niedziela, 5 sierpnia 2018

Rozdział drugi


Justin POV:

W firmie melduję się wyjątkowo w niedzielę. Weekendy staram się spędzać w domu, z żoną, jednak to ona kazała mi działać. Tak też zrobiłem. Jeszcze wczoraj, tuż po powrocie z bankietu, zadzwoniłem do Donniego, a dzisiaj, siedząc w skórzanym fotelu, popijając kawę, czytam to, co mnie interesuje, a jeszcze bardziej moją Marie. Niczym gąbka pochłaniam informacje o pięknej Freyi Jane Parker, która tak bardzo zaintrygowała moją żonę. Nie ma tego zbyt wiele, ale nie dlatego, że Donniemu nie udało zdobyć się wszystkich informacji, a dlatego, iż Freya to skromna dziewczyna. Od osiemnastego roku utrzymuje się sama, pracując w firmie obsługującej bankiety należącej do Oliviera Jacksona, człowieka, który wiele razy pracował również dla mnie. Freya wynajmuje dwupokojowe mieszkanko na Brooklynie i studiuje zarządzanie. Kiedy zatrzymuję się na jej wieku, opieram łokcie na biurku i chowam twarz w dłonie. Jasna cholera ma jedynie dwadzieścia dwa lata, toż to jeszcze dziecko! Niby jakim cudem plan Marie ma wypalić, skoro Freya jest tak młodziutka? Co mam zrobić, aby jakimś cudem się udało? 



Freya POV:
Przez całą niedzielę chodziłam jak duch. Miałam dziwne wrażenie, jakby diabeł siedział mi na ramieniu i szeptał słówka, od których włos jeżył mi się na głowie. Spotkanie tego dupka na bankiecie było ostatnią rzeczą, jakiej bym się spodziewała, a mimo to stanął przede mną i po prostu mnie przeprosił. On! Pewny siebie, wyniosły, należący do kategorii, której nie znosiłam! Potraktował mnie naprawdę paskudnie i chamsko, ale muszę docenić fakt, że jednak mnie przeprosił. Przełknął męską dumę i wypowiedział to ważne słowo, które nie każdemu łatwo przechodzi przez gardło. Malutki plusik, panie nieznajomy.
- Droga Freyo, przeszkadzam w bujaniu w obłokach? - głos pana Marka, wykładowcy, wyrywa mnie z mojej bańki. Gwałtownie podnoszę głowę, zauważając, że wszyscy patrzą na mnie. Mam ochotę wystawić im środkowy palec, czego zrobić nie mogę - Więc? Chyba moje zajęcia koszmarnie cię znudzą, prawda?
- Nie, skąd, są naprawdę interesujące! Po prostu się zamyśliłam i odpłynęłam. Przepraszam, już uważam.
- Przekonamy się - burczy pod nosem, wraca do wykładu, a ja oddycham z ulgą. 
Skup się, kretynko! 

W drodze do domu wstępuję do monopolowego i kupuję butelkę mojego ulubionego, białego wina. Przeważnie nie pijam w tygodniu, ale sytuacja z soboty solidnie wyprowadziła mnie z równowagi, a fakt,
że moje myśli wciąż krążą wokół tego cholernego dupka i wydarzenia sprzed miesiąca, wcale nie pomaga.
- Hejka, Frey! - prawie dostanę zawału na szturchnięcie Samuela. Przekręcam głowę, posyłając mu mordercze spojrzenie, ale chłopak zdaje się nic sobie z tego nie robić - Masz ochotę wyskoczyć do kina?
- Dziękuję za zaproszenie, to miłe z twojej strony, ale już jestem na dzisiaj umówiona, tak więc sorki.
- Wiesz, że mówisz mi to za każdym razem? - prycha pod nosem, uśmiechając się uroczo. Lubię Samuela, studiujemy razem, jednak mam dziwne wrażenie, że próbuje mnie podrywać za każdym razem, kiedy tylko na siebie wpadamy - Zbywasz mnie, Frey! - wydyma usta, patrząc na mnie oczami szczeniaka. Jest słodki.
- No dobrze, może w weekend? W tym tygodniu mam do oddania dwie prace, więc mało czasu na rozrywkę.
- Okej, trzymam za słowo. Nie odpuszczę! - wystawia palec na znak groźby, a ja wybucham śmiechem.
- W porządku, teraz muszę uciekać - cmokam go w policzek i uciekam na przystanek tuż przy uczelni.


Kiedy tylko wysiadam z autobusu i człapię do klatki, moją uwagę przykuwa coś, a raczej ktoś, na kogo widok opada mi szczęka. Na początku udaję, że wcale go nie widzę, po chwili przychodzi mi myśl, aby odwrócić się na pięcie i odejść, jednak nim mam szansę zrobić cokolwiek, zachodzi mi drogę, zmuszając
do zatrzymania. Moje serce bije jak oszalałe, dłonie się pocą, a w głowie panuje totalny mętlik. Za cholerę nie rozumiem, co ten człowiek robi w tym miejscu, czego chce, po co przyjechał? Mam tyle pytań, które chciałabym mu zadać, ale w tej chwili nic nie przejdzie mi przez gardło. Jestem zbyt zszokowana jego widokiem w tej szemranej, biednej ulicy. Tak bardzo nie pasuje tutaj w swoim drogim garniturze.
- Witaj - jedno słowo, które wywraca mój żołądek do góry nogami. Staram się zachować spokój, gapię się w jego bordowy krawat w oczekiwaniu na to, co będzie dalej - Czy możesz spojrzeć mi w oczy, Freyo Parker? - kurwa! Gwałtownie unoszę głowę, rozchylam usta i patrzę w te brązowe, przenikliwe oczy. Skąd na Boga zna moje imię i nazwisko, skoro spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, nie wymieniając się żadnymi szczegółami?! - Wiem, że jesteś zaskoczona faktem, iż znam twoje dane, ale nie martw się, nie mam złych zamiarów. Chciałem z tobą tylko porozmawiać. Czy masz chwilę, którą mogłabyś mi poświęcić? Proszę? 

- T-tak, ale nie bardzo rozumiem, o czym mielibyśmy rozmawiać. Nie znam pana, a pan nie zna mnie.
- Owszem, nie znamy się, ale chciałbym to zmienić - szlag! Szuka przygód na Brooklynie? - Więc jak będzie? Nie zajmę ci dużo czasu - niepewnie przytakuję głową, pozwalając, aby poprowadził mnie wprost do swojego samochodu. Przystaję przy nim zastanawiając się, czy powinnam wsiąść do środka. Nie znam go, nie wiem, co strzeli mu do głowy i co zechce ze mną zrobić - Nie masz powodu do obaw. Nie zrobię ci krzywdy, zapewniam - otwiera drzwi od strony pasażera, czekając, aż podejmę decyzję - Freyo?
- Na rogu jest mała kawiarnia. Myślę, że to miejsce będzie odpowiednie na naszą pierwszą rozmowę.
- W porządku - zaciska usta w uśmiechu, zamyka drzwi i wciska przycisk na pilocie, blokując drzwi. Prowadzę go do znanej mi świetnie kawiarenki, a moje skrępowanie wybija skalę. Z jednej strony chcę posłać go do diabła, po tym, co odwalił, z drugiej zaś jestem ciekawa, czego może ode mnie chcieć. W dodatku taki człowiek, jak on - Puszysta Chmurka? - czyta szyld, obrzucając mnie szerokim uśmiechem.
- Spodoba się panu - otwiera dla mnie drzwi, wchodzimy do środka, a w moje nozdrza uderza zapach świeżo zaparzonej kawy, którą zawsze biorę na wynos. Macham do Caroline, która puszcza mi oczko, i prowadzę mężczyznę do mojego ulubionego miejsca pod oknem - Polecam kawę o nazwie Smak Nieba.
- Skoro tak mówisz, zaufam ci - oblizuje usta, składa zamówienie u Hailey, a kiedy ta odchodzi, opiera łokcie na stole, podpiera brodę na dłoniach i wlepia we mnie wzrok. Jeśli wcześniej wspominałam o skrępowaniu wybijającym skalę, cofam to. W tym momencie czuję, jakbym centymetr po centymetrze zapadała się pod ziemię. Jeszcze chwila, a rozstąpi się pode mną wsysając w całości - Zawstydziłaś się - schylam głowę, zaciskam dłonie w pieści, poluźniam i tak w kółko, aby się uspokoić. To niepojęte, że siedzę naprzeciwko faceta, którego poznałam na bankiecie. Nie mam pojęcia, kim on u licha jest! - Przepraszam, jeśli czujesz się przeze mnie niezręcznie, ale naprawdę zależało mi na tej rozmowie.
- Skoro tak, może przejdzie pan do rzeczy? Nie ukrywam, jestem ciekawa, o czym chce pan porozmawiać.
- Zacznę od ponownych przeprosin za swoje zachowanie. Wiem, że przesadziłem, a moje zachowanie było wręcz karygodne - przytakuję głową na znak zrozumienia, nadal uparcie wpatrując się w słowie dłonie. Cóż miałabym mu powiedzieć? - Mam coś na przeprosiny, ale tak zaskoczyłaś mnie z kawiarnią, że po prostu zapomniałem - chichocze rozbawiony, czym mnie zaskakuje. Niepewnie unoszę głowę, aby spojrzeć mu w oczy, a kiedy nasze spojrzenia się spotykają, topnieję w jego rozczulonym spojrzeniu. Chryste, kim jest ten człowiek?! - No dobrze, może przejdę wreszcie do rzeczy. Chciałem się z tobą spotkać, ponieważ mam pewną propoz.... - nie kończy, ponieważ Hailey podchodzi, stawiając przed nami kubeczki z kawą. Mężczyzna dziękuje jej uśmiechem i ponownie zostajemy sami - Więc tak, mam propozycję, ale najpierw... nazywam się Justin, Justin Price. Jestem właścicielem firmy budowlanej Heliodon - marszczę brwi, próbując skupić się na nazwie firmy. Coś świta mi w głowie - Nie przejmuj się, jeśli nie kojarzysz, nic wielkiego - macha ręką, jakby to była błahostka, wsypuje do kawy łyżeczkę cukru i upija, nie spuszczając ze mnie wzroku - Mmm, pyszna! - oblizuje usta z pianki i niespodziewanie puszcza mi oczko. Wygląda na rozbawionego, beztroskiego, takiego... sama nie wiem, chyba brakuje mi słów, aby to określić.
- Cieszę się, że panu smakuje. Nie przestawię się, bo to już pan wie. Bardzo ciekawi mnie, skąd. 
- To proste, Freyo. Po moim karygodnym zachowaniu, a potem po ponownym spotkaniu ciebie, zdałem sobie sprawę, że powinienem przeprosić. Mój asystent dowiedział się tego, o co go poprosiłem. Stąd wiem, jak się nazywasz - no tak, jakież to proste. Obiecuję sobie w myślach, aby natychmiast po przekroczeniu progu swojego mieszkania, zajrzeć do wujka Google i poprosić go o pomoc - Nie jesteś zła? - kręcę  przecząco głową, wysilając się na lekki uśmiech - Świetnie! Więc czas przejść dalej, skoro już się znamy - mam ochotę roześmiać się na głos. "Znamy się" to zdecydowanie za dużo powiedziane - Wiem, że to może zabrzmi niestosowanie, ale wiedz, że za nic w świecie nie chcę cię obrazić. Kiedy tylko moja żona zobaczyła cię na bankiecie, nie dawała mi spokoju. Stwierdziła, że jesteś idealna - gapię się na niego jak na ducha, nie rozumiejąc dosłownie nic z tego, co do mnie powiedział. Co tu się wyprawia?!

Dwie godziny, kawę i trzy drinki później, Justin odprowadza mnie do domu. Przez całą drogę nie wypowiadam nawet słowa, nie jestem w stanie. Coś ściska mnie za gardło nie pozwalając na rozmowę.
- Mam nadzieję, że przemyślisz to, co ci dzisiaj powiedziałem, Freyo - zaczyna, kiedy zatrzymujemy się pod klatką. Patrzę we własne stopy, a łzy cisną mi się do oczu - Liczę na pozytywna odpowiedź - robi krok w przód, podsuwa palec pod moją brodę i unosi, abym spojrzała mu w oczy. Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, serce podskakuje mi do gardła, a żółć zbiera się w przełyku. Po jego opowieściach nie dowierzam, że taki człowiek posuwa się tak daleko, aby osiągnąć swój cel - Zadzwonisz? - pyta cicho, nie spuszczając ze mnie wzroku. W dodatku przesuwa kciukiem po mojej dolnej wardze, czym totalnie mnie szokuje. W tym momencie mój mózg zamienił się w papkę, nie jest w stanie myśleć i jeśli zaraz się nie ruszę, mogę zrobić coś, czego będę bardzo żałować - Proszę, Freyo, zadzwoń do mnie. Dobrze?
- Muszę iść - przełykam ślinę, nawilżając wyschnięte gardło i wreszcie biorę się w garść - Do widzenia.
- Do widzenia - uśmiecha się, pochyla i czule całuje mnie w policzek, a jego zapach wdziera się w moje nozdrza. Zamykam oczy przez sekundę delektując się tym niesamowitym połączeniem perfum z zapachem jego skóry i odskakuję jak poparzona. Szybko czmycham do klatki, zbiegam na drugie piętro i kiedy tylko przekraczam próg mieszkania, wybucham płaczem. Nie wierzę w to, co mi zaproponował...


Na bankiecie, na który w ostatniej chwili wkręcił mnie Olivier, jestem nieprzytomna. Snuję się jak cień, na siłę wymuszając uśmiech, co przychodzi mi z ogromną trudnością. Ronnie posyła mi ukradkowe spojrzenia, w których widzę nieme pytania, ale jedyne, na co się zdobywam, to lekki uśmiech i ucieczka na drugi koniec sali. Nie mogę powiedzieć jej o czym rozmawiałam z pieprzonym Justinem Pierce'm, właścicielem firmy budowlanej, która plasuje się w pierwszej piątce. Człowiek tak potężny, bogaty, mający ogromną władzę, przyszedł do mnie i złożył propozycję, od której zakręciło mi się w głowie. Co dziwne, skurczybyk miał idealnie ułożony plan, a na każde moje pytanie znał odpowiedź. Nie byłam w stanie zaskoczyć go dosłownie niczym, a to dało mi do myślenia. To oczywiste, że musiał zaplanować to dużo wcześniej.
- Chodź ze mną - głos Oliviera sprowadza mnie na ziemię. Chwyta moje ramię, wyprowadza z sali i zatrzymuje w korytarzu - Mogę wiedzieć, co się z tobą dzisiaj dzieje? Gdzie ty jesteś, Freyo? Mam wrażenie, że daleko stąd. Brak zaangażowania, uśmiechu, koncentracji. Co się do cholery stało?
- Nic, po prostu mam gorszy dzień, to wszystko. Postaram się wziąć w garść, przepraszam cię, Oli.
- Nie chcę przeprosiń, Frey, tylko kelnerki, która ogarnie ten tłum. Nie chcę powtórki z czerwonym winem.

- Musiałeś, prawda? - prycham wkurzona, obrzucając go wściekłym spojrzeniem - Tłumaczyłam ci, że to on ma mnie wlazł, to była jego wina, ale oczywiście to ja muszę obrywać. Przypominasz mi to bez przerwy!
- Po tym incydencie oberwało się i mnie! - och! Tego nie wiedziałam - Price przyszedł do mnie wkurwiony jak diabli, a narzekań nie było końca. To bogaci ludzie, nadęci, myślący, że są Bogami tego świata, Frey!
- Wiem o tym, jeszcze raz przepraszam, okej? Wracam na salę, nie martw się, poradzę sobie. Jest dobrze.

- Obyś miała rację - przeciera twarz rękami, oddycha głęboko i odchodzi. Nie tylko ja mam zły dzień.

Wchodzę do domu za pięć jedenasta, zrzucam z nóg szpilki i odkładam torebkę na komodę. Człapię do salonu, opadam na kanapę, a moje spojrzenie ląduje na bukiecie pięknych kwiatów, które na przeprosiny wręczył mi Justin Price. Zaciągam się ich zapachem, który rozszedł się po małym salonie i zamykam oczy, myśląc o człowieku, który przekroczył granicę. Za nic w świecie nie mogę zgodzić się na jego szaloną propozycję. To nie dla mnie, ja nawet się do tego nie nadaję! Jak on to sobie wyobraża? 

Po prysznicu, kiedy zakładam piżamę, mój telefon zawiadamia o nadejściu wiadomości. Kto pisze o tej godzinie, skoro dochodzi prawie północ? Biorę go z szafki, wchodzę w skrzynkę i czytam sms'a.

Witaj, Freyo.
Dziękuję za to, że mnie wysłuchałaś
Dziękuję za to, że nie uciekłaś z krzykiem
Dziękuję za to, że pojawiłaś się w moim życiu
Liczę na to, że powiesz "tak"
Wciąż czekam...
Justin Price

Opadam na łóżko, chowam twarz w dłoniach, a mój mózg krzyczy; katastrofa. Tak, to zdecydowanie jebana katastrofa, a najgorsze jest to, iż mam dziwne przeczucie, że tak łatwo nie uwolnię się od Justina.Pieprzonego.Price'a! Czuję, że zmieli moje poukładane życie na popiół...




*************************
Hejo! 
Przypatruję się waszym teoriom odnośnie opowiadania i uśmiecham się pod nosem.
Wy kombinatorki :P

Okej, a teraz zawiadamiam o kolejnym konkursie (ostatnim) w którym biorę udział.
Na początku, zgłaszając się, nie sądziłam, że będzie głosowanie czytelników, no ale nigdy wcześniej nie brałam udziału w konkursach, więc moja wiedza na ten temat marna.
Wcześniej dwa konkursy odnosiły się do Show Me The Way, ten odnosi się do Different Story.
Pod tym linkiem - KLIK, ( numerek 4) wystarczy w komentarzu przy mojej pracy wpisać "+1" i gotowe.
Kto jest chętny, zapraszam i z góry dziękuję :)

Ściskam mocno!
Kasia









11 komentarzy:

  1. Czytam rozdział z napięciem i czekam na tą propozycję a tu dalej nic nie wiem �� świetny ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Zżerała mnie ciekawość po ostatnim rozdziale. Zżerała mnie ciekawość czytając ten rozdział. I dalej zżera mnie ciekawość, bo nie wiem, co to za propozycja. Czekam z OGROMNĄ niecierpliwością na następny rozdział.
    Pozdrawiam,
    Kama
    P.S. głos oddany

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem czemu ale przyszedł mi pomysł ze może jego żona nie może mieć dzieci i zaproponował jej żeby ona urodziła im dziecko.
    Świetny rozdział nie mogę się doczekać kolejnego :)
    ***Kasia K.

    OdpowiedzUsuń
  4. Głos oddany ale normalnie się wkurzylam...cały rozdział mislam nadzieje ze zaraz się wyjaśni o co kaman a tu nic...no błagam! Chcę wiedzieć juz co to za oferta haha 😘 nie mogę się doczekać następnego rozdzialu ❤❤❤❤ genialne 💕💕💕

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejuuu ale trzymasz w niepewnosci haha

    OdpowiedzUsuń
  6. Zagłosowałam😊 świetny rozdział😘 nie moge sie doczekać az poznamy tą propozycje💕💕

    OdpowiedzUsuń
  7. Liczylam na tu ze się wyjaśni o co chodzi a tu nic! Cały rozdział w napięciu 😢
    Nie mogę się doczekać następnego !

    OdpowiedzUsuń
  8. Najlepszy.! Chciałabym już wiedzieć o co chodzi... Obstawiam, że chcą aby została ich surogatką... Ale czekam w napięci na wyjaśnienia. <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam dwie teorie albo surogatka albo trójkącik. Już nie mogę się doczekać kolejnego *.*

    OdpowiedzUsuń
  10. Coś niesamowitego.. Jestem bardzo ciekawa kolejnych rozdziałów, bo nie ma co ukrywać, jest to opowiadanie, które znacznie różni się od pozostałych 😍

    OdpowiedzUsuń