonie - Proszę, bądź ostrożna, Freyo. Wszystko załatwiaj z Justinem, dobrze? Jeśli nie musisz, nie widuj się z nią, to zło wcielone. A jeśli cokolwiek będzie nie tak, będziesz potrzebowała pomocy, ja tutaj jestem. Razem z Tobiasem i rodzicami pomożemy ci w każdej chwili. Jesteś niesamowita, że zgodziłaś się na coś tak szalonego, ale mój brat jest szczęśliwy, a kiedy on jest szczęśliwy, ja również - przytula mnie do siebie, a po moich policzkach niespodziewanie spływają łzy. Jestem przygnębiona po tym, co usłyszałam i boli mnie to, jak Marie podle traktuje tak wspaniałego człowieka, jakim jest Justin. Widocznie dlatego tak łatwo odnalazł przy mnie spokój. To przez swoją własną żonę jest zagubiony, smutny i przede wszystkim zmanipulowany - Płaczesz?
- Przepraszam - odsuwam się od niej i ocieram łzy - To chyba przez ciążę. Jestem bardziej wrażliwa.
- Na pewno? - przechyla głowę, uważnie mi się przyglądając - Zauważyłam, że jesteś z Justinem dość blisko. Nie to, że mam coś przeciwko, wręcz przeciwnie, po prostu... widzę, jak w twojej obecności mój brat się zmienia. Cholera! Wiesz, kiedy widziałam go takiego ostatnio? Zanim poznał Marie.
- Może nie powinnam ci tego mówić, ale zakochałam się w twoim bracie, Charlotte. Jest niesamowity.
- Och, Freyo - patrzy na mnie czule, odgarniając kosmyk włosów - Jaka szkoda, że nie spotkaliście się wcześniej. Bylibyście wspaniałą parą, pasujecie do siebie, a mój brat jest przy tobie szczęśliwy.
- I ja jestem przy nim szczęśliwa. Niestety nasza historia nie będzie miała szczęśliwego zakończenia.
- Nie bądź tego taka pewna, kochana. Nigdy nic nie wiadomo, przecież rozwód to nic wielkiego, prawda? - mruga okiem, cmoka mnie w policzek i chwyta za ramię, aby poprowadzić z powrotem do ogrodu.




Justin POV:
Gapię się na wchodzące do ogrodu dziewczyny. Z miejsca wyłapuję podpuchnięte oczy Freyi, a to wskazuje na to, iż płakała. Wymownie spoglądam na siostrę, która posyła mi chytry uśmieszek, który dobrze znam, i siada obok Tobiasa. Nie mam pojęcia, co moja szurnięta siostrzyczka nagadała Freyi, ale na pewno się tego dowiem. Skoro doprowadziła ją do płaczu, musiało być to coś wyjątkowo paskudnego. Jeśli zrobiła jej przykrość, chyba ją uduszę! Wiem, na co stać Charlotte. Jest bezpośrednia, zbuntowana i pyskata. Nie szczędzi słów w kierunku Marie i chociaż rodzice starają się ją ujarzmić, marnie im to idzie. Moja żona działa na nią jak płachta na byka, wystarczy, że stanie jej na drodze, a Charlotte leci piana z buzi.
- Wszystko w porządku? - pytam Freyi, która sięga po szklankę z sokiem - Wyglądasz blado, aniołku.

- Nie martw się, jest okej. Przez chwilę zrobiło mi się słabo, ale Charlotte się mną zaopiekowała.
- Wierzę - patrzę siostrze w oczy, a jej uśmieszek nie schodzi z ust - Zrobiła ci jakąś przykrość?
- No wiesz co! Jak możesz oskarżać mnie o coś takiego? Freya, w przeciwieństwie do Marie, to świetna dziewczyna. Wiesz, chyba nawet zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami - co takiego?! W życiu nigdy!
- Kochanie, uspokój się - mama karci ją, z czego nie robi sobie absolutnie nic. Wcale mnie to nie dziwi.
- Ale co ja znowu robię, mamo? Sama nie lubisz Marie, ale musisz udawać. Ja wcale nie muszę, po co?
- Ponieważ to żona twojego brata, córeczko - do rozmowy wtrąca się ojciec, który posyła siostrze karcące spojrzenie - Kultura wymaga, aby nie mówić komuś prosto w twarz, że jest, cytuję;
perfidną suką.
- Pamiętam to! - Tobias wybucha śmiechem, łapiąc się za brzuch - To było wtedy, kiedy pojechaliśmy nad jezioro. Marie powiedziała Charlotte, że ma cellulit, a moja siostrzyczka nazwała ją perfidną suką bez uczuć. Epicki moment - przybija piątkę z Charlotte, a siedząca obok mnie Freya chichocze cichutko. Spoglądam na nią, a moja złość ulatuje w mgnieniu oka. Sam się uśmiecham, chociaż nie powinienem, chwytam jej dłoń i w odruchu, kompletnie się zapominając, składam na wierzchu pocałunek - U la la! Wyczuwam rozwód w rodzinie - Tobias porusza brwiami, spoglądając na nasze dłonie - Podoba mi się to.
- Koniec żartów na temat mojej żony, bacie. Gdyby tutaj była, jestem pewny, że by ci się oberwało.
- Phi, myślisz, że się jej boję? To tylko kobieta, stary. Kilka słów i podbiegnie z płaczem. Wyluzuj.


Po obiedzie pomagam mamie zrobić porządek. Wkładam naczynia do zmywarki, kątem oka zerkając przez okno, przez które widzę Freyę, moje rodzeństwo oraz ojca, którzy śmieją się głośno. Obrazek szczęśliwej rodziny, która darzy się miłością i szacunkiem. Moje odwiedziny z Marie nigdy tak nie wyglądają. Jest sztywno, niezręcznie i smętnie. Nie rozmawiamy śmiejąc się, nie opowiadamy sobie żartów, nie ma tej swobody, która była dzisiaj. Kontrast między dwiema kobieta bije po oczach. Dlaczego dopiero teraz widzę tak wiele wad we własnej żonie? Jeszcze trzy miesiące temu była dla mnie całym światem, moim skarbem, którym nie chciałem się dzielić. Teraz widzę wszystko, czego nie dostrzegałem wcześniej, ale to niczego nie zmienia. To ona jest moją żoną, to jej przysięgałem miłość przed Bogiem i to ona ma pierwszeństwo.
- To chyba wszystko, syneczku - mama przerywa moje myśli, stawiając talerze na stole. Szybko pakuję je do zmywarki, wkładam tabletkę i zamykam, włączając odpowiedni program do mycia - Muszę przyznać, że jestem ogromnie zaskoczona, wiesz? - opiera się o blat tuż obok mnie i razem patrzymy przez okno - Nie spodziewałam się, że Freya będzie tak niesamowitą dziewczyną. Jest taka radosna, uśmiechnięta, dobra. Bije od niej pozytywna energia i widzę, jak na ciebie patrzy. Kocha cię, Justin. Jestem tego pewna.
- Tak, mamo, kocha mnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja również ją kocham, a nie mogę.
- Bzdura! Życie czasami dziwnie się układa, stawiając nam na drodze przeszkody. Musimy je pokonywać i przeć do przodu, aby osiągać swoje cele. Freya nie pojawiła się w twoim życiu bez powodu, synku.
- Masz rację. Pojawiła się po to, aby urodzić mi dziecko, mamo. Muszę skupić się tylko na tym.
- Sam siebie okłamujesz. Kochasz ją, dbasz o nią i w dodatku jest w ciąży. Czy kochasz swoją żonę?
- Oczywiście! - oburzam się, posyłając jej wrogie spojrzenie - Marie jest dla mnie najważniejsza.
- Skoro tak mówisz - uśmiecha się smutno, czule głaszcząc mnie po plecach, ale ja wiem, co sobie myśli.
W końcu to moja matka. Czasami nie musi mówić nic więcej, samo spojrzenie wystarczy. 


Do domu wchodzimy kilka minut po dwudziestej drugiej. Charlotte błagała, abyśmy jeszcze zostali, ale Freya również nie śpieszyła się do wyjścia. Czuła się dobrze w obecności mojej rodziny i zauważyłem, że świetnie dogadywała się z Charlotte. Obawiam się, że faktycznie mogą zostać przyjaciółkami, a to byłaby dla mnie katastrofa! Moja siostra jest bezpośrednia i czuję w kościach, że wciąż piekłyby mnie uszy, gdyby mnie obgadywała, nie mówiąc już o Marie. Pewnie zdradziłaby Freyi cały jej życiorys. Cala Charlotte!

W środę budzą mnie promienie słońca, które wpadają przez okno. Wieczorem zapomniałem zaciągnąć rolety, przez co na policzkach czuję gorąco. Przecieram twarz ręką, spoglądam w bok i marszczę brwi, ponieważ Freyi nie ma obok mnie. Zrywam się z łóżka jak oparzony wrzątkiem, człapię do salonu i oddycham z ulgą, kiedy widzę ją oglądającą telewizję. Jestem za bardzo przewrażliwiony.
- Dzień dobry - siadam obok niej, cmokając ją w policzek. Wita mnie pięknym uśmiechem, podsuwa pod moje usta kanapkę i czeka, aż ją ugryzę. Biorę więc kęs i mruczę pod nosem - Pyszna. Muszę przyznać, że połączenie masła i Nutelli jest wręcz idealne, aniołku - nabijam się z niej, na co robi naburmuszoną minę.
- Hej, jestem w ciąży, okej? Mam prawo do dziwnych połączeń. Nie marudź, bo za karę zrobię ci jajecznicę i poleję ją keczupem - krzywię się na samą myśl. Jak można tak bezcześcić jajecznicę?! Wariactwo!
- No już, nie dąsaj się. Chodź do mnie - odkładam jej kanapkę na talerzyk i porywam na swoje kolana, układając dłonie na jej plecach - Dochodzi dopiero dziewiąta, nie mogłaś spać? Wszystko dobrze?
- Tak, nie martw się tyle, bo osiwiejesz - przewraca oczami, wsuwa swoje zwinne paluszki w moje włosy i przeczesuje. Lubię, kiedy to robi - Obudził mnie koszmar, potem już nie mogłam zasnąć, więc wstałam.
- Koszmar? Chcesz mi opowiedzieć? - zaciska usta, a na jej buźce widnieje smutek - Co się dzieje, hmm?
- Nic, po prostu przyśniło mi się, że... poroniłam - och! Na samą myśl coś ściska mnie w sercu.
- To tylko sen, kotku, nie przejmuj się nim. Na pewno wszystko będzie dobrze, a dzidziuś urodzi się zdrowy.
- Taką mam nadzieję. Przytul mnie - wygina usta w podkówkę, obejmuję ją mocno i przytulam do siebie.
Czas z Freyą mija jak w przyśpieszonym tempie. Z pracy wracam prosto do niej, aby spędzić z nią cały dzień jak i noc, a potem znowu praca. Praktycznie nie bywam w domu, bo i po co, skoro stoi pusty? Zabrałem kilka potrzebnych rzeczy i teraz koczuję u Freyi, przywiązując się do niej jeszcze bardziej.
W czwartek zabieram ją na plac budowy. Wyznała, że nie może doczekać się widoku tego trójkątnego, 

ale na to będzie musiała poczekać. Mimo wszystko zachwyciła się Flatronem, bo tak nazywa się jedno z moich nowych dzieł. Jest już prawie gotowy, postało jedynie kilka poprawek i można planować otwarcie. 
W piątek zabieram ją na kolację do mojej ulubionej restauracji. Jest zachwycona wystrojem i daniami, które tutaj podają. Chłonę jej uśmiech, abym mógł go przywoływać, kiedy nie będziemy razem.
W sobotę przed południem wybieramy się na zakupy. Freya kupuje dla siebie kilka ubrań; w tym zwiewną sukienkę w kwiaty, która bardzo mi się spodobała. Zahaczamy również o sklep dziecięcy, a moje oczy robią się ogromne! Mam ochotę wykupić dosłownie wszystko, zaczynając od białej kołyski, a kończąc na wypasionym foteliku samochodowym. Tylko dzięki Freyi nieco się ogarniam i zwalniam tempo. Kupujemy jedynie urocze skarpetki, najmniejsze body i beżowego pluszaka. Jestem niepocieszony, ale doskonale wiem, że na wszystko jest jeszcze za wcześnie. To dopiero trzeci miesiąc, a Freya nie chce zapeszyć.


O trzynastej niechętnie zbieram się do wyjścia. Dzisiaj wraca Marie, a jej samolot ma wylądować za godzinę, według instrukcji, jakie wysłała mi sms'em. Nie podoba mi się wizja rozstania z Freyą, ale cóż mogę na to poradzić? Niebawem będę musiał radzić sobie bez niej, chociaż każdy dzień z nią spędzony utrudnia sytuację. Powinienem odciąć się od niej już teraz, aby potem było łatwiej, ale jak widać, łatwo mówić trudniej zrobić. Jestem w niej zadurzony bez opamiętania, a muszę wrócić do rzeczywistości.
- Leć już, bo się spóźnisz. O tej porze mogą zastać cię korki, a twoja żona nie powinna na ciebie czekać.
- Korona jej z głowy nie spadnie, jeśli poczeka kilka minut - przewracam oczami, a Freya wzdycha ciężko. Dawniej nie przeszłoby mi przez myśl, aby narażać moją żoną na czekanie, w dodatku na własnego męża! Tak nie przystoi - Będę za tobą potwornie tęsknisz, aniołku. Już tęsknię, a jeszcze nie wyszedłem.
- Ja też będę tęsknić, ale głowa do góry - pociesza mnie, masują ramiona, ale wcale nie czuję się przez to lepiej - Jak znajdziesz chwilkę, to zadzwoń do mnie - staje na palcach, muska moje usta, ale nim mam szansę pogłębić pocałunek, rozlega się dzwonek do drzwi. Freya marszczy brwi zaskoczona, uwalniając się z mojego uścisku - Ronnie nigdy nie dzwoni, po prostu wchodzi. Co jest? - odsuwa się i otwiera drzwi. Kiedy widzę, kto stoi po drugiej stronie, mam ochotę kupić broń i oddać strzał.