piątek, 21 września 2018

Rozdział piętnasty


Freya POV:

Zapada niezręczna cisza, a stojący naprzeciwko siebie mężczyźni mierzą się spojrzeniami. Kogo jak kogo, ale jego w życiu bym się tutaj nie spodziewała. Przecież oprócz Ronnie nikt nie wie, gdzie mieszkam!
- Hejka, Frey - Samuel drapie się w kark, chrząkając - Jeśli przyszedłem nie w porę, mogę sobie pójść.
- Nie, jest w porządku. Wejdź proszę - odsuwam się, Samuel przekracza próg mojego wypasionego mieszkania, starając się ukryć zakłopotanie - Więc, jak? - zwracam się do Justina, którego wzrok ciska pioruny. Gdyby tylko mógł nim zabijać, Samuel właśnie byłby martwy - Zadzwonisz do mnie, tak?
- T-tak, jasne - bierze się w garść, przenosi na mnie spojrzenie i uśmiecha się czule - Do zobaczenia, aniołku - dotyka mojego policzka i jak gdyby nigdy nic, całuje mnie prosto w usta. Nie spodziewałam się, ze zrobi to przy świadku, ale jak widać ma to w nosie. Niech to szlag! - Do zobaczenia, kochanie.
- Uciekaj - kiwam głową, wypycham go z mieszkania i wystawiam mu język. Grozi mi palcem, kiedy wchodzi do windy i puszcza buziaka, kiedy drzwi się zamykają. Wracam do mieszkania, starając przygotować się na poważną rozmowę. Nie widziałam Samuela od spotkania w kawiarni i jego pytania, czy zostanę jego dziewczyną - Więc? Co tutaj robisz i skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? Zaskoczyłeś mnie.
- Domyślam się - burczy pod nosem, kiedy prowadzę go do salonu - Po naszej ostatniej rozmowie wyjechałem do rodziców, wróciłem wczoraj i postanowiłem odwiedzić cię w mieszkaniu, ale nikt nie otwierał. Twoja sąsiadka powiedziała mi, że przeprowadziłaś się na Manhattan - cholera! Staruszka zawsze miała gumowe ucho! - Spotkałem Ronnie na mieście, to ona powiedziała mi, gdzie mieszkasz.
- No tak - zaciskam zęby, aby nie wybuchnąć ze złości. Dlaczego to zrobiła?! - Chciałeś porozmawiać?
- Właściwie chciałem cię zobaczyć, stęskniłem się - wysilam się na uśmiech, ale atmosfera panująca między nami jest tak gęsta, że można by pokroić ją nożem - Nie miałem pojęcia, że masz faceta.
- To skomplikowane, Sami - spuszczam wzrok na swoje dłonie, myśląc, co powinnam mu powiedzieć. Przecież nie mogę zdradzić, że poleciałam na kasę i zdecydowałam się urodzić obcym ludziom dziecko! Uznałby mnie za wariatkę! - Justin nie jest moim facetem, jest żonaty - czuję na sobie jego wiercący wzrok, ale nie mam odwagi na niego spojrzeć. Czuję się paskudnie, musząc mu się tłumaczyć, jednak zasługuje na to - Poznałam go w klubie, trochę za dużo wypiłam, on również i tak się stało, że wylądowaliśmy w łóżku. To jeszcze nie koniec świata, zdarza się, ale potem odkryłam, że jestem w ciąży.
- O Boże - zrywa się na równe nogi, podchodzi do okna i głośno wypuszcza powietrze - Nie ukrywam, ale jestem potwornie zaskoczony, Frey. Dałem ci czas, którego potrzebowałaś, a tu ciąża? Co teraz?
- Nie wiem. Nie mam planów na odległą przyszłość. Żyję z dnia na dzień, staram się to jakoś ogarnąć.
- Ale ten facet cię pocałował, nazwał aniołkiem i kochaniem! - wyrzuca ręce w górę, odwraca się i patrzy mi w oczy - Ma żonę, a traktuje ciebie z czułością. Nic z tego nie rozumiem. Czy on cię kocha, Frey?
- Zwariowałeś?! Oczywiście, że nie! Justin czuje się winny, że nasza jednorazowa przygoda skończyła się w taki, a nie inny sposób. Postanowił mi pomóc, zaopiekować się mną, wesprzeć. To jego mieszkanie, pozwolił mi tu mieszkać - kłamię, aż palą mnie uszy. Jestem okropna! - Nie wiem, co będzie potem, Sami.
- Strasznie dziwna sytuacja. Skoro ma żonę, dlaczego całuje ciebie? Chyba nie powinien tego robić.
- Wydaje mi się, że zrobił to złośliwie. Justin to typ zaborczego dupka, chociaż łączy nas tylko dziecko.
- Och, Frey - Samuel kręci głową, siada obok i przytula mnie do siebie - Co teraz z nami będzie, hmm?
- Nie mam pojęcia, naprawdę. Moim zdaniem powinieneś pójść dalej, skoro będę miała dziecko z innym.
- Może mógłbym wychować je razem z tobą? - o,mój,Boże! Gwałtownie odchylam się od niego, aby na własne oczy przekonać się, czy mówi szczerze. Cholera! Mówi, jego oczy pokazują mi to aż nadto.
- Nie, nie i jeszcze raz nie. To w ogóle nie wchodzi w grę. Oszalałeś? Chyba sam nie wiesz, co mówisz. 

- Wiem tyle, że jestem w tobie zakochany od dwóch lat - o w mordę! - Zależy mi na tobie, mówiłem ci.
- Owszem, ale jak widzisz, sytuacja mocno się skomplikowała. Dziecko to ogromna odpowiedzialność, a ono nawet nie jest twoje, Sami. Wybij sobie z głowy takie chore pomysły, proszę cię. To nie przejdzie.
- Dlaczego nie chcesz dać mi nawet szansy, co? Nie masz pewności, że ten plan się nie uda. Spróbujmy.
- Nie - podnoszę się, aby być dalej od niego - Nie mogę z tobą być, przykro mi. Nie chcę cię ranić, jesteś fajnym facetem, ale moje życie wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze trzy miesiące temu.
- Och, to już trzeci miesiąc? - pyta zaskoczony, spuszczając wzrok na mój brzuch. Teraz żałuję, że założyłam tak dopasowaną bluzkę - Nawet już lekko widać. Myślałem, że zjadłaś za dużo pizzy.
- Niestety to nie pizza - przewracam oczami, uśmiechając się lekko - Przepraszam cię, nie chciałam.
- Wiem, Frey, wiem - podchodzi, miażdży mnie w swoich ramionach, a ja się rozklejam.



Justin POV:
Na lotnisku jestem punktualnie. Kiedy tylko wchodzę do środka i przechodzę do hali przylotów, Marie rzuca mi się w oczy. Jej ruda czupryna wyróżnia się na tle innych pasażerów, więc nie sposób ją przegapić. Uśmiecha się szeroko, biegnie w moją stronę i wpada w moje rozchylone ramiona, owijając nogi wokół moich bioder. Zamykam oczy i przez chwilę czuję to, co czułem wtedy, kiedy ją poślubiłem. W tamtym momencie była inna, bardziej zwariowana, do czasu, aż nie dowiedzieliśmy się, że nie powiększymy naszej rodziny. Wtedy zgasła w niej ta radość, a obsesja posiadania dziecka wyszła na pierwszy plan.
- Ależ się za tobą stęskniłam! - tuli mnie mocno, ściskając za szyję - Więcej bez ciebie nie polecę.
- Głuptas! Czasami tęsknota dobrze robi dla związku - odchyla głowę, przewraca oczami i wpija się w moje usta. Pogłębiam pocałunek, wsuwając język w jej chętne usta, a przed oczami miga mi twarz Freyi.
- Wracajmy do domu. Tęsknota swoją drogą, a potrzeby swoją. Zabierz mnie do łóżka, mój mężu.
- Mówisz masz, kwiatuszku - silę się na swobody ton, w środku zaś ściskają mi się wnętrzności. 


Marie nie traci czasu. Kiedy przekraczamy próg domu, dopada do moich ust, jednocześnie pozbywając się mojej koszuli i spodni. Resztę zdejmuję sam, a do sterty moich ubrań dołącza jej letnia sukienka oraz bielizna. Jest napalona jak diabli, dopada do mojego kutasa, ssie go jak szalona, aż muszę oprzeć dłoń na ścianie. Próbuję wyłączyć myślenie, wyrzucić z głowy Freyę i skupić się na żonie. Skoro sam wpieprzyłem się w tak pojebaną sytuację, muszę udźwignąć to na swoich barkach. Jestem jej mężem, do cholery, moim obowiązkiem jest dać jej to, czego ode mnie wymaga, a skoro mnie chce, zaraz to dostanie.
Chwytam jej ramię, stawiam ją na nogach i odwracam tyłem do siebie. Opiera dłonie na ścianie, a ja wbijam się w nią jednym, mocnym ruchem, wyduszając z niej krzyk. Sam nie wiem, skąd w moim ciele tyle złości, ale muszę się wyżyć. Seks z Freyą jest delikatny, aby nie zrobić krzywdy jej i dziecku, z żoną mogę sobie poużywać do woli, nie ograniczając się. Więc pieprzę ją chaotycznie, nieco brutalnie, szarpiąc za włosy. Jej jęki wypełniają hol, ale nie są tak seksowne, podniecające, jak jęki Freyi. I chociaż pieprzę własną żonę, myślami jestem na Manhattanie, przy mojej słodkiej, uroczej blondynce. 


Bierzemy wspólny prysznic, dzięki któremu się rozluźniam. Zamawiamy jedzenie i siadamy w salonie na podłodze, aby spokojnie zjeść. Marie wygląda na zadowoloną. Na jej policzkach widnieją rumieńce, a z twarzy nie schodzi lekki uśmiech. Co rusz zerka na mnie ukradkiem, ale i tak doskonale to wyczuwam.
- Co jest, skarbie? - przyłapuję ją na tym, przez co jeszcze bardziej się zawstydza - Jestem brudny?
- Nie, jesteś niesamowicie przystojny - przygryza wargę, a ja się śmieję - Hej, nie nabijaj się, Justin!
- Wybacz, dawno mi tego nie mówiłaś. Pomyślałem, że pewnie zbrzydłem i zrobiły mi się zmarszczki.
- Jesteś głupi - szturcha mnie w bok, odstawiając pudełko z makaronem - Ten seks... był inny, wiesz?
- Inny? - marszczę brwi, wpatrując się w je zielone, piękne oczy - Co masz przez to na myśli?
- Sama nie wiem. Przeważnie bywasz delikatny, a teraz? Wstąpił w ciebie diabeł! Podobało mi się - och! Schyla głowę, a jej rude loki zasłaniają twarz - Nie wiedziałam, że lubisz ostrą jazdę. Zaskoczyłeś mnie.

- Ostrą jazdę? - wybucham śmiechem na to określenie - Naprawdę uważasz, ze to była ostra jazda?
- Biorąc pod uwagę nasze doświadczenie? Tak, uważam, że było ostro. Miałam aż dwa orgazmy!
- Cieszę się - puszczam jej oczko, a na wzmiankę o dwóch orgazmach przypomina mi się Freya, która była zaskoczona faktem, iż można osiągnąć więcej, niż jedno spełnienie podczas stosunku. Była taka słodka, kiedy o tym mówiła - To oznacza, że się spisałem, tak? - przytakuje z entuzjazmem, biorę jej dłoń i całuję wierzch - Więc mimo naszego stażu, potrafię cię jeszcze czymś zaskoczyć. Może zmienię taktykę?
- Brzmi dobrze. Cokolwiek chcesz zrobić, zrób to - patrzę na nią zaskoczony. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o seksie, który nas łączył. Czyżby moja żona potrzebowała czegoś więcej? 


Wyleguję się na kanapie i przeglądam e-maile. Nic ciekawego, wszystko pod kontrolą. Niestety wolne od pracy to sporo czasu na myślenie. W mojej głowie ponownie pojawia się twarz mojej pięknej Freyi i ten frajer, który do niej przyszedł. Miałem ochotę skręcić mu kark, żeby wreszcie zniknął mi z oczu. Co on sobie, kurwa, wyobraża? Ma zamiar ją nachodzić? Walczyć o nią? W życiu mu na to nie pozwolę! Może i jestem samolubnym skurwielem, ale Freya jest moja! Nosi pod sercem moje dziecko, a to związuje nas nierozerwalnie! Ten chłystek nie ma do niej żadnego prawa, nie powinien był w ogóle do niej przychodzić. A Freya? Miała się z nim nie spotykać, miała zakaz, skoro... chwila! Dopiero teraz uświadamiam sobie, że moja śliczna blondyneczka nadal nie podpisała umowy, którą dostała ode mnie trzy miesiące temu! Ależ ze mnie dureń! Jakim cudem tego nie dopilnowałem? Przecież to ważna kwestia, jest w nim punkt odnośnie dziecka, zrzeknięcie się do niego praw. Szlag by to! Jak najszybciej muszę to naprawić.

W niedzielę na obiedzie pojawiają się moi rodzice oraz rodzeństwo, z naburmuszonymi minami. Ann,
nasza gosposia, przygotowała pyszne dania i deser, więc po cichu liczę na mile spędzone popołudnie.
- Marie, kochanie - mama przytula do siebie moją żonę, cmokając ją w policzek - Pięknie wyglądasz.
- Ty również, Madeline. Cieszę się, że nas odwiedziliście. Tobias - Marie rozchyla ramiona, a mój brat robi kwaśną minę, jakby ktoś wcisnął mu do ust cytrynę. To się chyba nigdy nie zmieni! - Co u ciebie?
- W porządku, bratowo. Korzystam z wakacji, póki je jeszcze mam. Potem czas wrócić na uczelnię.
- Do października jeszcze miesiąc. Charlotte - uśmiecha się do mojej siostry, która znudzona przewraca oczami. Następna kurwa! - Nie widziałam cię jakiś czas, a ty wypiękniałaś! Nowy kolor włosów?
- Nie, wciąż jest taki sam - zaciska usta, aby nie wybuchnąć śmiechem i spogląda na mnie - Miło cię widzieć braciszku - przytula się do mnie i szepcze na ucho - Wiedz, że sto razy wolę Freyę. Nie ma jej?
- Ciebie też, siostrzyczko - ściskam ją mocniej, aby dać jej znak, żeby się zachowywała - Nie ma i nie będzie - mówię jej na ucho, aby nikt nie słyszał - Błagam cię, zachowuj się grzecznie. Dobrze?
- Och, daj spokój - wbija palec pod moje żebro, chichocząc pod nosem - Bez docinek nie ma zabawy.
- Tylko spróbuj - burczę pod nosem, odsuwając ją od siebie. Poprawia sukienkę, puszcza mi oczko i znika w jadalni. Dlaczego czuję się w kościach, że to popołudnie zmieni się w koszmar? 


Obiad przypomina stypę, jak Boga kocham. Marie stara się wkręcić towarzystwo do rozmowy, opowiada o wizycie u rodziców, o pogodzie, o zakupach, aby tylko nie panowała niezręczna cisza. Rodzice zachowują się grzecznie, jak zawsze, czego nie mogę powiedzieć o moim rodzeństwie. Szepczą między sobą, chichoczą, kompletnie olewając moją żonę. Posyłam siostrze mordercze spojrzenie, ale ona tylko strzepuje z ramienia niewidzialny pyłek i rozbawiona wnosi oczy ku niebu. Za jakie grzechy ja się pytam?!

Po obiedzie przenosimy się do ogrodu, gdzie na deser pałaszujemy lody. Mama opowiada o wizycie cioci, która na naszym ślubie wyrżnęła takiego orła, że złamała nogę. Biedaczka, nosiła gips sześć tygodni!
- Justin - ich rozmowę przerywa Charlotte - Co słychać u Freyi? - i atmosferę chuj strzela. Marie marszczy brwi, przenosząc na mnie pytające spojrzenie - Mam nadzieję, że znowu ją do nas przywieziesz.
- B-była u was? - Marie jąka się, a jej oczy robią się wielkie jak spodki - Kiedy? Nic nie wiedziałam.
- Owszem. Przyjechali do nas we wtorek, miło spędziliśmy czas. To strasznie fajna dziewczyna, prawda?
- Tak - Marie zaciska zęby, zgniatając pod stołem moją dłoń. Siostra właśnie wpieprzyła mnie w mega kłopoty! - Miła dziewczyna, ale najważniejsze jest to, że nosi w sobie nasze dziecko. Prawda, skarbie?
- Tak - szepczę cicho, a Charlotte prycha niczym wkurzona kotka - Co do twojego pytania, siostrzyczko, to była jednorazowa akcja. Akurat byliśmy w okolicy - ściemniam, za co mam ochotę dać sobie w pysk.
- Wierzę - upija łyk soku, wzruszając ramionami - Mógłbyś podać mi jej numer? Chcę się z nią spotkać.
- Po co? - głos Marie brzmi piskliwie, zdradzając zdenerwowanie - Nie powinnaś mieć z nią kontaktu.
- Dlaczego tak twierdzisz? To, że jest w ciąży nic nie znaczy. Polubiłam ją i będę spotykać się z nią wtedy, kiedy najdzie mnie na to ochota. Mamy wiele wspólnych tematów, zainteresowań. Klawa babeczka.
- Bez przesady - Marie uśmiecha się skrępowana, upijając trochę wina - Przecież w ogóle jej nie znasz.
- Zgadza się. Dlatego właśnie chcę jej numer, żeby ją lepiej poznać. Tobias też ją bardzo polubił.
- O tak! Gdyby nie mój braciszek, który machnął jej dzieciaka, zakręciłbym się obok niej. Chociaż chwila! Dziecko ma być dla was, więc jeszcze nic straconego. Może po porodzie? Kto wie? Mogę poczekać.

- Tobias! - tata karci go, uderzając pięścią w stół - Nie wypada mówić takich rzeczy o kobiecie!
- Przecież nie powiedziałem o Freyi nic złego, tato! Po prostu mi się podoba, jest piękną dziewczyną.
- Koniec tematu, bracie - upominam go, przesuwa palcem po ustach i udaje, że wyrzuca kluczyk. W moim ciele buzuje wulkan furii, który tylko czeka, aby wyleźć na wierzch. Freya jest moja! 





wtorek, 18 września 2018

Rozdział czternasty


Freya POV:

Mimo moich wcześniejszych obaw, obiad mija w prze sympatycznej atmosferze. Zabrakłoby mi słów, aby opisać, jak wspaniała jest rodzina Justina. Zarówno rodzice, jak i jego rodzeństwo są dla mnie bardzo mili, podtrzymują rozmowę, odrobinę wypytują, ale nie przekraczają granic, przez co oddycham z ulgą.  
Bardzo zazdroszczę Justinowi, że ma taką niesamowitą rodzinę. Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo są ze sobą zżyci, odzywają się do siebie z szacunkiem, chociaż Tobias jak i Charlotte to zwariowana dwójka, zupełnie inna od Justina. Wnioskuję, że to kwestia wieku, ponieważ są od niego sporo młodsi. Życie Justina jest już poukładane, w przeciwieństwie do ślicznej brunetki i przystojnego chłopaka, którzy szaleją.
- Muszę skorzystać z toalety - mówię cicho do Justina, aby nikt nie usłyszał, co mi się niestety nie udaje.
- Ja również, zaprowadzę cię - Charlotte zrywa się z miejsca, człapię za nią, a po chwili towarzystwo znika nam z oczu. Rozglądam się po pięknym domu, który przesiąknięty jest rodzinnym ciepłem - To tutaj.
- Dziękuję, zaraz wracam - posyłam jej wdzięczny uśmiech, wchodzę do środka i szybko robię siku. Myję ręce, poprawiam włosy i dołączam do dziewczyny, która czeka na mnie w salonie - Macie piękny dom.

- To zasługa mamy, lubi minimalizm. Chodź, usiądź na chwilę - klepie miejsce obok siebie, siadam na kanapie i układam dłonie na brzuchu. Jasna cholera, ależ się objadłam - Wiesz, kiedy Justin powiedział nam o tym, co planuje razem z Marie, miałam ochotę udusić go własnymi rękoma - Charlotte spogląda na mnie, a potem na mój brzuch - Rodzice zaprotestowali, stwierdzili, że to za dużo, jednak Marie nie dała się przegadać. Ma ogromny wpływ na mojego brata, uważaj na nią - niepewnie zerka w stronę drzwi, a kiedy upewnia się, że nikt nie podsłuchuje, przysuwa się bliżej mnie i chwyta za rękę. Wpatruję się w jej brązowe oczy, w których dostrzegam cień smutku - Marie to wstrętna manipulantka, Freyo. Rodzice nie komentują małżeństwa Justina, ponieważ twierdzą, że to jego życie i jego wybory. Ja nie mam zamiaru lizać mu tyłka i razem z Tobiasem jawnie okazujemy swoją niechęć wobec Marie. Nie myśl, że nie mamy do tego powodu. Od początku zachodzi nam za skórę. Jest wyniosła, pewna siebie i chce mieć Justina tylko dla siebie. Nawet kiedy odwiedzają nas na obiedzie, siedzi przyklejona do niego jak rzep, nie pozwalając mu na swobodę - wzdycha ciężko, a ja myślę o tym, co powiedziała. Mnie również coś nie pasowało w tej kobiecie. Już sam wyraz jej twarzy nie zachęca do poznania jej bliżej - Najgorsze jest to, że Justin jest w nią zapatrzony jak w obrazek i nie widzi, co z nim zrobiła. Bądź ostrożna i nie daj wejść sobie na głowę. Wydajesz się być fajną dziewczyną. Szkoda by było, gdyby ta suka uprzykrzyła życie i tobie.
- Nie obawiaj się, nie pozwolę, aby rządziła moim życiem. Właściwie rzadko ją widuję, na szczęście.
- I niech tak zostanie. To szalone, do czego się posunęła, aby zdobyć dziecko. Kto normalny pozwala swojemu mężowi na regularny seks z inną kobietą? - prycha z kpiną, a ja się zawstydzam - Hej, nie chodzi tutaj o tobie, Freyo, nie osądzam cię. To ona ma nierówno pod kopułą, skoro go do tego namówiła.
- Na początku myślałam, że w grę wchodzi metoda In Vitro, ale potem Justin sprowadził mnie na ziemię.
- Marie bardzo pragnie dziecka. Starają się o nie od nocy poślubnej, więc ponad cztery lata. Kiedy zorientowali się, że coś jest nie tak, wybrali się do lekarza. Masa badań, a potem cios, bo okazało się, że Marie jest bezpłodna. Byli załamani, a najbardziej Justin. Marie nie ma rodzeństwa, Justin ma nas i zawsze pragnął mieć dużą rodzinę. Marie miała wyrzuty sumienia, że nie może mu tego dać i tak zaczął się jej obłęd - obłęd? To nie brzmi dobrze - Coś jej odwaliło i zaczęła świrować. Szalała z rozpaczy, bo nie mogła sprostać prostemu zadaniu, jakim jest urodzenie dziecka własnemu mężowi. Szukali pomocy wszędzie, ale na nic się to zdało. Pamiętam dzień, kiedy zapytałam Marie, dlaczego nie zaadoptują dziecka - uśmiecha się pod nosem, przewracając oczami - Stwierdziła, że to nie będzie "ich" dziecko, a to nie to tamo. Pragnęła, żeby chociaż Justin miał z nim jakieś więzy krwi i tak narodziła się myśl o kobiecie, która urodzi im dziecko - Charlotte przerywa na dźwięk dochodzących z korytarza kroków - Chodź - chwyta mnie za rękę i prowadzi do pokoju, który okazuje się być biblioteczką. Charlotte podchodzi do okna i kontynuuje - Szukali odpowiedniej kandydatki, co łatwe nie jest. Marie ma jakiś spaczony gust i żadna jej nie odpowiadała. Jakiś czas temu jednak natrafili na Juliette, dwudziestopięciolatkę z Kanady. Marie uparła się, że to ma być ona i żadna inna, więc Justin omówił z nią szczegóły. Nie mam pojęcia, czy z nią również miał sypiać, ale zanim do czegokolwiek doszło, słodka Juliette uciekła z wpłaconą zaliczką, która wynosiła trzydzieści tysięcy dolarów - Charlotte odwraca się w moją stronę, a w jej oczach płonie gniew - Ta suka wymyśla pojebane rzeczy, wplątując w to mojego brata. Rozumiesz, że gdyby nie znaleźli ciebie, mój brat pieprzyłby inne kobiety? I Bóg wie, ile by ich było! - złości się, nerwowo przeczesuje włosy, a ja słucham tego i wręcz nie wierzę, jaką osobą jest Marie - Zrobiła z niego maszynkę do seksu. W akcje desperacji pozwoliła mu nawet na zdradę, co osobiście nie mieści mi się w głowie. Aż boję się pomyśleć, co ta wariatka jeszcze wymyśli - podchodzi do mnie i chwyta moje dłonie - Proszę, bądź ostrożna, Freyo. Wszystko załatwiaj z Justinem, dobrze? Jeśli nie musisz, nie widuj się z nią, to zło wcielone. A jeśli cokolwiek będzie nie tak, będziesz potrzebowała pomocy, ja tutaj jestem. Razem z Tobiasem i rodzicami pomożemy ci w każdej chwili. Jesteś niesamowita, że zgodziłaś się na coś tak szalonego, ale mój brat jest szczęśliwy, a kiedy on jest szczęśliwy, ja również - przytula mnie do siebie, a po moich policzkach niespodziewanie spływają łzy. Jestem przygnębiona po tym, co usłyszałam i boli mnie to, jak Marie podle traktuje tak wspaniałego człowieka, jakim jest Justin. Widocznie dlatego tak łatwo odnalazł przy mnie spokój. To przez swoją własną żonę jest zagubiony, smutny i przede wszystkim zmanipulowany - Płaczesz?
- Przepraszam - odsuwam się od niej i ocieram łzy - To chyba przez ciążę. Jestem bardziej wrażliwa.
- Na pewno? - przechyla głowę, uważnie mi się przyglądając - Zauważyłam, że jesteś z Justinem dość blisko. Nie to, że mam coś przeciwko, wręcz przeciwnie, po prostu... widzę, jak w twojej obecności mój brat się zmienia. Cholera! Wiesz, kiedy widziałam go takiego ostatnio? Zanim poznał Marie.
- Może nie powinnam ci tego mówić, ale zakochałam się w twoim bracie, Charlotte. Jest niesamowity.
- Och, Freyo - patrzy na mnie czule, odgarniając kosmyk włosów - Jaka szkoda, że nie spotkaliście się wcześniej. Bylibyście wspaniałą parą, pasujecie do siebie, a mój brat jest przy tobie szczęśliwy.
- I ja jestem przy nim szczęśliwa. Niestety nasza historia nie będzie miała szczęśliwego zakończenia.
- Nie bądź tego taka pewna, kochana. Nigdy nic nie wiadomo, przecież rozwód to nic wielkiego, prawda? - mruga okiem, cmoka mnie w policzek i chwyta za ramię, aby poprowadzić z powrotem do ogrodu.




Justin POV:
Gapię się na wchodzące do ogrodu dziewczyny. Z miejsca wyłapuję podpuchnięte oczy Freyi, a to wskazuje na to, iż płakała. Wymownie spoglądam na siostrę, która posyła mi chytry uśmieszek, który dobrze znam, i siada obok Tobiasa. Nie mam pojęcia, co moja szurnięta siostrzyczka nagadała Freyi, ale na pewno się tego dowiem. Skoro doprowadziła ją do płaczu, musiało być to coś wyjątkowo paskudnego. Jeśli zrobiła jej przykrość, chyba ją uduszę! Wiem, na co stać Charlotte. Jest bezpośrednia, zbuntowana i pyskata. Nie szczędzi słów w kierunku Marie i chociaż rodzice starają się ją ujarzmić, marnie im to idzie. Moja żona działa na nią jak płachta na byka, wystarczy, że stanie jej na drodze, a Charlotte leci piana z buzi.
- Wszystko w porządku? - pytam Freyi, która sięga po szklankę z sokiem - Wyglądasz blado, aniołku.

- Nie martw się, jest okej. Przez chwilę zrobiło mi się słabo, ale Charlotte się mną zaopiekowała.
- Wierzę - patrzę siostrze w oczy, a jej uśmieszek nie schodzi z ust - Zrobiła ci jakąś przykrość?
- No wiesz co! Jak możesz oskarżać mnie o coś takiego? Freya, w przeciwieństwie do Marie, to świetna dziewczyna. Wiesz, chyba nawet zostaniemy najlepszymi przyjaciółkami - co takiego?! W życiu nigdy!
- Kochanie, uspokój się - mama karci ją, z czego nie robi sobie absolutnie nic. Wcale mnie to nie dziwi.
- Ale co ja znowu robię, mamo? Sama nie lubisz Marie, ale musisz udawać. Ja wcale nie muszę, po co?
- Ponieważ to żona twojego brata, córeczko - do rozmowy wtrąca się ojciec, który posyła siostrze karcące spojrzenie - Kultura wymaga, aby nie mówić komuś prosto w twarz, że jest, cytuję;
perfidną suką.
- Pamiętam to! - Tobias wybucha śmiechem, łapiąc się za brzuch - To było wtedy, kiedy pojechaliśmy nad jezioro. Marie powiedziała Charlotte, że ma cellulit, a moja siostrzyczka nazwała ją perfidną suką bez uczuć. Epicki moment - przybija piątkę z Charlotte, a siedząca obok mnie Freya chichocze cichutko. Spoglądam na nią, a moja złość ulatuje w mgnieniu oka. Sam się uśmiecham, chociaż nie powinienem, chwytam jej dłoń i w odruchu, kompletnie się zapominając, składam na wierzchu pocałunek - U la la! Wyczuwam rozwód w rodzinie - Tobias porusza brwiami, spoglądając na nasze dłonie - Podoba mi się to.
- Koniec żartów na temat mojej żony, bacie. Gdyby tutaj była, jestem pewny, że by ci się oberwało.
- Phi, myślisz, że się jej boję? To tylko kobieta, stary. Kilka słów i podbiegnie z płaczem. Wyluzuj.


Po obiedzie pomagam mamie zrobić porządek. Wkładam naczynia do zmywarki, kątem oka zerkając przez okno, przez które widzę Freyę, moje rodzeństwo oraz ojca, którzy śmieją się głośno. Obrazek szczęśliwej rodziny, która darzy się miłością i szacunkiem. Moje odwiedziny z Marie nigdy tak nie wyglądają. Jest sztywno, niezręcznie i smętnie. Nie rozmawiamy śmiejąc się, nie opowiadamy sobie żartów, nie ma tej swobody, która była dzisiaj. Kontrast między dwiema kobieta bije po oczach. Dlaczego dopiero teraz widzę tak wiele wad we własnej żonie? Jeszcze trzy miesiące temu była dla mnie całym światem, moim skarbem, którym nie chciałem się dzielić. Teraz widzę wszystko, czego nie dostrzegałem wcześniej, ale to niczego nie zmienia. To ona jest moją żoną, to jej przysięgałem miłość przed Bogiem i to ona ma pierwszeństwo.
- To chyba wszystko, syneczku - mama przerywa moje myśli, stawiając talerze na stole. Szybko pakuję je do zmywarki, wkładam tabletkę i zamykam, włączając odpowiedni program do mycia - Muszę przyznać, że jestem ogromnie zaskoczona, wiesz? - opiera się o blat tuż obok mnie i razem patrzymy przez okno - Nie spodziewałam się, że Freya będzie tak niesamowitą dziewczyną. Jest taka radosna, uśmiechnięta, dobra. Bije od niej pozytywna energia i widzę, jak na ciebie patrzy. Kocha cię, Justin. Jestem tego pewna.
- Tak, mamo, kocha mnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja również ją kocham, a nie mogę.
- Bzdura! Życie czasami dziwnie się układa, stawiając nam na drodze przeszkody. Musimy je pokonywać i przeć do przodu, aby osiągać swoje cele. Freya nie pojawiła się w twoim życiu bez powodu, synku.
- Masz rację. Pojawiła się po to, aby urodzić mi dziecko, mamo. Muszę skupić się tylko na tym.
- Sam siebie okłamujesz. Kochasz ją, dbasz o nią i w dodatku jest w ciąży. Czy kochasz swoją żonę?
- Oczywiście! - oburzam się, posyłając jej wrogie spojrzenie - Marie jest dla mnie najważniejsza.
- Skoro tak mówisz - uśmiecha się smutno, czule głaszcząc mnie po plecach, ale ja wiem, co sobie myśli.
W końcu to moja matka. Czasami nie musi mówić nic więcej, samo spojrzenie wystarczy. 


Do domu wchodzimy kilka minut po dwudziestej drugiej. Charlotte błagała, abyśmy jeszcze zostali, ale Freya również nie śpieszyła się do wyjścia. Czuła się dobrze w obecności mojej rodziny i zauważyłem, że świetnie dogadywała się z Charlotte. Obawiam się, że faktycznie mogą zostać przyjaciółkami, a to byłaby dla mnie katastrofa! Moja siostra jest bezpośrednia i czuję w kościach, że wciąż piekłyby mnie uszy, gdyby mnie obgadywała, nie mówiąc już o Marie. Pewnie zdradziłaby Freyi cały jej życiorys. Cala Charlotte!

W środę budzą mnie promienie słońca, które wpadają przez okno. Wieczorem zapomniałem zaciągnąć rolety, przez co na policzkach czuję gorąco. Przecieram twarz ręką, spoglądam w bok i marszczę brwi, ponieważ Freyi nie ma obok mnie. Zrywam się z łóżka jak oparzony wrzątkiem, człapię do salonu i oddycham z ulgą, kiedy widzę ją oglądającą telewizję. Jestem za bardzo przewrażliwiony.
- Dzień dobry - siadam obok niej, cmokając ją w policzek. Wita mnie pięknym uśmiechem, podsuwa pod moje usta kanapkę i czeka, aż ją ugryzę. Biorę więc kęs i mruczę pod nosem - Pyszna. Muszę przyznać, że połączenie masła i Nutelli jest wręcz idealne, aniołku - nabijam się z niej, na co robi naburmuszoną minę.
- Hej, jestem w ciąży, okej? Mam prawo do dziwnych połączeń. Nie marudź, bo za karę zrobię ci jajecznicę i poleję ją keczupem - krzywię się na samą myśl. Jak można tak bezcześcić jajecznicę?! Wariactwo!
- No już, nie dąsaj się. Chodź do mnie - odkładam jej kanapkę na talerzyk i porywam na swoje kolana, układając dłonie na jej plecach - Dochodzi dopiero dziewiąta, nie mogłaś spać? Wszystko dobrze?
- Tak, nie martw się tyle, bo osiwiejesz - przewraca oczami, wsuwa swoje zwinne paluszki w moje włosy i przeczesuje. Lubię, kiedy to robi - Obudził mnie koszmar, potem już nie mogłam zasnąć, więc wstałam.
- Koszmar? Chcesz mi opowiedzieć? - zaciska usta, a na jej buźce widnieje smutek - Co się dzieje, hmm?
- Nic, po prostu przyśniło mi się, że... poroniłam - och! Na samą myśl coś ściska mnie w sercu.
- To tylko sen, kotku, nie przejmuj się nim. Na pewno wszystko będzie dobrze, a dzidziuś urodzi się zdrowy.
- Taką mam nadzieję. Przytul mnie - wygina usta w podkówkę, obejmuję ją mocno i przytulam do siebie.
Czas z Freyą mija jak w przyśpieszonym tempie. Z pracy wracam prosto do niej, aby spędzić z nią cały dzień jak i noc, a potem znowu praca. Praktycznie nie bywam w domu, bo i po co, skoro stoi pusty? Zabrałem kilka potrzebnych rzeczy i teraz koczuję u Freyi, przywiązując się do niej jeszcze bardziej.
W czwartek zabieram ją na plac budowy. Wyznała, że nie może doczekać się widoku tego trójkątnego, 

ale na to będzie musiała poczekać. Mimo wszystko zachwyciła się Flatronem, bo tak nazywa się jedno z moich nowych dzieł. Jest już prawie gotowy, postało jedynie kilka poprawek i można planować otwarcie. 
W piątek zabieram ją na kolację do mojej ulubionej restauracji. Jest zachwycona wystrojem i daniami, które tutaj podają. Chłonę jej uśmiech, abym mógł go przywoływać, kiedy nie będziemy razem.
W sobotę przed południem wybieramy się na zakupy. Freya kupuje dla siebie kilka ubrań; w tym zwiewną sukienkę w kwiaty, która bardzo mi się spodobała. Zahaczamy również o sklep dziecięcy, a moje oczy robią się ogromne! Mam ochotę wykupić dosłownie wszystko, zaczynając od białej kołyski, a kończąc na wypasionym foteliku samochodowym. Tylko dzięki Freyi nieco się ogarniam i zwalniam tempo. Kupujemy jedynie urocze skarpetki, najmniejsze body i beżowego pluszaka. Jestem niepocieszony, ale doskonale wiem, że na wszystko jest jeszcze za wcześnie. To dopiero trzeci miesiąc, a Freya nie chce zapeszyć.


O trzynastej niechętnie zbieram się do wyjścia. Dzisiaj wraca Marie, a jej samolot ma wylądować za godzinę, według instrukcji, jakie wysłała mi sms'em. Nie podoba mi się wizja rozstania z Freyą, ale cóż mogę na to poradzić? Niebawem będę musiał radzić sobie bez niej, chociaż każdy dzień z nią spędzony utrudnia sytuację. Powinienem odciąć się od niej już teraz, aby potem było łatwiej, ale jak widać, łatwo mówić trudniej zrobić. Jestem w niej zadurzony bez opamiętania, a muszę wrócić do rzeczywistości.
- Leć już, bo się spóźnisz. O tej porze mogą zastać cię korki, a twoja żona nie powinna na ciebie czekać.
- Korona jej z głowy nie spadnie, jeśli poczeka kilka minut - przewracam oczami, a Freya wzdycha ciężko. Dawniej nie przeszłoby mi przez myśl, aby narażać moją żoną na czekanie, w dodatku na własnego męża! Tak nie przystoi - Będę za tobą potwornie tęsknisz, aniołku. Już tęsknię, a jeszcze nie wyszedłem.
- Ja też będę tęsknić, ale głowa do góry - pociesza mnie, masują ramiona, ale wcale nie czuję się przez to lepiej - Jak znajdziesz chwilkę, to zadzwoń do mnie - staje na palcach, muska moje usta, ale nim mam szansę pogłębić pocałunek, rozlega się dzwonek do drzwi. Freya marszczy brwi zaskoczona, uwalniając się z mojego uścisku - Ronnie nigdy nie dzwoni, po prostu wchodzi. Co jest? - odsuwa się i otwiera drzwi. Kiedy widzę, kto stoi po drugiej stronie, mam ochotę kupić broń i oddać strzał. 









piątek, 14 września 2018

Rozdział trzynasty


Justin POV:

Za cholerę nie spodziewałem się Marie. Owszem, powiedziałem jej o dzisiejszej wizycie, ponieważ ma prawo o tym wiedzieć, jednak stwierdziła, że już zaplanowała sobie spotkanie z przyjaciółką i nie będzie mogła przyjść. Jak widać, chyba zmieniła zdanie, co średnio mnie cieszy, nie mówiąc już o Freyi.
- Cieszę się, że was złapałam. Chciałabym być przy badaniu - zwraca się do Dorothy, która przytakuje głową. Jako, że jest przyjaciółką mojej mamy, jest wtajemniczona w całą sytuacją - To co, idziemy?
- Oczywiście - Dorothy zaprasza nas do środka, Freya układa się na łóżku, a ja siadam na krzesełku. Marie zaś staje za mną, układając dłoń na moim ramieniu. Czuję się dość niezręcznie - No dobrze, najpierw zrobimy USG, a potem porozmawiamy - Dorothy zabiera się do pracy, wyciska żel na uroczy brzuszek Freyi
i przesuwa po nim końcówką. Na monitorze ukazuje się szaro-biało-czarny obraz, a w środku małe coś. Dobrze widoczne, jednak bardzo maleńkie - Proszę spojrzeć, tutaj jest dzidziuś - wskazuje palcem, a wzruszenie ściska mnie za gardło. Moje dziecko, syn lub córka. Boże, to niesamowite! - Maluszek mierzy siedem centymetrów - spoglądam na Freyę, która zaciska usta i patrzy w monitor jak zaczarowana - Posłuchajmy, jak bije serduszko - Dorothy mocniej dociska końcówkę do brzucha, a w pomieszczeniu rozlega się dziwny dźwięk. Jakby dudnienie, szybkie, chaotyczne - Nie obawiajcie się, że bije tak szybko. To całkowicie normalne - doktor uspokaja nas, mocniej ściskam dłoń Freyi, przez co ściągam na siebie jej uwagę. Wygląda na bardzo szczęśliwą, wręcz zakochaną w tym dzieciątku, którego nie będzie mogła wychować. Boże, ta myśl łamie mi serce - No dobrze, to tyle. Wszystko jest w jak najlepszym porządku, Freyo. Tak trzymaj - klepie ją po dłoni i podaje ręczniki, aby wytarła brzuszek.


Chwilę później we trójkę opuszczamy klinikę. Mam ochotę wziąć Freyę za rękę, ale nie robię tego ze względu na Marie. Poczułaby się dotknięta, w końcu to ona jest moją żoną i ma do mnie pełne prawo.
- To było niesamowite - Marie przerywa ciszę, przytulając się do mojego ramienia - Jest taki maleńki.
- To prawda - chrząkam niezręcznie, zerkając na Freyę. Uśmiecha się lekko, zakładając kosmyk włosów
za ucho - Oby rosło jak na drożdżach i było zdrowe. Jeśli czegoś potrzebujesz, powiedz mi śmiało.
- Nie, dziękuję. Mam wszystko, Justin. Będę się zbierać, marzę o tym, aby się na chwilę położyć.
- Jesteś zmęczona? - przytakuje, a Marie przenosi na nią wzrok - Mam trochę czasu, podrzucę cię.

- Nie ma takiej potrzeby. Zaraz za rogiem jest przystanek autobusowy, dojadę pod samo mieszkanie.
- Nie powinnaś jeździć autobusami - Marie upomina ją jak dziecko - To niebezpieczne. A jeśli kierowca nagle zahamuje, a ty upadniesz? Zrobisz krzywdę sobie i dziecku, Freyo. Justin ma rację, odwiezie cię.
- Zobaczymy się później - całuję żonę w czoło, chwytam Freyę pod ramię i prowadzę do swojego samochodu, zaparkowanego tuż obok kliniki. Kiedy wsiada na miejsce pasażera, a ja za kierownicę, atmosfera natychmiast się rozluźnia - Nie wiedziałem, że przyjdzie. Miała być w spa z przyjaciółką.
- Nic się nie stało. Przecież to ona będzie matką tego dziecka, ma prawo być na wizytach lekarskich.
- Nie rozmawiajmy o tym - burczę pod nosem, włączając się do ruchu. Nie chcę psuć sobie humoru. 


Pod apartamentem Freyi parkuję dziesięć minut później. Odpina pas, chwyta za klamkę, ale nie pozwalam jej wysiąść. Przyciągam ją do siebie, a nasze usta się spotykają. Pożeram ją tym pocałunkiem, wsuwam palce w jej włosy i dociskam do siebie najbliżej, jak to tylko możliwe. Nie kosztowałem jej ust od kilku dni, starając się zachować pozory. Marie niczego nie podejrzewała, a ja, jak ostatnia świnia, zdradzałem 
ją nadal. Obiecałem sobie, że jeśli tylko Freya zajdzie w ciążę, zostawię ją w spokoju. Oczywiście gówno mi z tego wyszło i nadal lądowaliśmy w łóżku. Mimo chęci nie potrafiliśmy być z dala od siebie. Ciągnęła nas do siebie ogromna siła, której nie mogliśmy się oprzeć. Była moim słodkim uzależnieniem. Przepadłem.
- Tęskniłem za tobą - dyszę w jej usta, cmokając je raz, za razem - Pragnę cię porwać i gdzieś wyjechać.
- Jesteś szalony - szepcze cicho, muskając palcami mój policzek - Ale również pragnę być blisko ciebie.
- Nie martw się, coś wymyślę. Zwariuję, jeśli nie spędzę z tobą więcej czasu, aniołku. Roznosi mnie!
- Moje biedactwo - wydyma wargi, nabijając się ze mnie. Bestia! - Tylko bądź ostrożny, proszę cię.
- Zawsze jestem, maleńka - puszczam jej oczko, po raz ostatni namiętnie całując - Dam ci znać, dobrze?
- Mhm, będę czekać - pstryka palcem w mój nos, opuszcza samochód i macha mi wesoło. Uwielbiam ją!

Pracuję do późna, w domu stawiam się punkt dwudziesta trzydzieści. Odkładam torbę z laptopem, poluźniam krawat i zsuwam buty. Kiedy człapię do salonu, pozbywam się marynarki i oddycham z ulgą.
- Nareszcie jesteś - odwracam głowę na dźwięk głosu mojej żony. Posyła mi lekki uśmiech, podchodzi i przytula się do moich pleców - Jesteś spięty. Powinieneś wziąć gorącą kąpiel i zabrać mnie do łóżka.
- Tak zrobię, kwiatuszku - wzdycham ciężko, próbując nie zdradzać niezadowolenia - Padam z nóg. 

- Zdecydowanie za dużo pracujesz - karci mnie, przechodzi do przodu i patrzy na mnie z dziwną ekscytacją w oczach - Jutro lecę do rodziców, może masz ochotę polecieć razem ze mną? Trochę odpoczniesz.
- Chętnie, perełko, niestety mam kocioł w firmie. To jest fatalny moment na wakacje, przepraszam cię.
- Tak jest za każdym razem, Justin. Kiedy proponuję wyjazd, ty zasłaniasz się firmą i przepraszasz.
- Winisz mnie za to? Jestem szefem, kobieto, muszę dopilnować, aby wszystko szło zgodnie z planem. Nie mogę sobie brać wolnego, kiedy mi się zamarzy! Mam trzy budowy na głowie, muszę być na miejscu.
- Daj spokój. Jak sam powiedziałeś, jesteś szefem, więc możesz robić, co chcesz. Zbywasz mnie?
- Nie, nie zbywam cię. Próbuję ci wytłumaczyć, jak wygląda sytuacja. A ty jak zwykle nie rozumiesz,
- Jak zwykle?! - podnosi głos, zakłada ręce na piersiach i patrzy na mnie wściekła - Świetnie! Dzięki!
- Kochanie, naprawdę nie mam siły się z tobą kłócić. Miałem ciężki dzień, chciałbym miło spędzić z tobą wieczór, czy wymagam aż tak wiele? - przeczesuję włosy, wzdychając ciężko, a Marie łagodnieje.
- Przepraszam, ostatnio jestem rozdrażniona - przytula się do mnie ponownie, opierając policzek na moim torsie - Rozumiem, że firma jest dla ciebie ważna, po prostu poświęcasz mi za mało czasu, Justin.
- Takie jest życie - prycha wkurzona, wbijając paznokcie w moje biodra - Postaram się to zmienić, tak?
- Mhm. Kocham cię - unosi głowę, staje na palcach i całuje mnie czule - Podrzucisz mnie na lotnisko?
- Oczywiście! Koniecznie pozdrów rodziców i ucałuj swoją siostrę. Następnym razem polecę z tobą.
- Trzymam za słowo. Meggie bierze ślub za miesiąc, więc to będzie idealna okazja - szlag, zapomniałem!
- Przypomnij mi o tym po powrocie, zapiszę sobie w kalendarzu i zorganizuję wolne. Na ile lecisz?

- Zostanę do końca tygodnia - och! Cztery dni z Freyą! - Tata narzeka na korzonki, a mama narzeka na tatę, bo za żadne skarby nie chce pójść z tym do lekarza. Mam być ich łącznikiem i zaciągnąć go do przychodni.
- Powodzenia! Anthony to uparty skurczybyk, który nigdy nie był u lekarza. Korzonki go nie pokonają.
- Cały ojciec! Ale dość o tym, zrobiłam pyszną kolację. Zjemy, a potem możemy obejrzeć jakiś film.
- Świetnie! Daj mi kilka minut, wezmę prysznic - puszczam jej oczko i biegnę na górę. Sprawnie poszło.




Freya POV:

We wtorek odwiedza mnie Ronnie. Marudzi już na wejściu, jak bardzo świat jest niesprawiedliwy i jak bardzo nienawidzi wtorków. To właśnie dzisiaj, jakiś "palant" wjechał w tył jej ukochanej Toyoty.
- Przysięgam, że miałam ochotę go zabić! A najgorsze było to, że ten dekiel próbował mnie podrywać!
- Poważnie? U la la, podryw na stłuczkę? Muszę przyznać, że z tym jeszcze się nie spotkałam. Niezły bajer.
- Nic nie mów. Byłam wściekła, nadal jestem, a ten dupek się tylko śmiał i pieprzył, że nic wielkiego się nie stało. Jasne! Może dla jego super wypasionej fury za grube miliony, ale moja Toyota ma uszkodzoną dupkę!
- Jestem pewna, że doszliście do porozumienia. Na pewno ma ubezpieczenie, więc sprawa załatwiona.
- Co racja to racja, ale z tym podrywem to przesadził. Chociaż niezły był - Ronnie przykłada palec do brody i mruży oczy. Wygląda tak, jakby właśnie przypominała sobie jego twarz - Tak, zdecydowanie to było ciacho! Wiesz, czarne włosy, trzydniowy zarost, garniturek. Zostawił mi nawet swój numer telefonu.
- No widzisz! Więc ten wtorek wcale nie jest taki zły, skoro przez przypadek upolowałaś fajnego gościa.
- Tsa! Zadzwonię do niego tylko po to, żeby jeszcze raz go ochrzanić. Kto dał mu do cholery prawko?!
- Wyluzuj, Ronnie. Takie sytuacje się zdarzą, wystarczy się zagapić i bum. No wybacz temu biedakowi.
- Biedakowi?! Tak bym go nie nazwała, Frey! Facet ma kasy jak lodu, skoro jeździ takim wozem.
- Dobra, więc wybacz temu przystojniakowi, lepiej? Jestem pewna, że przeprosił cię za to zdarzenie.
- No jasne, że przeprosił. Przy okazji zapraszając na kawę - porusza brwiami, a mi opadają ramiona.
- Lecz się. Narzekasz, marudzisz, a tak naprawdę może właśnie poznałaś swojego przyszłego męża!
- Szlag, na to nie wpadłam - wybałusza oczy, a ja wybucham śmiechem - Może jednak zadzwonię - chichocze i szybko przepisuje numer z karteczki do telefonu - Ach! Widziałam Samuela, pytał o ciebie - spinam się na wzmiankę o przyjacielu - Powiedziałam mu, że masz się świetnie i odezwiesz się do niego.
- Powinnam zrobić to dawno temu, ale nie wiem, co mam mu napisać. Będzie chciał się spotkać i co wtedy? Na razie mam mały brzuch, ale urośnie i wszystko się wyda. Czeka na mnie, a ja jestem w ciąży.
- Daj spokój, Frey. Prawda jest taka, że niczego mu nie obiecywałaś, prawda? Wcale nie musi czekać.
- Dzień dobry - naszą rozmowę niespodziewanie przerywa stojący w progu kuchni Justin. Jestem zaskoczona jego widokiem, ale moje serce podskakuje z ekscytacji - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Skąd, panie seksy - Ronnie puszcza mu oczko i klepie miejsce obok siebie. Od czasu, kiedy poznali się trochę lepiej, moja przyjaciółka zmieniła o nim zdanie i polubiła. Co dziwne, Justin również obdarzył ją sympatią, co bardzo mnie cieszyło - Mam pytanie, ziomek. Czy ty czasami ubierasz coś innego, niż garnitur?
- Oczywiście, Veronico. Bardzo lubię chodzić w jeansach i skórzanej kurtce. Wracam z pracy, stąd garnitur.
- Skóra, jeansy? Wow, więc nie mogę doczekać się, aż zobaczę cię w tym wydaniu. Twój tyłek pewnie wygląda jak brzoskwinka - krztuszę się bananem, aż Justin zrywa się z krzesła i klepie mnie po plecach.
- Jezu, Ronnie! Chcesz, żebym przez ciebie zeszła z tego świata?! Jak zawsze walisz prosto z mostu!
- A co się będę szczypać? Wiesz, że jestem szczera, prawda? Męskie tyłeczki są bardzo apetyczne!
- Dość - wystawiam dłoń, aby wreszcie się zamknęła, a Justin wybucha śmiechem - Nie słuchaj jej.
- Dlaczego? To bardzo interesujące, co mówi. A ty jak uważasz, aniołku? Podoba ci się mój... tyłeczek?
- Właśnie, Frey. Podoba ci się jego tyłeczek? - Ronnie mruży oczy, uśmiechając się chytrze. Bestia!
- Tak, bardzo mi się podoba. Zadowolona? - unoszę brew, a jej opada kopara - Jest jędrny i kształtny.
- Woah, więc wygrałaś życie, moja droga. Tyłek Luke'a wygląda jak śliwka węgierka. Suchy i pomarszczony.
- Jesteś niemożliwa - Justin kręci głową, patrząc z rozbawieniem na moją przyjaciółkę-wariatkę.




Justin POV:
Veronica wychodzi chwilę później, a my zostajemy sami. Mam dla Freyi dwie miłe niespodzianki.
- Chcę ci coś powiedzieć - przenosi wzrok z telewizora i skupia na mnie swoją uwagę. Masuję jej stopy, ugniatając podbicie - Marie wyjechała, nie będzie jej do końca tygodnia - przygryza wargę, posyłając mi delikatny, piękny uśmiech, który wykręca mi bebechy - Widzę, że się cieszysz. Ja również - przyciągam ją do siebie, sadzam na kolanach i podsuwam w górę t-shirt, po czym układam dłonie na jej małym jeszcze brzuszku. Wygląda tak, jakby zjadła za dużo pizzy. Pod ubraniami z łatwością go zakryje, ale kiedy ubrania znikają, wybrzuszenie jest widoczne. Rozczula mnie ten widok - Druga sprawa jest ciut gorsza. Moi rodzice chcieliby cię poznać - na moment zamyka oczy, a ja myślę, czy to przypadkiem dla niej nie za wiele. Nie powinienem wplątywać ją w niezręczne sytuacje, tak samo, jak nie powinienem mieszać ją w swoje życie. To zły pomysł - Wybacz, moi staruszkowie to uparci ludzie. Cieszę się moim szczęściem, chociaż nie podzielają tego, do czego namówiła mnie Marie. Byli przeciwni temu, abym sypiał z inną kobietą.
- Więc byli przeciwni, a mimo to i tak chcą mnie poznać? - uchyla powieki i patrzy na mnie niepewnie.
- Ty nie jesteś winna, aniołku. Jesteś osobą, która robi dla mnie coś wspaniałego, coś, za co będzie ci wdzięczny do końca życia. Po prostu moi rodzice są wrażliwi i boją się, że zrobię ci krzywdę.
- Jestem dorosła, wiem, na co się pisałam, spokojnie. Jeśli chcą mnie poznać, niech będzie. Zrobię to.
- Jesteś pewna? - bez wahania przytakuje głową, układając dłonie na moich, które wciąż spoczywają na jej brzuchu - Mama dzwoniła do mnie i zaprosiła nas na obiad. Dzisiaj. Jeśli nie chcesz jechać, odwołam.
- Nie musisz, chętnie ich poznam. Chociaż nie jestem pewna, czy nie będę czuła się dość... niezręcznie.
- Nie martw się, przy moich rodzicach to niemożliwe - obejmuję ją i całuję czule. Uwielbiam to robić.


Na miejsce docieramy godzinę później. Otwieram drzwi od strony pasażera i pomagam Freyi wysiąść. Kątem oka podziwiam jej kreację, która podkreśla jej idealną figurę. Niby to zwykła, bardzo dopasowana, szara sukienka z długim rękawem, ale robi na mnie ogromne wrażenie. Może dlatego, że ukazuje jej uroczy brzuszek, na którego punkcie mam obsesję? Myśl, że w środku jest moje dziecko, tak wyczekiwane, wymarzone, wytęsknione, sprawia, że mam ochotę zacałować ją z radości. Naprawdę nam się udało!
- Gotowa? - pytam Freyi, która przygląda się wypielęgnowanemu ogródkowi mojej mamy. Przytakuje głową, wsuwa dłoń pod moje ramię i krok po kroku zbliżamy się do drzwi, które otwieram i przepuszczam ją pierwszą. W moje nozdrza uderza zapach duszonego mięsa, specjalność mojej mamy - Halo?! Żyjecie?
- Nie, pomarliśmy - do salonu wchodzi Tobias, mój młodszy brat, który skupia uwagę na Freyi. Już widzę, jak świecą mu się oczy. Fakt, że są w tym samym wieku mnie nie pociesza - Jakaś inna ta twoja żona.
- To Freya, Tobias. Opowiadałem wam o niej - uderza się w czoło na znak, że łaskawie sobie przypomniał.
- Ach, tak! Urodzi ci dzidziusia, bo twoja żonka nie daje rady - Freya wybałusza oczy, patrząc na mnie szczerze zaskoczona. Wspominałem, jak bardzo Tobias nie znosi Marie? Kiedy tylko spotykamy się wszyscy razem, wręcz skaczą sobie do gardeł - Jak dobrze, że jej nie przytargałeś. Mam dzisiaj dobry dzień.
- To moja żona, bracie, powinieneś ją szanować, a jest wręcz przeciwnie. Kiedy wreszcie dorośniesz?
- Jestem dorosły, chyba to przegapiłeś. Po prostu nie lubię tej rudej zołzy. Ma paskudny charakter.
- Podzielam twoje zdanie, braciszku - dołącza do nas Charlotte, moje siostra. Niestety oboje dostają spazmy na widok Marie - Witaj, kochana - uśmiecha się i ściska Freyę - Już dawno chciałam cię poznać.
- Hej, ja też! - Tobias przepycha się i teraz to on przytula moją dziewczynkę - Jesteś przepiękna.
- D-dziękuję - Freya zawstydza się, mocniej dociskając do mojego boku. Jakby szukała bezpieczeństwa.
- Zawstydzacie ją - burczę pod nosem, obejmuję ją ramieniem i prowadzę na patio. Mama z ojcem siedzą przy stole, pod ogromnym parasolem i delektują się winem - Dzień dobry! Nikt nas nie wita? Jak to tak?
- Wybacz, syneczku! - mama zrywa się na równe nogi, podbiega do nas i najpierw wita mnie, a potem spogląda na Freyę - Justin wiele mi o tobie opowiadał i w jednym miał rację, jesteś prze uroczona, kochanie - rozchyla ramiona, Freya przytula się do niej niepewnie, a ten widok potwornie mnie rozczula. Jestem podły, ale tak bardzo chciałbym cofnąć czas i nigdy nie wziąć ślubu z Marie.






niedziela, 9 września 2018

Rozdział dwunasty


Justin POV:

Moje biodra pracują jak świetnie naoliwiona maszyna. Pieprzę tę drobną dziewczynę, aż nie może za mną nadążyć, ale przyjmuje wszystko, co jej daję. Jestem na siebie wściekły, że tak łatwo dałem jej się podejść i wypaplałem to, co kotłuje mi się w głowie. Nie chcę kończyć tego, co obojgu sprawia nam przyjemność, bo wtedy nadejdzie trudny momenty zwany rozmową. Niby co mam jej powiedzieć? Że jest wyjątkowa, piękna, urocza, taka słodka i chcę mieć ją tylko dla siebie? Czy może wyznać, że jestem skurwielem, ponieważ pragnę jej jak nastolatek, mając żonę, którą kocham? A może to, iż zauroczyłem się w niej właściwie w tydzień, który spędziliśmy w moim domu za miastem? Cokolwiek bym nie powiedział i tak się pogrążę. Nie mogę dać jej złudnych nadziei, ponieważ między nami nic nie będzie. Nie może. Mam do wykonania zadanie, na którym muszę się skupić, a po wszystkim nasze zbliżenia dobiegną końca. Szkoda tylko, że moja podświadomość szydzi ze mnie perfidnie, nabijając się i przeklinając. Jeśli mój cholerny mózg nie weźmie się w garść, marny mój los. Nie wyobrażam sobie dnia spędzonego bez Freyi, nie mówiąc o reszcie. Mogę wmawiać sobie te bzdury, ale w głębi siebie wiem, że ta dziewczyna znaczy dla mnie bardzo wiele. Przy niej czuję, że żyję. Jest zupełnie inna niż Marie. Żywiołowa, wesoła, dobra i daje mi coś, czego od dawna nie daje mi moja żona; uwagę. Zawsze w skupieniu słucha tego, co mówię. Nawet opowieści o firmie jej nie nudzą, wręcz przeciwnie, przy ostatnim spotkaniu przed wizytą u lekarza, pytała z podekscytowaniem, jak wysoki będzie nowy budynek, ile będzie miał okien i była zachwycona jego kształtem. Marie informacje o mojej firmie wpuszcza jednym uchem, a wypuszcza drugim.
- J-Justin - cichy głosik Freyi sprowadza mnie na ziemię. Schylam głowę, aby złapać jej spojrzenie, a na widok zarumienionych policzków uśmiecham się szeroko - Proszę, zwolnij odrobinę. Rozerwiesz mnie.
- To nie jest możliwe - mrugam okiem, opuszczam jej ciepłe wnętrze i jednym ruchem przekręcam ją na brzuch, aby ponownie w nią wejść. Zaciska w dłoniach poduszkę, wierci się niespokojnie i jęczy, a te jęki doprowadzają mnie do końca. Wlewam się w nią długo i obficie, w duchu licząc na to, że moje rycerzyki wreszcie zabiorą się do roboty - Cholera, wykończysz mnie - opadam obok, wciągając ją na swoje ciało.
- Ja ciebie? Raczej ty mnie! Miałam dwa orgazmy, Justin - unosi głowę, aby posłać mi pełne niedowierzania spojrzenie - Mam marne doświadczenie, ale dwa orgazmy podczas jednego stosunku? Szaleństwo!

- Fakt, masz naprawdę marne doświadczenie, aniołku - dotykam jej brwi, napawając się widokiem jej słodkiej buźki - Zapewniam cię, że osiągniesz ich jeszcze więcej. Już ja się o to postaram - zawstydza się, chowa głowę w zagłębienie mojej szyi, czym mnie rozczula. Szlag! Robię się sentymentalny na starość.
- Czy to, co powiedziałeś to prawda? - pyta cicho i tak oto nachodzi chwila prawdy - Po prostu powiedz.
- Tak, to prawda - zamykam oczy i pocieram jej plecy, aby zająć czymś ręce - Sam tego nie rozumiem, ponieważ nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło. Zwariowałem na twoim punkcie, Freyo, jak nastolatek. Mam trzydzieści jeden lat, żonę, firmę, ustatkowane życie, a ty wywróciłaś wszystko do góry nogami.
- Przepraszam - unosi głowę i opiera brodę na dłoni - Nie sądziłam, że tak bardzo się do siebie zbliżymy.

- Uwierz mi, ja też. Dopóki nie jesteś w ciąży, możemy robić to, co robimy, ale kiedy będziesz spodziewać się dziecka, musimy z tym skończyć - zaciska usta, niepewnie przytakując - Kocham moją żonę, to byłoby niesprawiedliwe wobec niej, gdybym zdradzał ją świadomie, ale wiedz, że jesteś dla mnie bardzo ważna, aniołku. Nawet po wszystkim chcę utrzymywać z tobą kontakt, dbać o ciebie. Proszę, pozwól mi na to.
- To nie jest dobry pomysł, Justin - podnosi się, siada na brzegu łóżka i wciąga na siebie mój biały t-shirt, w który ubrałem ją po pijackiej nocce - Oddam ci swoje dziecko, a to nie będzie dla mnie proste. Poza tym coś do ciebie czuję, więc spotykając się z tobą zrobię sobie krzywdę. Najlepiej odciąć się całkowicie.
- Nie chcę się odcinać - siadam za nią, przytulam się do jej pleców i całuję w kark - Czujesz coś do mnie?
- Tak, chociaż wcale tego nie planowałam. Po tym wspaniałym tygodniu, kiedy dbałeś o mnie jak nikt nigdy w moim życiu, poczułam się szczęśliwa. Nigdy nie byłam w związku, nie wiem, jak to jest kogoś kochać i być kochaną, dlatego, kiedy poczułam od ciebie tę troskę, zauroczyłam się. Jest mi z tobą tak dobrze.
- Czuję się dokładnie tak samo - wtulam nos w jej pachnące włosy i zaciągam się tym zapachem, zapamiętując go - Dlatego chcę spędzać z tobą jak najwięcej czasu. Tęskniłem za tobą przez te cztery dni.
- Nie masz pojęcia, co ja przeżywałam. W poniedziałek dostałam okres, co przyjęłam z ogromnym rozczarowaniem. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale doszłam do wniosku, że nie mogę się narzucać. A skoro ciebie to nie interesowało, przeżywałam to w samotności. Ronnie mnie pocieszała, ale marnie jej szło.
- Wybacz mi, kotku - odwracam ją w swoją stronę, sadzam na kolanach i przytulam do siebie. Wczepia się we mnie jak małpka, ściskając za szyję - Zachowałem się jak buc, przyznaję, ale próbowałem ogarnąć swój mózg, który się na mnie wypiął i wciąż podsuwał mi obraz twojej twarzy. Nie gniewaj się, proszę.
- Już się nie gniewam, ale skoro jesteśmy w tym razem, nie zostawiaj mnie, aż do rozwiązania. Okej?
- Obiecuję, że nie zostawię. Choćby się waliło i paliło, będę przy tobie i pomogę ci we wszystkim.

Wieczorem wracam do domu. Zsuwam z ramion marynarkę, wchodzę do salonu i zawieszam wzrok na siedzącej na kanapie Marie. Czyta gazetę, popijając Martini. Kolejna kłótnia to ostatnie, na co mam w tej chwili ochotę, ale znając moją żonę wiem, że nie odpuści tematu. Inaczej byłby to pieprzony cud!
- Pocieszyłeś ją? - unosi głowę, posyłając mi surowe spojrzenie. Zaczyna się - Wolałeś z nią zostać.
- Marie, nie miej do mnie pretensji. Sama powiedziałaś, że Freya jest dla nas ważna, tak? Staram się, abyśmy nareszcie zostali rodzicami i dbam o tą dziewczynę, bo to nie jest maszynka do rodzenia dzieci.

- Wiem o tym! Po prostu jestem zazdrosna, że spędzasz z nią tak wiele czasu, a mnie zaniedbujesz!
- Mówisz poważnie? - prycham z niedowierzaniem, podchodzę do barku i nalewam sobie drinka, bo na trzeźwo tego nie ogarnę - Wciąż mówisz mi, że goni nas czas, że trzeba się pośpieszyć i szybko działać, więc to robię, tak? - przewraca oczami, upijając łyk Martini - Jak widzisz, Freya nie zaszła w ciążę, mimo tego, że przez cały tydzień pieprzyłem ją po dwa razy dziennie! To był najlepszy czas na zrobienie dziecka, ale nie wyszło, zdarza się. Dorothy uprzedziła nas kilka lat temu, że to może potrwać o wiele dłużej, więc nie mam pojęcia, jak będzie w tym przypadku. Jeśli jednak masz mieć o to fochy, powiedz mi, a rzucę to w cholerę - wypijam drinka na raz, a w moje serce przyśpiesza. Zrezygnowanie w tym momencie byłoby dla mnie katorgą! Nie teraz, kiedy wiem, że Freya również coś do mnie czuje - Jaka jest twoja decyzja?

- Nie chcę rezygnować, Justin - chwała Bogu! - Bardzo zależy mi na dziecku, sam o tym wiesz. Pragniemy go od tak dawna, jesteśmy już blisko i musimy doprowadzić to do końca. Po prostu nie spodziewałam się, że będę o nią zazdrosna. W dodatku jest piękna i boję się, że możesz się w niej zakochać - ups!
- Kochanie, nie ma takiej możliwości - odstawiam szklankę na stolik i przysiadam obok niej, przyciągając ją do swojego ciała. Nie potrafię spojrzeć jej w oczy - Jesteś moją żoną od czterech lat, nie widzę poza tobą świata, wiesz o tym! Kocham cię, jesteś miłością mojego życia i żadna inna kobieta tego nie zmieni - cmokam czubek jej głowy, a moje wyrzuty sumienia właśnie wyżerają mi bebechy. Ależ ze mnie kłamca!
- Taką mam nadzieję. Nigdy bym ci tego nie wybaczyła - mówi ostro, a ja doskonale o tym wiem. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby zaczęła się mścić nie tylko na mnie, ale i na biednej Freyi. 





****
Czas płynął jak szalony. Przez kolejny miesiąc bywałem u Freyi częściej niż we własnym domu. Marie na szczęście odpuściła, chociaż zażądała nocek na wyłączność. Więc kursowałem między apartamentem a własnym domem i na zmianę posuwałem dwie kobiety jak pierdolony żigolak na zamówienie. Nie mam pojęcia, kiedy sytuacja zrobiła się tak skomplikowana, ale wcale mi się to nie podobało. Myśl, iż seks z Freyą zadowalał mnie bardziej, niż z Marie była przygnębiająca. Powroty do domu były obowiązkiem, nie przyjemnością, jak dawniej. Starałem się grać, co weszło mi w krew i nie sprawiało większych trudności. Gorzej było z moimi uczuciami, które rodziły się z dnia na dzień, przybierając na sile. Czułem się jak facet, który zakochał się po raz pierwszy w życiu. Cieszył mnie każdy moment spędzony z Freyą. Każdy seks, spacer, zakupy, leniuchowanie na kanapie i drzemka po obiedzie, ale również wypady do mojego domu za miasto, czy jedzenie kebaba na mieście, czego wcześniej nie robiłem. Ta dziewczyna obudziła we mnie młodość, szaleństwo, żywiołowość. Już dawno usiadłem na tyłku, ustatkowałem się, byłem poważnym człowiekiem prowadzącym firmę, a ona sprawiała, że wariowałem każdego dnia coraz bardziej. Zakochiwałem się w niej po same uszy, pragnąłem tylko jej i nikogo innego. Codziennie jednak budziłem się ze świadomością, że to się kiedyś skończy, a to bolało mnie najbardziej. Nienawidziłem siebie za myśli, że tak bardzo chciałbym być wolnym człowiekiem i móc z nią tutaj zostać, kochać ją, rozpieszczać. Niestety spotkaliśmy się za późno, o wiele za późno, a nasza historia nie miała szans na happy end.

Kiery w czerwcu wreszcie dowiedzieliśmy się, że Freya zaszła w ciążę, byłem prze szczęśliwy, porwałem ją w ramiona i całowałem po twarzy, a ona śmiała się głośno. Otrzeźwienie przyszło dopiero później, kiedy nieco ochłonęliśmy. Oboje zdaliśmy sobie sprawę, że nasza skomplikowana sytuacja spieprzyła się jeszcze bardziej. Dopięliśmy swego, więc nasze zbliżenia musiały się skończyć. Chciałem być tutaj z nią przez cały czas, ale moja żona natychmiast nabrałaby podejrzeń. W dodatku Freya źle znosiła początki, wciąż wymiotowała, nie miała apetytu i schudła, chociaż już wcześniej była szczupła. Martwiło mnie to, chciałem zabrać ją do doktora, ale nie zgodziła się. Dorothy uprzedziła ją, że tak będzie, na co była przygotowana, w przeciwieństwie do mnie. Widok jej wymiotującej ściskał moje wnętrzności na supeł. Niedawno tryskała energią, nie mogła usiedzieć na tyłku i wciąż wymyślała coś nowego, co możemy robić, tak teraz była przeciwieństwem samej siebie. Chciałem ją przed tym uchronić, chociaż nic nie mogłem zrobić.



Freya POV:
Zakładam na siebie sweterek, biorę torebkę i zjeżdżam na dół, aby poczekać na Justina. Dzisiaj czeka mnie kolejna wizyta u Dorothy, która prowadzi moją ciążę. Dzisiaj również wybił równy dwunasty tydzień, czyli trzeci miesiąc ciąży. Nie jestem pewna, w którym momencie udało nam się zrobić dziecko, ale musiało być to niedługo po tym, jak pod koniec maja wróciliśmy z domu Justina za miastem. Nigdy nie zapomnę jego radości, kiedy na teście wyskoczyły dwie kreseczki. Patrzył na mnie z ogromną miłością, dotykając mojego płaskiego wtedy brzucha. Poczułam się tak, jakbyśmy mieli stworzyć rodzinę, co oczywiście nie było prawdą. Nosiłam pod sercem jego dziecko, niestety nie będę uczestniczyła w jego życiu. 

Na miejscu jesteśmy dwadzieścia minut później. Justin chwyta moją dłoń, wchodzi do środka i prowadzi w znanym mi kierunku, do gabinetu Dorothy. Polubiłam ją. Od początku była dla mnie dobra, sympatyczna i tłumaczyła wszystko na spokojnie. Ufałam jej i wierzyłam, że z jej pomocą uda mi się przez to przejść.
- Jestem podekscytowany - Justin uśmiecha się szeroko, przystępując z nogi na nogę - Dzisiaj będzie USG.
- Tak, też nie mogę się doczekać - schylam głowę i czule dotykam brzucha. Zawsze miałam płaski brzuch, teraz wybrzuszenie jest już doskonale widoczne - Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku.

- Na pewno, aniołku. Nie zamartwiaj się. Odpoczywasz, zdrowo się odżywiasz, już nie masz młodości.
- Dzień dobry - naszą rozmowę przerywa Dorothy, która wychodzi z gabinetu - Zapraszam was do środka.
- Nie możemy się już doczekać, aby zobaczyć dzidziusia - Justin puszcza jej oczko, przepuszcza mnie w drzwiach, ale zanim wchodzimy do środka, dzieje się coś, czego nigdy w życiu bym się nie spodziewała.
- Zaczekajcie! - w naszą stronę biegnie Marie, a moja radość w mgnieniu oka idzie się pieprzyć!








sobota, 8 września 2018

Rozdział jedenasty


Justin POV:

Skupiam uwagę na filmie, który leci na Netflixie. Marie leży obok mnie, wtulona w mój bok, i popija swoje ulubione Martini. Chociaż bardzo tego nie chcę, moje myśli uciekają do Freyi. Zastanawiam się, co teraz robi, czy dobrze się czuje, czy niczego nie potrzebuje. Obiecałem żonie, że dzisiaj zabiorę ją do lekarza, ale wykręciłem się chęcią spędzenia wieczoru tylko z nią. Przystała na to, ponieważ łaknęła mojego towarzystwa po tygodniu mojej ciągłej nieobecności. Była moją żoną, nie miałem prawa jej zaniedbywać, a to właśnie zrobiłem. Niestety wszystkiemu winna była urocza blondynka, która nie chciała opuścić moich myśli. Nawet teraz, tuląc do siebie Marie, czułem się jak zdrajca, myśląc o innej kobiecie. Pragnąłem wziąć ją w ramiona, przytulić, pocałować, a potem kochać się z nią przez całą noc. Niestety sytuacja się skomplikowała, a moje milczenie wszystko pogarszało. Miałem nadzieję, że przez te cztery dni poukładam swoje myśli, otrząsnę się z tego zauroczenia, wezmę w garść. Jaka szkoda, że im więcej czasu mijało, tym moje serce coraz bardziej rozpierdalało z tęsknoty. Mój plan nie wypalił, wręcz przeciwnie, był skazany na niepowodzenie, zanim go jeszcze wymyśliłem. Freya całkowicie mną zawładnęła, nie pozostawiając nawet skrawka miejsca dla mojej żony. Od naszej rozmowy w kawiarni, pięć tygodni temu, nie jestem już tym samym człowiekiem. Coś się bezpowrotnie we mnie zmieniło i z tym czymś będę musiał walczyć.

Moje rozmyślenia oraz film, przerywa dźwięk przychodzącego e-maila. Biorę telefon, odciskam kciuk i wchodzę w skrzynkę. Kiedy widzę nadawcę, wiem już, że chodzi o Freyę. Wcale się nie mylę, kiedy sekundę później oglądam zdjęcia mojego anioła wywijającego na parkiecie w klubie. Nie mam pojęcia,
co ona tam robi, ale nie zmienia to faktu, że jestem wkurwiony jak diabli! Czy jej już kompletnie odbiło?

- Co się stało? - Marie unosi głowę, posyłając mi zdezorientowane spojrzenie - Spiąłeś się, kochanie.
- Wybacz, małe problemy na budowie. Będę musiał wyskoczyć na trochę, nie wiem, ile mi tam zejdzie.
- Mówisz poważnie? Dochodzi północ, przecież twoi ludzie nie pracują o tej godzinie. O co chodzi?
- Nie chodzi o plac budowy, ale o projekt - ściemniam na poczekaniu - Donnie twierdzi, że coś jest nie tak.
- To obłęd, Justin! Donnie też ma rodzinę, a ty zawalasz go pracą! Dajże człowiekowi trochę oddechu.
- Obiecuję, że wyślę go na urlop, ale teraz muszę lecieć - cmokam ją w policzek, zrywam się z kanapy i biegnę na górę, aby się przebrać. Zanim dojadę do klubu, za wszelką cenę muszę się uspokoić.

Na miejscu jestem piętnaście minut później. Wbijam do środka, docieram na główną salę i rozglądam się dookoła. Ludzi jest mnóstwo, więc znalezienie Freyi graniczy z cudem! Wiem jedynie tyle, że ma na sobie obłędnie seksowną, zbyt krótką sukienkę i buty, przez które prawie spadłem z kanapy. Nigdy wcześniej nie widziałem jej tak ubranej, a wyglądała jak pieprzona bogini. Muszę ją znaleźć, muszę ją zobaczyć i przytulić. Inaczej zwariuję, a tęsknota nie pozwoli mi dzisiaj wrócić do domu. Czekałem zbyt długo.
- Cześć, przystojniaku! - schylam głowę, aby spojrzeć na niską brunetkę, która patrzy na mnie wygłodniałym wzrokiem - Wyglądasz na spragnionego, może masz ochotę na małe co nieco, hmm? 
- Owszem, mam - jej twarz rozświetla uśmiech, przygryza wargę i sunie opuszką palca po moim torsie - Wybacz, ale niestety nie z tobą, cukiereczku - puszczam jej oczko, mijam i rozglądam się za moją słodką dziewczynką. Chyba szczęście mi dzisiaj sprzyja, ponieważ po kilku minutach wytężonej obserwacji, dostrzegam ją przy barze. Ledwo stoi na nogach, jest nawalona jak szpadel, a na jej ustach widnieje szeroki uśmiech. Jestem wkurwiony na jej głupotę. Dlaczego doprowadziła się do takiego stanu i najważniejsze pytanie; dlaczego w ogóle pije? - Szlag! - burczę pod nosem, ruszam w jej stronę, ale zanim mam szansę do niej dotrzeć, rusza w przeciwną. Uśmiecham się chytrze i po kilku krokach jestem tuż za nią. Obejmuję ją w pasie, unoszę lekko i wynoszę wprost na pusty korytarz, gdzie oddycham z ulgą. Nie śmierdzi tutaj alkoholem, którym przesiąkła sukienka Freyi. Dociskam ją do ściany, na której opiera dłonie i wypuszcza przeciągły oddech. Nie tracę czasu, podsuwam jej seksowną sukienkę górę i odchylam skąpe stringi, by dotknąć jej wrażliwego guziczka. Mam ochotę krzyknąć z przyjemności, jaką sprawia mi pieszczenie jej w tym miejscu. Jest idealna, taka gładka, ciepła - Mmm, witaj piękna - mruczę do jej ucha, przygryzając płatek. Odpycha mnie pupą i dopiero teraz próbuje walczyć. Och, głupiutka. Marne szanse.
- O-odwal się o-ode mnie, dupku! Jestem nawalona - czka nieatrakcyjnie, ponownie wpychając pupę w moje krocze. Nie wiem czy o tym wie, ale potwornie mnie tym pobudza - Daj mi s-spokój! Proszę!
- Ciii - wsuwam w jej ciasną szparkę dwa palce, ale mój ruch wzbudza w niej panikę. Zaskakuje mnie, kiedy niespodziewanie zaczyna płakać. Cholera! - Spokojnie, aniołku. To ja, jesteś bezpieczna.
- J-Justin? - pyta przepitym głosem, odwracając głowę - T-to naprawdę ty? - gapi się na mnie jak ciele w malowane wrota, jakby nie wierzyła, że tutaj jestem - O-o Boże, tak bardzo za tobą tęskniłam. N-nienawidzę cię, ty cholerny d-dupku - opiera tył głowy o moje ramię, odrobinę nasuwając się na moje palce, które wciąż są w środku - Przyszedłeś tutaj tylko po to, żeby znowu mnie przelecieć i sobie pójść? 
- Nie, aniołku. Przyszedłem tutaj, aby zabrać cię do domu, ale miej pewność, że poniesiesz karę za swoje lekkomyślne zachowanie - karcę ją jak dziecko, na co prycha niczym rozjuszona kotka - Wychodzimy.
- A-ale tak teraz? Chcesz mnie zostawić z niczym? - ociera pupę o mojego fiuta, który próbuje przebić spodnie - No dalej, przecież wiem, że mnie p-pragniesz. Ja ciebie też, chociaż cię nienawidzę.      
- Jesteś nieznośna po pijaku. Będę tego żałował - kręcę głową, rozpinam guzik, rozsuwam rozporek i uwalniam mojego fiuta, po czym wsuwam się w jej wilgotne wnętrze. Kurwa, jak mi tego brakowało!                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                      
Freya POV:
Sobota budzi mnie uporczywym hałasem, który próbuje przebić mi czaszkę. Uchylam powieki, czego od razu żałuję, ponieważ wpadające przez okno światło oślepia mnie kompletnie. Zakrywam się poduszką, odcinając od tego cholerstwa, niestety hałas nie ustaje. Dopiero po kilku minutach mój mózg koduje,
że to dzwonek do drzwi. Jęczę pod nosem, niemrawo podnoszę się z łóżka i człapię otworzyć. Kiedy idę przez hol, zerkam na swoje odbicie w lustrze. Ja pierdolę, to naprawdę ja?! Moje włosy wyglądają koszmarnie, nie mówiąc o oczach i podpuchniętej twarzy. A ubiór? Biały t-shirt, który chyba nawet nie należy do mnie! Wspaniale! Witaj, kurwa, nowy dniu! Jestem pewna, że gorzej już na pewno nie będzie.

- No przecież idę! - krzyczę, na co boleśnie reaguje moja głowa. Przekręcam dwa zamki, uchylam drzwi, a na widok stojącej przede mną kobiety, mam ochotę wydrapać sobie oczy. Muszę przyznać, że Szatan pracuje dzisiaj na najwyższych obrotach! - Marie? C-co ty tutaj robisz? Nie spodziewałam się ciebie.
- Domyślam się - z pogardą ogląda mój kiepski wizerunek, mija mnie i wchodzi do środka, nie czekając na zaproszenie. Zamykam drzwi i dołączam do niej w kuchni. Jej spojrzenie ciska pioruny - Dochodzi południe, Freyo - o, kurwa! Poważnie?! - Przyszłam zobaczyć, jak się miewasz, czy może masz dla mnie jakieś informacje - siada na barowym krzesełku, zakładając nogę na nogę i wygładzając niewdzianą fałdkę na idealnie wyprasowanej spódnicy. Proszę, dobij mnie jeszcze bardziej, ruda suko! - Więc? Słucham.
- Nie jestem w ciąży - wzruszam ramionami, podchodzę do lodówki i wyjmuję zimny sok, po czym piję z gwinta. A co! W końcu jestem u siebie - Na początku tygodnia dostałam okres, wczoraj się skończył.
- Piłaś alkohol? - marszczę brwi, przytakując głową - Ty głupia dziewczyno! To, że dostałaś okres jeszcze o niczym nie świadczy. Czasami pojawia się na początku ciąży - prawie krztuszę się napojem, którego nie zdążyłam przełknąć. Jak mogłam nie wziąć tego pod uwagę? - Jesteś koszmarnie nieodpowiedzialna! Justin miał cię ogarnąć, ale widzę, że kiepsko sobie radzi. Może powinnam zająć jego miejsce, jak uważasz?
- Dziękuję, ale nie potrzebuję niańki. Mam dwadzieścia dwa lata i sama potrafię się o siebie zatroszczyć! - podnoszę głos, ale nikt mnie tak nie wkurza, jak ta pinda! - Nawet, jeśli faktycznie jestem w ciąży, kilka drinków to jeszcze nie koniec świata. Niektóre kobiety chleją przez całą ciążę i rodzą zdrowe dzieci - nie pochwalam tego, mówię to wszystko po to, aby zrobić jej na złość. Nie będzie mną rządzić. Co to, to nie!
- Owszem, ale ty nie zaliczasz się do tych kobiet, Freyo! Być może nosisz w sobie moje dziecko, które ma być zdrowe! - och, wali prosto z mostu - Więc z łaski swojej zacznij o sobie dbać, aby ono mogło się zdrowo rozwijać. Chyba nie wymagam zbyt wiele? - unosi brew, wlepiając we mnie te zielone ślepia.
- Wybacz, Marie, ale brak mi sił na tę rozmowę. Mam kaca, boli mnie głowa i jedyne, na co mam w tej chwili ochotę, to moje łóżko i proszki przeciwbólowe. Jestem pewna, że trafisz do drzwi. Żegnam.
- Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób?! Zapomniałaś, że to mieszkanie, które ci za sponsorowaliśmy?!
- Wydaje mi się, że to transakcja wiązana, prawda? Coś za coś. Nie dostałam go za darmo, mam ci urodzić dziecko! Myślisz, że to taka łatwa sprawa?! Przestań zgrywać Panią świata, bo masz cholerne pieniądze!
- Zgadza się, mam pieniądze, dzięki którym mogę wszystko! Więc szanuj mnie, skoro mam ci je dać!
- Co się tutaj dzieje?! - naszą kłótnię przerywa wchodzący do środka Justin. Odkłada dwie wielkie siaty z zakupami i patrzy najpierw na mnie, a potem na swoją żonę - Marie, co ty tutaj na Boga robisz?
- A jak myślisz? Przyszłam zobaczyć, jak czuje się Freya, a ona imprezuje i pije alkohol! A nasze dziecko?!
- Hej, spokojnie, kochanie - podchodzi do niej, przytula do siebie i czule głaszcze po głowie - To się nigdy więcej nie powtórzy, to moja wina. Freya się na mnie zdenerwowała i chciała odreagować - mam ochotę go wyśmiać. Czy on się jej kurwa tłumaczy?! - Wróć do domu, dobrze? Porozmawiam z Freyą, a potem do ciebie wrócę - odchyla się, posyła jej czuły uśmiech, ale dla mnie to za dużo. Odwracam się na pięcie i znikam na drzwiami sypialni, po czym chowam się pod kołdrą. Przez dłuższą chwilę panuje cisza, więc dochodzę do winsoku, że muszą rozmawiać szeptem, a potem słyszę kroki i dźwięk otwierających się drzwi. Nie opuszczam mojej bezpiecznej kryjówki, dobrze mi tutaj i nie mam zamiaru z nikim rozmawiać, a już na pewno nie z nim - Aniołku? - układa się tuż obok, doskonale czuję, jak ugina się materac - Nie denerwuj się, proszę. Przepraszam za Marie. Nie mam pojęcia, co strzeliło jej do głowy. Obraziła cię?
- Nie chcę o tym rozmawiać, wracaj do niej - przekręcam się na drugi bok i odsuwam dalej od niego.
- Dlaczego jesteś na mnie zła, skoro to nie ja zawiniłem, hmm? - sama się nad tym zastanawiam. Może obrywa rykoszetem? - Kupiłem ci świeże pieczywo, warzywa i owoce. Powinnaś się wykąpać i coś zjeść.
- Jeśli możesz, nie traktuj mnie jak dziecka. Twoja żona już to zrobiła. To mi w zupełności wystarczy.
- Ona się o ciebie troszczy, aniołku. Bardzo jej zależy, abyś była zdrowa i żeby niczego nie nie brakowało.
- Och, serio? Odniosłam zupełnie inne wrażenie. Wypomniała mi to, że za sponsorowaliście mi to mieszkanie, dlatego postanowiłam, że wrócę do swojego, skoro jeszcze nie wygasła umowa najmu. 

- Nic takiego nie będzie miało miejsca, Freyo. Zostajesz w tym mieszkaniu, to twoje miejsce, na zawsze! Nie wydziwiaj, proszę cię - odrzucam od siebie kołdrę, przekręcam głowę i patrzę mu w oczy - No co?
- Nie chcę czuć się jak twoja utrzymanka, a ona dała mi to do zrozumienia. Nie jest mi łatwo, postępuje wbrew sobie, robiąc coś tak szalonego, niestety los mi nie sprzyja. Twoja żona nie musi być dla mnie taką suką. Dlatego, jeśli jeszcze raz wejdzie mi w drogę, a będę w ciąży, nie dostanie mojego dziecka.
- C-co? - Justin zrywa się jak poparzony, patrząc na mnie z niedowierzaniem - O czym ty mówisz, Freyo?
- O tym, że gra mi na nerwach, mówi przykre rzeczy, jakby była ode mnie lepsza. Pewnie jest, bo ma piękny dom, mnóstwo forsy i wspaniałego męża. Kim ja jestem? Nikim. Epizodem, który ma dać jej to, czego sama nie może sobie urodzić, ale nie pozwolę, żeby przychodziła tutaj i prawiła mi kazania. Nie mam nic więcej do dodania - podnoszę się, idę do łazienki i zamykam się w środku. 
                                                                                                                                                                                                                                                                                

Justin POV:
Siedzę w salonie i czekam na Freyę, która doprowadza się do porządku. Kiedy po wejściu usłyszałem kłótnię, w dodatku głos własnej żony, po kręgosłupie przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Wiem, do czego zdolna jest Marie, kiedy coś nie idzie po jej myśli. Widocznie na własne oczy chciała przekonać się, jak czuje się Freya i wydobyć z niej informacje na temat ciąży. Nie powinna była tutaj przychodzić i denerwować jej. Dałem żonie do zrozumienia, że to był zły pomysł, chociaż wyśmiała mnie i stwierdziła, że nie potrafię zająć się smarkulą. Zdenerwowała mnie, dlatego powiedziałem jej, że ma wrócić do domu i ochłonąć. Rzewnie się rozpłakała, wzbudzając we mnie wyrzuty sumienia. Trudno jest ogarnąć jedną kobietę, a co dopiero dwie! Jedna i druga miała solidne pazurki, którymi w każdej chwili mogły podrapać. Byłem na linii ognia i o ile znalem swoją żonę, tak nie miałem pojęcia, do czego zdolna jest Freya.
To właśnie Marie powiedziała mi, że Freya nie jest w ciąży, że dostała okres. Nie potrafiłem ukryć ogromnego rozczarowania, chociaż powinienem uzbroić się w cierpliwość. Cóż to jest marny tydzień i kilkanaście stosunków? Widocznie potrzebujemy więcej czasu, a to oznacza więcej seksu. Na samą myśl na mojej twarzy pojawia się ogromny uśmiech. Spycham w otchłań umysłu myśl o mojej żonie, a zastępuję ją moją małą, uroczą złośnicą. Jasna cholera! Nadal będę mógł kosztować jej niesamowitego ciała.                - Jestem - jej cichy głos przerywa moje sprośne fantazje. Wlepiam wzrok w jej drobną sylwetkę, a na widok dopasowanych spodenek i topu ze sporym dekoltem, moje fantazje wybuchają w mojej głowie niczym fajerwerki. Cóż ja chcę z nią zrobić, ouć! - Gapisz się na mnie - burczy pod nosem, nalewając do szklanki soku. Opiera się o blat, niepewnie na mnie spoglądając - Przyszedłeś do mnie w konkretnym celu?
- Byłem tutaj całą noc - puszczam jej oczko, na co kręci głową i siada na barowym krzesełku. Wygląda całkiem słodko, kiedy się złości - Nie bądź dla mnie taka oschła, to ja powinienem być na ciebie wściekły. Co miała oznaczać wczorajsza akcja w klubie, hmm? Schlałaś się, ledwo trzymałaś się na nogach!
- Też mi coś! Ty nigdy nie byłeś w klubie, w którym wlałeś w siebie studnię alkoholu? Nie uwierzę!
- Freyo, nie drażnij się ze mną. Mówię całkowicie poważnie. Po pierwsze; nie masz całkowitej pewności, czy faktycznie nie jesteś w ciąży. Po drugie; mogłaś sprowadzić na siebie kłopoty. Byłaś łatwym celem.
- Ronnie obiecała, że będzie mieć na mnie oko, ale właściwie nie wiem, gdzież ona się podziewała.
- Ale ja wiem. Świetnie bawiła się z jakimś blondynem, który bezwstydnie obmacywał ją na parkiecie.
- Serio?! - piszczy, aż mam ochotę zatkać sobie uszy - A to suka! Jednak nie darowała biednemu Luke'owi.
- Słownictwo, Freyo. Nie lubię, kiedy brzydko mówisz - przewraca oczami, ignorując moje marudzenie. Zabiera się za kanapkę, którą uprzednio posmarowała Nutellą - To nie jest dobra opcja po alkoholu.
- Jeśli będę rzygać to trudno - mówi z zapachną buzią, prawie się dławiąc - Nutella to życie, kochanie.
- Kochanie? - podchodzę do niej z głupim uśmieszkiem, odgarniam kosmyk wilgotnych włosów i czule dotykam gładkiego policzka - To słowo akurat bardzo mi się podoba, mów je trochę częściej, dobrze?
- Jak zasłużysz - wystawia mi język, chwyta szklankę i wypija jej zawartość - Boże, łeb mi pęka!
- Zjesz i wrócisz do łóżka. Musisz odespać kaca, niebawem będziesz jak nowa. Nie rób tak więcej.
- Dlaczego się o mnie martwisz, Justin? - odkłada kanapkę, a jej spojrzenie mnie prześwietla - Wiesz, że mogłeś zamoczyć, zrobić swoje i sobie pójść? Wcale nie musisz spędzać ze mną czasu, być dla mnie miły i robić mi zakupy. Ba, nie musisz nawet kupować mi nowego mieszkania, ponieważ dostanę pół miliona dolców. Wychodzi na to, że nic nie musisz, a robisz tak wiele. Dlaczego? Po co to wszystko, hmm?
- B-bo... - jąkam się, szukając odpowiednich słów. Nie mogę powiedzieć jej o tym, co dzieje się w mojej głowie i sercu. Mam żonę, którą kocham, to ona jest dla mnie najważniejsza. Freya jest jedynie chwilowym zauroczeniem, niczym więcej. Tak, to muszę sobie wmawiać - Zależy mi na tym, abyś dobrze się czuła. Z natury jestem bardzo troskliwym człowiekiem i opiekuję się każdym, nawet psem sąsiadki.
- Jesteś kochany - pochyla się, opiera dłoń na moim udzie i ku mojemu zaskoczeniu, składa na moich ustach słodkiego buziaka, czym kompletnie mnie rozmiękcza - Czy jest więcej takich facetów jak ty?
- A cóż to ma znaczyć, hmm? Mam rozmieć, że ja ci nie wystarczam? No wiesz! Uraziłaś moje serce!
- Wybacz, nie chciałam. Po prostu chciałabym trafić na kogoś tak wspaniałego i mieć go dla siebie.
- Na pewno trafisz, aniołku, jestem tego pewny - czuję uścisk w sercu, na myśl, że kiedyś będzie miał ją ktoś inny. To ja pragnę być tym, kogo będzie miała na własność, ale to niestety nie jest możliwe.                                                                                                         
                                                                  


Freya POV:
Po posiłku na rozkaz Justina wędruję do łóżka. Układa się obok mnie, odsuwa moje włosy i głaszcze po policzku. Coś go męczy i bardzo chciałabym to z niego wyciągnąć. Nie wiem jedynie, jaką metodę wybrać, aby osiągnąć swój cel. Nie chcę posuwać się do seksu, chociaż to na pewno na niego zadziała.

- Wiem, że znamy się zaledwie miesiąc, nie ufasz mi i inne bzdety, ale czy możesz mi powiedzieć, co się dzieje? Widzę, że jesteś jakiś inny odkąd wróciliśmy. W dodatku nie odezwałeś się przez cztery dni.
- Wybacz mi moje zachowanie, to było szczeniackie. Nie powinien był milczeć i zostawić cię bez słowa. Po prostu pochłonęła mnie praca, budowa nowego obiektu. To się więcej nie powtórzy, obiecuję.
- Niczego nie musisz mi obiecywać, Justin. Wiem, jaka jest moja rola, a to, że tak bardzo się o mnie troszczysz jest miłym dodatkiem. Po prostu chcę wiedzieć, co cię trapi. Może będę mogła ci pomóc?
- To nic wielkiego, nie zaprzątaj sobie tym swojej ślicznej główki - uśmiecha się, ale ja doskonale wiem, że właśnie mnie zbywa. Wdrażam w życie plan B, siadam na nim i rozpinam guziki w koszuli, a dostęp do jego umięśnionego torsu staje przede mną otworem - Co robisz? - pyta lekko zaskoczony, niewinnie wzruszam ramionami i mocniej opadam na jego przyrodzenie. Zaciska szczękę, a jego wzrok płonie pożądaniem.
- Nic, dotykam cię - oblizuję usta, patrząc mu prosto w oczy i zaczynam wolno poruszać biodrami. Nie potrzeba mu wiele czasu, abym zaczęła czuć, że coś mnie uwiera. Mimo tego leży spokojnie, co jest do niego niepodobne i nie spuszcza ze mnie wzroku. Muszę przyznać, że wygląda niesamowicie seksownie.
- Freyo - jęk opuszcza jego usta, siada gwałtownie i przytula mnie do siebie. Dzięki temu daje mi większe pole do popisu, bo do ruchu bioder dodaję pocałunki, które składam na jego szyi i uchu. Ściska moje biodra, wbijając w nie palce i mocniej dociska mnie do swojego penisa - Co ty kombinujesz? - szepcze tym zachrypniętym z podniecenia głosem i wsuwa dłonie w moje spodenki. Jęczę wprost do jego ucha, co działa na niego natychmiast - Zrób coś, inaczej sfiksuję! - uśmiecham się zwycięsko i przechodzę do ataku.
- Dam ci to, czego pragniesz, kochanie - na ostatnie słowo gwałtownie wciąga powietrze - Ale musisz powiedzieć mi, co cię dręczy. Jestem tutaj, przy tobie, we dwoje damy sobie radę. Przysięgam - idę o krok dalej, odpinam guzik w jego jeansach i z jego pomocą, obuwam je w dół. Jego penis jest gotowy do działania, biorę go do ręki i masuję, sprawiając mu przyjemność - No dalej, powiedz mi. Nie bój się.
- Chryste, Freyo - jednym ruchem rozrywa moje bawełniane spodenki, a to, że nie mam majtek działa na jego korzyść. Nabija mnie na siebie, aż z moich ust ucieka pisk. Cholercia, nie byłam na to gotowa! - Nie widzisz, co ze mną robisz? - syczy przez zęby i sam porusza moimi biodrami. Zaciskam mięśnie, aby dać mu jeszcze więcej - Szlag! Z-zauroczyłem się w tobie - po tych słowach moje serce przyśpiesza, a żołądek wywija koziołka. Odchylam głowę, aby zmiażdżyć jego usta namiętnym pocałunkiem. 
 






piątek, 7 września 2018

Rozdział dziesiąty


Freya POV:

Nerwowo przełykam ślinę, niepewnie patrząc na Justina. Wyraz jego twarzy zmienia się co sekundę. Robi się czerwony, zaciska szczękę i marszczy brwi, nie spuszczając wzroku z wyświetlacza mojego telefonu, który już dawno zgasł. Dlaczego ja muszę mieć takiego pecha? Zaczęło się tak miło, niestety ta jedna, krótka wiadomość od Samuela zniszczyła nastrój. Jaka szkoda, że wybrał sobie akurat ten moment. 
Będę na ciebie czekał? - powtarza treść sms'a, wciąż patrząc na telefon - Co miał przez to na myśli?
- Samuel zapytał, czy zostanę jego dziewczyną - Justin gwałtownie przekręca głowę, wlepiając we mnie te piękne, brązowe oczy - Powiedziałam mu, że to nie jest dla mnie dobry czas na związek. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Pewnie dlatego napisał, że będzie czekał. Akurat na to nie mam żadnego wpływu.
- Owszem, masz wpływ, Freyo. Powinnaś była go spławić, nie dawać mu złudnych nadziei na coś więcej.
- Dlaczego? - zakładam ręce na piersiach, dumnie unosząc brodę w górę - Nie masz prawa decydować o moim życiu, związkach. Jeśli będę chciała z nim być, to będę. Mogę nosić pod sercem twoje dziecko, ale tak czy siak, będę żyć po swojemu. To tak, jakbym zabroniła ci przebywać z żoną. Czyż to nie brzmi niedorzecznie? - odważnie patrzę mu w oczy, ale tym razem nie dam się udobruchać. Solidnie przesadza.
- Nie chcę się z tobą kłócić, aniołku - łagodnieje, czym szczerze mnie zaskakuje. Byłam pewna, że wyskoczy z pretensjami - Nasza sytuacja jest bardzo skomplikowana, w dodatku z każdym dniem komplikuje się coraz bardziej - siada na kanapie, przeczesuje włosy i chowa twarz w dłoniach. Nie wiem dlaczego, ale ten widok mnie smuci. Siadam obok niego, przytulam się do jego ramienia i opieram na nim policzek - Przepraszam za swoje zachowanie. Muszę uporać się z własnymi myślami, które mnie przerażają.
- Powiedz mi, co cię dręczy, Justin. Może będę mogła ci pomóc? Wiedz, że możesz na mnie liczyć.
- Jesteś taka słodka - spogląda na mnie, opierając czoło o dłonie. Patrzy na mnie z czułością, której nie rozumiem. Jest dobrym człowiekiem, troskliwym, ale od czasu spędzonego wspólnie tygodnia, coś się zmieniło. Już wtedy nie mógł się ode mnie odkleić, był czuły, dominujący i nigdy nie zrobił czegoś, na co nie miałam ochoty. Odkąd wróciliśmy, a minęło zaledwie trzy dni, chodzi jakiś przygaszony - Muszę poradzić sobie sam, maleńka, ale dziękuję za twoje chęci - obejmuje mnie ramieniem, przytula do swojego boku i całuje w skroń. Moje serce szaleje, obijając mi żebra. Kurczę się w jego silnych ramionach, tak bardzo pragnąc, aby już zawsze należały tylko do mnie. To się nigdy nie stanie, Justin nie będzie mój. To nie jest możliwe - Zjedzmy coś, a potem porozmawiamy. Na co masz ochotę? Pizza, chińszczyzna?


Po pysznej chińszczyźnie i sushi, siadamy w salonie. Justin nalewa sobie drinka, mi serwuje sok pomarańczowy i sięga po białą teczkę. Zaczynam się stresować, ponieważ nie mam bladego pojęcia, co jest w środku. Boję się, że Justin wymyślił jakieś chore zasady, którym nie będę w stanie sprostać. Co się wtedy stanie? Pół biedy, jeśli jeszcze nie jestem w ciąży, gorzej, jeśli jestem. Kiepsko to widzę.
- Chciałbym, abyś dokładnie przeczytała umowę i ją podpisała. Nie dam ci czasu do namysłu, musisz to zrobić dzisiaj, Freyo. Robimy coś poważnego, tutaj nie ma miejsca na zabawę czy nieporozumienia.
- Rozumiem - drżącą dłonią odbieram od niego dwie kartki i podsuwam pod oczy. Na początku nie ma nic strasznego. Są dane moje, Justina i kilka podstawowych informacji. Jednak im dalej idę, tym robi się mniej ciekawie. W podpunktach zawarte są definicje, czego mi robić nie wolno. Nie mogę pić? Jasna sprawa. Imprezować w klubie? Cóż, kobiecie w ciąży nie wypada. Palić? Luzik. Przemęczać się? W to mi graj - Same zakazy - posyłam Justinowi lekki uśmiech, który odwzajemnia i kiwa, abym czytała dalej. Są wzmianki o zdrowym odżywianiu, moim studiowaniu, najróżniejszych badaniach, które trzeba wykonać w czasie ciąży, a nawet kwota wynagrodzenia. Dochodzę do punktu, który zaciska moje serce; porodu. Mam dobę, aby podpisać papiery o zrzeknięciu się wszelkich praw do mojego dziecka. Na razie nie chcę się tym zadręczać, ponieważ na samą myśl łzy cisną mi się do oczu - Cóż - chrząkam, aby pozbyć się guli w gardle - Ta umowa wcale nie jest taka straszna. Nie ma w niej nic, co by mnie zaskoczyło. Gdzie mam podpisać?
- Nie zauważyłaś siedemnastego punktu, czy może nie zrobiło to na tobie żadnego wrażenia, hmm?
- Siedemnasty? - marszczę brwi, przewracając kartkę na drugą stronę. Szlag, musiałam go niechcący pominąć, bo kiedy czytam całość, krew zalewa mnie na miejscu - Zwariowałeś?! Kurwa, Justin, co z tobą?!
- Słownictwo - upomina mnie jak dziecko, ale olewam go. Zrywam się z miejsca, podchodzę do okna i opieram czoło o ramę. Pieprzony dupek! - Wspominałem ci, że nie mam zamiaru się tobą dzielić, powinnaś mnie zrozumieć! Skąd mam mieć pewność, czyje to będzie dziecko, Freyo? Powiedz mi!
- Przecież mówiłam, że nie sypiam z Samuelem! - odwracam się w jego stronę, mordując spojrzeniem - Przesadziłeś! Tego punktu nie powinno tam być! Dlaczego to zrobiłeś, co? To jest niesprawiedliwe!
- Uważam inaczej. To moje zabezpieczenie i gwarancja, że dziecko będzie moje. Nie możesz się z nim spotykać, a przynajmniej do czasu, kiedy nie urodzisz. Potem możesz zrobić, co zechcesz, aniołku.
- Poważnie?! Mam czekać pieprzone dziewięć miesięcy?! Z pewnością Samuel wykaże się cierpliwością.

- Jesteś piękną, wyjątkową kobietą. Jeśli nie on, znajdzie się ktoś inny. Jesteś warta czekania. Uwierz mi.
- Bredzisz! - zaciskam usta, próbując powstrzymać łzy, ale to na nic, bo już skapują po moich rozgrzanych policzkach - Z-zgodziłam się, bo potrzebuję pieniędzy. Myślałam, że c-chcesz mi pomóc, a ty niszczysz mi życie - patrzę na niego smutno, a w jego oczach dostrzegam coś dziwnego, jakby strach i panikę.
- Błagam cię, nie mów tak - doskakuje do mnie, miażdżąc mnie uściskiem - Nie mógłbym tego zrobić, Freyo, zwariowałaś?! - podnosi głos, głaszcze moje plecy i próbuje uspokoić - Obiecuję, że ochronię cię przed wszystkim, co złe, maleńka. Nie dopuszczę, abyś cierpiała, bardzo mi na tobie zależy. Przecież cię ko... - przerywa nagle, jakby zdał sobie sprawę z tego, że powiedział za dużo. Sztywnieję w jego ramionach, nie rozumiejąc nic z wypowiedzianych przez niego słów. Odchylam głowę, aby spojrzeć mu w oczy, ale niestety są zamknięte. Boże, co chciał mi powiedzieć? - Jutro wpadnę po umowę, muszę już iść.
- Proszę, nie idź - proszę błagalnie, ale on kręci głową, cmoka mnie w czoło i po prostu wychodzi. 




Justin POV:

Nie wracam do domu, jadę do swojego apartamentu, w którym zaszywam się, myślę i piję. Próbuję pozbyć się uczuć, które mordują mnie od środka, a dzisiaj o mały włos nie wylazły na powierzchnię. Prawie powiedziałem na głos słowo, którego od razu bym pożałował. Nie kocham Freyi, nie mogę jej kochać! Jestem dorosłym mężczyzną, mam żonę, którą uwielbiam i poukładane życie. Nie potrzebuję komplikacji, a Freya jest jedną, wielką, pieprzoną, komplikacją. Zostawiłem ją samą, a to ostatnie, na co miałem ochotę. Tak cholernie cieszyłem się na spotkanie z nią, a wieczór skończył się katastrofą. Mam to na własne życzenie, przez jebany, siedemnasty punkt. Oczywiście, że nie mam żadnego prawa ingerować w jej życie, zakazując spotkań z innym mężczyzną. Zrobiłem to z chorej zazdrości, to proste. Nie zniósłbym myśli, że dotyka ją ktoś inny, oprócz mnie. Szalałbym jak dzikie zwierzę i robił coś, co jest poniżej mojej godności.
Postawiłem wszystko na jedną kartę, zaryzykowałem i zabroniłem spotykać się jej z tym chłystkiem. Teraz mam pewność, że dobrze zrobiłem, skoro zaczął do niej startować. Nawet poprosił ją, aby została jego dziewczyną! Też mi coś! Smarkacz sięga po coś, co należy do mnie, a ja za nic w świecie mu tego nie oddam. Prawda jest jednak smutna, ponieważ Freya nie jest moja i nigdy nie będzie. To nie to miejsce, nie ten czas, abyśmy mieli jakąkolwiek szansę. Muszę odsunąć się do niej, to jedyna droga do tego, abym mógł normalnie funkcjonować. Czy to będzie proste? W życiu! Jeśli nadal nie jest w ciąży, mam przejebane.


Kolejne cztery dni upływa pod znakiem nawału pracy. Nie mam czasu dosłownie na nic, nawet dla własnej żony, która zaczyna pokazywać pazurki. Wciąż narzeka, że nie ma mnie w domu, że praca liczy się dla mnie bardziej niż ona, że nie spędzam z nią nawet nocy. Fakt, sypiam w salonie, ponieważ sen dopada mnie przed laptopem i projektami. Marie nie jest w stanie tego zrozumieć, a winą obarcza Freyę, która poniekąd jest wszystkiemu winna. To przez nią wpadłem w pracoholizm, aby odseparować głowę od uczuć, które zdecydowanie za szybko wykiełkowały w moim sercu. Pieprzony miesiąc, a ja zwariowałem na punkcie drobnej, niskiej blondynki, która jest najsłodszą istotą na tej planecie. Istne szaleństwo!
- Szefie? - wzdrygam się na głos Donniego, który sprowadza mnie na ziemię - Pana żona przyszła - szlag!
- Niech wejdzie - wzdycham ciężko, poprawiam krawat i podnoszę tyłek z fotela. Marie wchodzi pewna siebie, z obrażoną na cały świat miną. Jeszcze nic nie powiedziała, a ja już mam dość - Witaj, kochanie - pochylam się, całuję ją w policzek i podsuwam palec pod jej brodę, aby na mnie spojrzała - Co jest?
- A co ma być? Tęsknię za tobą, dupku! - burczy nieznośnie, uderzając mnie w ramię - Nie ma cię w domu całymi dniami, nie śpisz ze mną, praktycznie w ogóle cię nie widuję! Weź urlop, wyjedźmy gdzieś.
- Nie mogę. W zeszłym tygodniu nie było mnie w pracy z wiadomych powodów, nie mogę brać urlopu ot tak sobie, zostawiając moich ludzi na pastwę losu. Mam w trakcie trzy budowy, kochanie. Zrozum mnie.
- Rozumiem, tylko jestem rozczarowana, bo coś między nami zaczyna się psuć. Nie chcę tego, Justin.
- Zapewniam cię, że nic się nie pasuje. To chwilowe, obiecuję. Niebawem wszystko wróci do normy.
- Dzwoniłeś do Freyi? - kiedy wypowiada jej imię, moje serce podskakuje. Nie miałem z nią kontaktu od poniedziałku, kiedy to wyszedłem z jej apartamentu. Minęło długie cztery dni, a to niemal jak wieczność!
- Tak, dzwoniłem - kłamię jak z nut - Wszystko w porządku, ma sporo nauki. Za kilka dni czeka ją sesja.
- Nie może się przemęczać. Może powinna zrezygnować ze studiów lub wziąć urlop? - co takiego?! Nigdy w życiu nie pozwolę, aby Marie przekonała mnie do tego pomysłu - Stres fatalnie wpływa na płodność.
- Jestem pewny, że Freya niczym się nie stresuje, to zdolna dziewczyna. Poza tym nie wiemy, czy jest w ciąży - Marie mruży oczy, dając mi do zrozumienia, że się niecierpliwi - Nie patrz tak na mnie.
- Zabierz ją do lekarza, Justin. Chcę wiedzieć, czy jest w ciąży. Jeśli nie, będę bardzo rozczarowana.
- Zrobię to, może jeszcze dzisiaj. Musisz być cierpliwa, kochanie. To nie jest takie hop ciup i już.
- Domyślam się, ale sytuacja zaczyna mnie męczyć. Wariuję, kiedy jesteś z nią! Jestem zazdrosna!
- Przecież to był twój pomysł, już o tym zapomniałaś? Wiesz, że byłem przeciwny temu szaleństwu ze spaniem z obcą kobietą, ale ty się uparłaś. Mam się wycofać? Powiedz jedno słowo, a zrobię to.
- Nie! - kręci głową, opiera dłonie na moim torsie i patrzy na mnie oczami szczeniaka - Nie chcę, żebyś się wycofywał. Jesteśmy tak blisko, skarbie. Dam radę, przepraszam. Brak ciebie źle na mnie wpływa, tęsknię za twoim ciałem - przygryza wargę i zabiera się za rozpinania guzika w moich spodniach. Nie kochałem się z nią od kłótni z Freyą i nie jestem pewny, czy dam, kurwa, radę! - Chcę cię, tutaj i teraz - opuszcza moje spodnie wraz z bokserkami i opada na kolana, pochłaniając mojego kutasa. Jej sprawne usta stawiają go na baczność w kilka sekund, chwytam ją za ramię, podsuwam sukienkę i odchylam majtki, po czym wbijam się w nią jednym ruchem. Posuwam ją jak szalony, dociskając do ściany. To, że stoi odwrócona do mnie plecami działa na moją wyobraźnię. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że właśnie kocham się z Freyą.




Freya POV:
Zajęcia kończę o siedemnastej. Od poniedziałku czeka mnie ciężki okres zwany sesją. Nie wyobrażam sobie zakuwania, kiedy w mojej głowie panuje totalny mętlik. Jestem przybita, płaczę po nocach, a w dzień jestem nieprzytomna. Justin nie odezwał się od poniedziałku, kiedy wyszedł i zostawił mnie samą. Nie napisał nawet pieprzonego sms'a, więc i ja się nie odzywałam. Po co? Skoro nie chciał mnie widzieć, ja nie zamierzałam się narzucać. Widocznie nasza umowa również wygasła, ale może to i lepiej? W poniedziałek wieczorem dostałam okres, który skończył się dzisiaj rano. Nie zaszłam w ciążę i sama nie wiem, czy ten fakt mnie cieszy, czy smuci. Mówi się, że jeśli się czegoś pragnie, to nigdy nie przychodzi szybko.
- Masz ochotę na wypad do klubu? - obok mnie staje Ronnie, która przeczesuje włosy i wzdycha ciężko - Mam ochotę urżnąć się jak świnia, wszystko jest do bani! Luke wystawił mnie trzeci raz! Rozumiesz to?!
- Nie za bardzo. Po co uganiasz się za chłopakiem, któremu nie zależy? Jesteś warta o wiele więcej.
- Och, serio? A widzisz na horyzoncie więcej kandydatów? Poza tym Luke naprawdę mi się podoba.

- Szkoda tylko, że zachowuje się jak dzieciak, umawiając się z tobą i nie przychodząc. To żałosne, Ronnie.
- Tsa, jakbym tego nie wiedziała. Może faktycznie muszę odpuścić, inaczej wyleję wszystkie łzy.
- Chrzanić facetów, moja droga. Przez nich są same problemy, a po cóż utrudniać sobie życie, prawda?
- Dobrze prawisz, siostro! Polać ci! Idziemy dzisiaj do klubu, czas odreagować niepowodzenia! 


O dwudziestej jestem gotowa. Wystroiłam się w czarną, krótką sukienkę i wysokie aż po uda kozaki. Mimo tego, iż mierzę tylko metr sześćdziesiąt, mam wrażenie, że moje nogi sięgają do nieba. Wyglądam ładnie, seksownie, ale z klasą. Nie ma nic gorszego, niż dziwkarski strój przyciągający pijanych typków.

Wysiadamy pod klubem, który świeci nam po oczach fioletowym neonem z nazwą "Suck Me". Posyłam Ronnie wymowne spojrzenie, niewinnie wzrusza ramionami, chwyta mnie pod ramię i prowadzi do środka. Nigdy wcześniej tutaj nie byłam, jednak klub nie różni się wyglądem od tych, które już odwiedziłam. Standardowo światła migają na wszystkie strony, muzyka gra tak głośno, że prawie wywala bębenki, a bar zachęca do wypicia drinka. Zamawiamy czystą whisky, którą pochłaniamy na raz. Potem idzie kolejna i kolejna, a mój humor się poprawia. Rozluźniam się, a to jest to, czego teraz potrzebuję najbardziej. Mam zamiar olać wszystko, świetnie się bawić i zapomnieć o mężczyźnie, który zawrócił mi w głowie.







*************************************************
Ps. Jutro pojawi się kolejny :)


Tulę
Kasia