czwartek, 2 sierpnia 2018

Rozdział pierwszy


Freya POV:

W wieku osiemnastu lat moi kochani rodzice oświadczyli, że mam radzić sobie sama. Kiedy oni przeżywali swoją drugą młodość, zwiedzali świat, ja zarabiałam na życie i studiowałam. Nikt nie powiedział, że życie jest proste i faktycznie nie było. Bieda była do dupy. Łapałam jakąkolwiek pracę, aby móc się utrzymać. Wynajęłam małe, dwupokojowe mieszkanie i dzięki przyjaciółce z podwórka, która wciągnęła mnie do firmy, mogłam pracować jako kelnerka na bankietach. Zdarzało się, że zarabiałam bardzo dobrze, ale były i te słabe miesiące, w których siedziałam w domu. Nienawidziłam tego przestoju, bo przeważnie wtedy wpadałam w dołek i użalałam się nad sobą. W takich momentach do akcji wkraczała Veronica, która potrząsała mną jak szmacianą lalką i wpajała do głowy, że dam sobie radę. Więc zaciskałam zęby i dzielnie kroczyłam do przodu. Innego wyjścia tak czy siak, nie miałam, skoro rodzice się na mnie wypięli.


Opuszczając uczelnię, unoszę głowę, zamykam oczy i wdycham świeże powietrze, które ochłodził deszcz. Uwielbiam ten stan, kiedy w moje nozdrza uderza ten niesamowity zapach wody wymieszany z trawą. Mogłabym schować go do buteleczki i zachować jako perfumy. Veronica nabijała się ze mnie, że mam nierówno pod sufitem i wciąż powtarzała, że nie ma piękniejszego zapachu, niż ten od Marca Jacobsa.
- Freya! - jej piskliwy głos sprowadza mnie na ziemię. Przekręcam głowę, a na moich ustach pojawia się lekki uśmiech. Veronica, dla przyjaciół Ronnie, to niska brunetka o piwnych oczach i mocnym charakterku. Śliczna, kochana i pomocna. Poznałam ją na lodowisku, kiedy miałam osiem lat. Wjechała na mnie, przewróciła i od tamtego momentu byłyśmy wręcz nierozłączne - Cieszę się, że cię złapałam. Dzwonił do mnie Olivier. Pytał, czy jesteś chętna na dzisiejszy bankiet 
"Little Finger". To charytatywny bankiet, więc zdecydowanie to, co lubisz. Powinnam oddzwonić jak najszybciej, więc jak? Wchodzisz w to, mała?
- Oczywiście! - klaszczę w dłonie, ale to bardzo dobra wiadomość. Od ostatniego bankietu minęło dobre trzy tygodnie, a pieniądze, które wtedy zarobiłam, kurczyły się w zastraszającym tempie - Właściwie spadłaś mi z nieba. Miałam trochę przestoju, kasa się przyda. A to, że bankiet jest charytatywny jest ogromnym plusem. Gdyby nie pieniądze, nie pracowałam przy tych z durnymi bogaczami. To gbury!
- Doskonale cię rozumiem, też za nimi nie przepadam. Do dzisiaj pamiętam, jak wpadłam na boskiego blondyna, a kanapka z kawiorem wylądowała na jego zapewne drogim garniturze. Ale się na mnie wściekł.
- Nic nie mów. Ja nadal przed oczami mam widok tego biznesmenka, na którego wylałam czerwone wino.
- Tsa, też to pamiętam - chichocze pod nosem, ciągnąc mnie w stronę swojej wysłużonej toyoty - Miał minę jak srający kot na pustyni, poważnie! Na Boga! Toż to tylko koszula, tak? Przecież stać ich na miliony takich, a oni muszą od razu wydzierać mordę, jakbyśmy robiły to specjalnie. Niech w mózg zainwestują.
- Och, daj spokój. Przecież to biznesmeni, Ronnie! Są pewni, że ich mózgi działają na wyższym poziomie, niż nasze, wiesz, zwykłych dziewczynek, które muszą obsługiwać ich bogate dupy na nudnych bankietach.
- Wiesz, co? Powinnyśmy się dzisiaj urznąć, co ty na to? W końcu piątek, tygodnia koniec i początek!
- Chętnie. Muszę odreagować stres po dwóch egzaminach, a procenty idealnie mi w tym pomogą.
- No i zajebiście, to mi się podoba! Jesteśmy umówione. A teraz chodź, podrzucę cię do domu.


Prasuję czarne, dopasowane spodnie oraz białą koszulę z kołnierzykiem. Znakiem firmowym naszych strojów jest czarna muszka. Noszą je również kobiety, ale nie mam nic przeciwko, jest naprawdę słodka.
Robię delikatny makijaż, związuję włosy w wysokiego koka, po czym wyjmuję czarne szpilki, które przecieram wilgotną szmatką. Olivier nie był zadowolony z mojego obuwia, jednak nie byłam przekonana do paskudnych, czarnych balerinek, które skracały i tak moje krótkie nogi. Nie byłam długonogą pięknością, moje metr sześćdziesiąt nie powalało, więc musiałam dodawać sobie nieco wzrostu. Radziłam sobie świetnie, śmigałam między ludźmi, a Olivier kręcił głową z dezaprobatą. Lubił mnie, pewnie dlatego jeszcze mnie nie wylał. Chyba tylko dzięki niemu jakoś wdrożyłam się w tę robotę. Na początku było mi trudno, ponieważ sztuczne uśmiechy i uprzejmości to nie moja bajka. W tej pracy liczył się profesjonalizm, grzeczność ponad wszystko. Nie mogłam pozwolić sobie na pyskówki, czy, nie daj Bóg, potknięcia, jak ostatnio. Obiecałam szefowi, że to się więcej nie powtórzy i miałam zamiar dotrzymać słowa. 


Na miejscu jestem przed czasem. O dziwo są już wszyscy, nawet Harry, który uwielbia się spóźniać. Jak zawsze Olivier tłumaczy nam przebieg bankietu, który właściwie niczym nie różni się od poprzednich. Szampan, przekąski, ostrożność, uśmiech oraz pilnowanie, aby kieliszki nie były puste - prościzna.
- Słyszałam, że na sali jest Samira - Ronnie szepcze cicho, nie spuszczając wzroku z gadającego Oliviera.
- Więc masz idealną okazję na selfie. Biadolisz odkąd widziałaś ją na bankiecie ponad rok temu. Działaj!
- Łatwo mówić, trudniej zrobić. Jestem w pracy, muszę się opamiętać. Może dorwę ją po wszystkim?
- Więc miej oczy szeroko otwarte, żeby nie uciekła ci tak, jak poprzednim razem - szturcham ją w bok, a przyjaciółka posyła mi mordercze spojrzenie. Veronica wręcz uwielbia Samirę, znaną na całym świecie piosenkarkę. Ostatnim razem prawie ją dorwała, niestety w ostatniej chwili jej uciekła, a moja kochana Ronnie pozostała z rozczarowaniem. Kto wie? Może akurat dzisiaj jest jej szczęśliwy dzień?

Chwytam w dłoń srebrną tacę, na której Briana stawia wysokie kieliszki z szampanem i wkraczam na salę. Muszę przyznać, iż ludzi jest od groma! Przywykłam do tłumów, jednak ten bankiet bije inne na głowę. Charytatywność ma swoje plusy, bogacze mogą wydać swoje ciężko zarobione pieniądze na szczytny cel.
- Szampana? - podchodzę do przyjaźnie wyglądającego staruszka, który uśmiecha się szeroko i ostrożnie bierze kieliszek. Dziękuje mi skinieniem głowy, maszeruję dalej i zatrzymuję się przy eleganckiej kobiecie. Ma na sobie czarną, długą suknię z mieniącymi się wokół dekoltu kamyczkami. Wygląda oszałamiająco - Ma pani ochotę na szampana? - częstuje się i szybko wraca do rozmowy ze swoim towarzyszem. Spaceruję między ludźmi, którzy są uprzejmi, uśmiechają się, czasami nawet zagadują, a taca szybko robi się pusta. Wracam, aby ją napełnić, a w drodze powrotnej zaczepia mnie Olivier - Co tam, szefie? Wszystko okej?
- Jasne! Świetnie ci dzisiaj idzie, tak trzymaj. Za pół godziny występuje Samira, więc będziecie miały chwilę przerwy - w to mi graj! - Skoro już cię złapałem, mam dla ciebie robotę na jutro. Bankiet firmy Heliodon. Przestawiają projekt nowego budynku, a ja potrzebuję rąk do pracy. Więc jak będzie?
- Nie ma sprawy. Dziękuję, że o mnie pomyślałeś. Wiesz, że wezmę każdy bankiet, który tylko się da.
- To jesteśmy umówieni, a teraz na salę - czmycham z powrotem i przyklejam uśmiech na twarz.


W sobotę wybieram się na małe zakupy i wreszcie robię opłaty za mieszkanie. Ze zgrozą patrzę na stan swojego konta, na którym widnieje marne sześćdziesiąt pięć dolarów. Uwielbiam Oliviera za to, że wypłaca nam kasę za każdy bankiet, a nie za przepracowany miesiąc. W poniedziałek będę już bogatsza, więc wzrosną szansę na przeżycie miesiąca na plusie. Nic nie martwiło mnie tak, jak te cholernie pieniądze. Nie byłam na nie łasa, nie dążyłam do bogactwa, luksusu, pozwalania sobie na każdą rzecz, na jaką będę mieć ochotę. Pragnęłam jedynie stabilizacji, małego zabezpieczenia i poczucia komfortu, że za parę dni będę miała za co żyć. Ktoś kiedyś powiedział, że pieniądze szczęścia nie dają. Cóż, widocznie ten ktoś musiał mieć ich pod dostatkiem. Nie narzekałabym, gdybym miała ich tyle, że nie widziałabym wręcz, co z nimi zrobić. Niestety życie w Nowym Jorku łatwe nie było, dlatego trzymałam się Oliviera i jego zleceń. Gdyby nie nadęci ludzie, praca byłaby naprawdę przyjemna. Żałowałam jedynie tego, jak bardzo niepewna była to fucha. Zdarzały się miesiące, w których ledwo miałam czas na sen i naukę, a były i takie, które spędzałam w domu, nie wiedząc, co ze sobą począć. Czasami zalewała mnie fala smutku na myśl o rodzicach, którzy byli teraz Bóg wie gdzie. Mama marzyła o zwierzeniu Europy i koniecznie Paryża, ale że nie widziałam ich prawie cztery lata, nie miałam pojęcia, gdzie obecnie przebywali. Sprzedali nasz rodzinny dom, zostawiając mnie samej sobie, wyjechali i odzywali się sporadycznie, może dwa razy do roku. Nie pytali, jak mi się wiedzie, czy mam za co żyć, czy jestem zdrowa. Opowiadali o podróżach, o błękitnej wodzie na Malediwach i nieszczęśliwej wpadce ze zrzuceniem kluczyków od samochodu do jeziora w Norwegii. Pozostało mi żyć dalej, nie tęsknić za nimi i nie mieć nadziei na ich zmianę. 



Justin POV:
Gapię się na wielki ekran, który ustawiony jest na środku sali i myślę, czy na pewno wszyscy będą mieć idealny widok na nowy projekt budynku, który niebawem zostanie postawiony pod szyldem mojej firmy. Jestem pewny, że ci, którzy zjawią się na dzisiejszym spotkaniu, pospadają z krzeseł, kiedy tylko zobaczą to, co mam do zaoferowania. Nikt nie wybudował tak potężnego budynku w całym Nowym Jorku! Mam zamiar pójść za ciosem i zbudować ich całe mnóstwo. A pierwszy będzie nazywał się 777 Tower. 

- Panie Justinie - moje rozmyślenia przerywa moja prawa ręka, Donnie. Chłopak ma dopiero dwadzieścia pięć lat, ale jest niesamowicie ogarnięty w temacie i co najważniejsze, spełnia moje każde polecenie. Kiedy coś nie gra, Donnie załatwi to w mgnieniu oka - Wszystko jest gotowe, catering również. Za godzinę i siedem minut rozpoczynamy prezentację. Czy jest coś jeszcze, czego Pan sobie życzy? Jeśli tak, słucham.
- Nie, Donnie, dziękuję, na razie to tyle. Sala jest idealna. Pojadę do domu się przebrać, do zobaczenia później - kiwa głową, odwraca się na pięcie i znika z zasięgu mojego wzroku. Zapinam guzik marynarki, ostatni raz rzucam okiem na salę i zmierzam do drzwi. To będzie wielkie wydarzenie.

Kiedy tylko wchodzę do domu, w moje oczy rzuca się Marie; moja żona. Jej piękną twarz rozświetla szeroki uśmiech, a kiedy podchodzę bliżej, rzuca się w moje ramiona, składając na moich ustach czuły pocałunek. Ta kobieta to mój anioł, nie ma rzeczy, której bym dla niej nie zrobił. Nie żałuję ani jednej chwili z nią spędzonej, uszczęśliwia mnie każdego dnia i wciąż pragnę więcej, chociaż mam wszystko. 

- Wyglądasz oszałamiająco w tej sukni, kochanie. Zielony to zdecydowanie twój kolor, jesteś przepiękna.
- Zawstydzasz mnie - uderza mnie w ramię, rumieniąc się uroczo - Została godzina, a ty wciąż niegotowy.
- Uwierz mi, na ciebie zawsze jestem gotowy - uśmiecham się chytrze, ściskając w dłoniach jej jędrny tyłek, który uwielbiam. Przewraca oczami, kiedy wyczuwa na swoim brzuchu moją erekcję - Mówiłem. 

- Za każdym razem, kiedy czeka na ciebie ważna prezentacja, jesteś koszmarnie nieznośny! Nie mamy czasu na zabawę, nie wypada spóźnić się na tak ważne wydarzenie. Zostawmy to sobie na deser, hmm?
- Brzmi interesująco. Niech tak będzie - niechętnie odsuwam się od żony i wchodzę na górę.

Na bankiecie pojawiamy się o dziewiętnastej pięćdziesiąt - dziesięć minut przed czasem. Przed budynkiem jest mnóstwo fotoreporterów, którzy witają nas blaskiem fleszy, przy okazji oślepiając. Marie dumnie unosi brodę ku górze, posyłając mi przepiękny uśmiech, po czym wsuwa dłoń pod moje ramię i kroczy obok, kiedy prowadzę ją do środka. Wszyscy czekają już tylko na nas, rozmawiając i delektując się najdroższym szampanem. Kelnerki uwijają się jak w ukropie, pilnując, aby żaden kieliszek nie był pusty. Kiedy jedna z nich podchodzi do nas, aby wręczyć je i nam, prawie ścina mnie z nóg. Znam tę drobną, niską dziewczynę o przenikliwym spojrzeniu i niesamowitym odcieniu brązowych oczu. To ona tego feralnego dnia wylała czerwone wino na moją koszulę za trzysta dolców. Za wszelką cenę próbowała zmyć plamę, a ja miałem ubaw, patrząc na to, jak nieudolnie jej to idzie. Mimo tego, iż wtedy zrobiłem z tego zbyt wielkie halo, ona sama wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Ze spuszczoną głową słuchała moich narzekań, a potem posłusznie zabrała się za wycieranie plamy. Oczywiście koszula i tak wylądowała w koszu, ale nie szkodzi, stać mnie na całe ich mnóstwo. Pytanie; czy to pieprzone przeznaczenie, skoro widzę ją ponownie?
- Witaj - posyłam jej lekki uśmiech, na co Marie marszczy brwi, a dziewczyna prawie upuszcza tacę. Nie odpowiada, patrzy na mnie jak ciele w malowane wrota, a jej mina wyraża niedowierzanie - Wierzę w przeznaczenie, więc skoro ponownie się spotykamy, chciałem przeprosić za to, co wydarzyło się ostatnim razem, kiedy na siebie wpadliśmy. Zachowałem się jak gbur i prostak, za co szczerze przepraszam.
- W p-porządku, n-nie gniewam się na Pana - jąka się, zakładając opadający kosmyk włosów za ucho - Muszę wrócić do pracy. Przepraszam - schyla głowę, czym prędzej uciekając jak najdalej ode mnie. Usp!
- Kim ona jest, kochanie? - Marie pyta zaciekawiona, wciąż wpatrując się w oddalającą od nas dziewczynę.
- Na bankiecie, na którym byłem jakiś miesiąc temu, wpadła na mnie, rozlewając czerwone wino na moją koszulę. Wkurzyłem się, nakrzyczałem na nią i rozkazałem, aby wytarła plamę w męskiej toalecie - Marie wybałusza oczy, karcąc mnie spojrzeniem - Wiem, że źle postąpiłem, dlatego przeprosiłem.
- Nie ukrywam, twoje zachowanie było bardzo nieodpowiednie, ale dzięki temu, że dzisiaj ponownie ją spotkałeś, ja miałam okazję przekonać się, jaka jest śliczna - schylam głowę, aby spojrzeć w oczy żonie i widzę w nich to, czego nie widziałem od bardzo dawna; radosne ogniki, które właśnie migają w jej pięknych, zielonych oczach - Ona jest idealna, Justin - rozchylam usta, a moja szczęka uderza o podłogę. Mój Boże, to nie dzieje się naprawdę. To za cholerę się nie uda...









9 komentarzy:

  1. Do czego jest idealna? O czym pomyślała żona Justin'a? Zaciekawiłaś mnie. Czekam na następny.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem dlaczego ale pierwsze o czym pomyślałam to że jest "idealna" jako dziewczyna która mogłaby im pomóc i urodzić dla nich dziecko tzw.surogatka. Jak o tym pomyśle to ma sens oni bogaci a Freya biedna potrzebująca pieniędzy, to tylko moja pierwsza myśl ciekawe co z tego będzie 😊 świetny 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez o tym najpierw pomyślałam😂

      Usuń
  3. O Moj Boże!!!!!
    Zaskoczyłaś mnie
    Pierwszy rozdział i od razu perspektywa z dwóch stron!! I omg wgl ma żonę i nw o co jej godziło ze jest idealna kurde aż się boje!!!!! Prosimy szybciej rozdział
    Opowiadanie zapowiada się na mega ciekawe

    OdpowiedzUsuń
  4. Oo matko...no to jestem w niezłym szoku..Justin ma żonę. ... ,,idealna".... może nie mogą mieć dziecka ? Ona jako surogatka.. to by było niezle... pewnie zaproponują jej kupę kasy i się zgodzi...wow...nie mogę się doczekać następnego rozdzialu 😀😀😀😀

    OdpowiedzUsuń
  5. Dopiero początek a juz mi sie mega podoba😍 pierwszą moją myślą do czego jest idealna to do urodzenia im dziecka 😂 a drugą ze chcę trójkąta kurdeee czemu ja mam takie mysli?😂😂 czekam na nastepny😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O trójkącie powiadasz 😏
      To chyba mam fabułę na kolejne opowiadanie 😂

      Usuń
  6. Cudowny rozdział :)
    Nie wiem dlaczego ale mam wrażenie ze ona urodzi im dziecko za kasę 😱
    Nie moge się doczekac następnego!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaskoczylo mnie to, ze Justin ma zone. Powiem szczerze, ze pomyslalam tak samo jak dziewczyny wyzej, o tym urodzeniu dziecka hahah No jestem ciekawa.

    OdpowiedzUsuń