poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Rozdział trzeci


Justin POV:
Podpieram łokieć na oparciu fotela, drapię się po brodzie i próbuję skupić uwagę na telekonferencji, która trwa od dobrej godziny. Zaczyna irytować mnie wymiana zdań, która nie ma końca, w dodatku nie wnosi do sprawy nic nowego. Jedni zgadzają się ze mną, Franco ma mnóstwo "przeciw", ale żadnych argumentów.
- Gdzie tu kurwa logika, Franco? Jeśli nie zgadzasz się z moim pomysłem i masz zastrzeżenia, wyjaśnij mi łaskawie, jakie to zastrzeżenia. Wybacz, ale tekst; "bo nie i już" nadaje się dla dzieci z piaskownicy! 
- Po prostu nie podoba mi się zarys budynku. Dlaczego to ma być trójkąt, a nie prostokąt, do cholery? 
- Chryste! - przecieram twarz rękami, próbując opanować złość i wlepiam wzrok w monitor - Czego nie rozumiesz w słowie "wyjątkowy", huh? Ten budynek właśnie taki ma być, a powiedz mi, ile jest kurwa prostokątnych budynków, a ile trójkątnych?! Pracujesz ze mną, co jest z tobą nie tak, człowieku?!
- Czasami za tobą nie nadążam, to wszystko. Wciąż wymyślasz rzeczy, które są szalone! Po co ci to?
- Po to, żeby ludzie byli zachwyceni czymś, czego nie ma zbyt wiele. To chyba jest jasne jak słońce!
- Mnie osobiście podoba się projekt Justina - Samantha spogląda na Franco, a potem na mnie - Jest oryginalny, wyjątkowy i nietypowy. Budynek na pewno zrobi na ludziach ogromne wrażenie. W dodatku będzie szklany, a to prawdziwy kosmos! - puszcza mi oczko, uśmiechając się szeroko. Lubię ją.
- Szefie? - unoszę głowę, aby spojrzeć na stojącego w progu Donniego - Pana żona przyszła. Wpuścić ją?
- Tak - Donnie wychodzi, a w progu pojawia się Marie. Wygląda piękne w żółtej, krótkiej sukience i warkoczu przerzuconym na prawe ramię - Panie i Panowie, myślę, że na dzisiaj zakończymy nasze spotkanie. W piątek obgadamy wszystko na żywo, kiedy zawitacie do Nowego Jorku. Miłego dnia - żegnam się, kończę konferencję i porywam żonę w ramiona. Piszczy uroczo, zarzucając dłonie na moją szyję - Cieszę się, że cię widzę, kochanie. Co tutaj robisz? Czy nie miałaś być z Vanessą u kosmetyczki?
- Właśnie stamtąd wracam. Wpadłam się przywitać i zapytać, czy Freya zadzwoniła. Minęły dwa tygodnie.
- Wiem, skarbie, ale nie mogę na nią naciskać. Niestety nadal się nie odezwała, bardzo mi przykro.
- Była idealna, Justin - mówi smutno, odsuwa się i podchodzi pod okno. Niech to wszystko szlag! Nic nie boli mnie bardziej, niż smutek mojej żony - Jest piękna, idealna, taka drobna i kobieca. Chcę jej.
- Wiem, niestety na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Każdy podejmuje własne decyzje, takie jest życie.
- A może za słabo się postarałeś? - odwraca się, wbijając we mnie ostre spojrzenie - Może po prostu zaproponowałeś zbyt małą sumę? - zakłada ręce na piersiach, pokazując mi swoje niezadowolenie.
- Mówisz poważnie? Pół miliona, Marie! Pieprzone, pół, miliona, to dla ciebie za mała suma? To kosmos!
- Fakt, to strasznie dużo pieniędzy - wzdycha ciężko, nieco się uspokajając - Więc co możemy zrobić?
- Wydaje mi się, że nic. Musimy czekać. Freya jest jeszcze bardzo młoda, do niczego nie mogę jej zmusić.
- Och, daj spokój, nie jest dzieckiem. Zbyt łatwo odpuściłeś, Justin. Spotkałeś się z nią zaledwie jeden raz, napisałeś wiadomość, uruchomiłeś znajomości. To wszystko! Przyciśnij ją, bądź tam, gdzie ona, a nawet napsuj jej trochę krwi - szlag! Kiedy moja żona mówi coś takiego, to nigdy nie wróży dobrze - Jesteś przystojny, seksowny, a kobiety za tobą szaleją - seksownie przygryza wargę, przesuwa palcami po mojej koszuli i pociąga za krawat, przyciągając do siebie - Uwiedź ją - prześlizguje językiem po moich ustach, kusząc mnie, doprowadzając do szaleństwa. Ona doskonale wie, jak kurewsko mnie pociąga! - Tak, jak uwiodłeś mnie. Pamiętasz ten dzień? - szepcze zmysłowo, odpina guzik w moich eleganckich spodniach i pozwala opaść im na podłogę - Zakochałam się w tobie niemal natychmiast, tak jest do dnia dzisiejszego, a minęło cztery lata. Dbasz o mnie jak nikt inny, kochanie. Daj mi to, czego pragnę najbardziej - stoję jak sparaliżowany, chłonąc każde jej słowo, nabierając pieprzonej determinacji, aby dążyć do celu po trupach. Obiecuję sobie w myślach, że będę jak przywódca watahy. Jeśli mam ją zadowolić, muszę upolować zwierzynę i dostarczyć ją jej pod same stopy - Na co czekasz, hmm? - to wystarczy, nie musi mówić nic więcej. Przypieram ją do ściany, podsuwam sukienkę w górę i wdzieram się w jej mokre, kuszące wnętrze. 




Freya POV:
Od rana sprzątam mieszkanie. Wycieram kurze, odkurzam, robię dwa prania i myję nawet okna. Staram się zająć czymś ręce i umysł, aby nie dołować się i nie płakać po raz kolejny. Mam dość porażek w swoim życiu, kiedy wreszcie zaznam odrobinę stabilizacji? Od dwóch tygodni nie byłam w pracy nawet raz. Olivier zapewnił mnie, że jak tylko dostanie zlecenie, zadzwoni do mnie w pierwszej kolejności. Niestety bankietów nie urządza się codziennie, a nawet jeśli, konkurencja jest całkiem spora. Tak oto siedzę w domu i jeśli nie sprzątam, to szukam w ogłoszeniach nowej pracy. Oszczędności topnieją, a życie i opłaty tanie nie są. Jeśli nie wykaraskam się z kłopotów, za parę dni może być krucho. Nie zliczę, który to raz ponownie muszę odbić się od dna. Mam tego po dziurki w nosie! Kiedy ten pech pójdzie sobie w pizdu?
- Frey, jesteś?! - głos Ronnie prawie pozbawia mnie tchu. Podnoszę głowę, waląc w kant stołu i klnąc  siarczyście, kiedy na horyzoncie pojawia się moja przyjaciółka. Układa dłonie na biodrach, kręcąc głową na boki i patrząc na mnie z politowaniem. Znam to spojrzenie - Znowu sprzątasz? Cholera, dziewczyno! To mieszkanie nadaje się do programu o czystości, serio! Przecież tutaj nie znajdziesz nawet grama kurzu!
- A co według ciebie mam robić? Znowu zwinąć się w kulkę i beczeć pod kołdrą, smarkając w poduszkę?
- Na pewno niebawem Olivier dostanie zlecenie i zarobisz trochę kasy. Wiesz, że ta praca to niepewność.
- No coś ty! Powiedz mi coś, czego nie wiem, Ronnie. Mam już dość, muszę poszukać czegoś, co da mi cotygodniowe wynagrodzenie. Mam dość czekania. W ten sposób nie pójdę dalej, będę stać w miejscu.
- Razem coś wymyślimy. Popytam wśród ziomków mojego brata, może potrzebują kogoś do sklepu.
- Dzięki, będę wdzięczna - wzdycham sfrustrowana, odkładam szmatkę i siadam obok niej - Jestem już zmęczona niepowodzeniami. Radzę sobie sama od czterech lat, w dodatku rodzice się na mnie wypięli i mają totalnie w dupie. Nawet nie zadzwonią, czaisz to? Nie mają pojęcia, czy jeszcze żyję. Obłęd!
- Wiem, nie mieści mi się to w głowie. Moi wręcz nie dają mi żyć, a twoi woleli spieprzyć daleko stąd.
- Zazdroszczę ci fajnej rodziny, moja była taka do czasu, aż starym nie odpierdoliło i nie oświadczyli, że zaczynają korzystać z życia. Nie sądziłam, że oznacza to odcięcie się od jedynego dziecka, jakie mają.
- Chodź tutaj - Ronnie przytula mnie, całuje w czoło i kołysze na boki, a ja ponownie rozklejam się jak dziecko - Pamiętaj, że masz mnie, a ja zawsze będę przy tobie, Frey. Nigdy się mnie nie pozbędziesz - uśmiecham się przez łzy, mocniej wtulając w ciało jedynej osoby, którą kocham. Mam tylko ją.


Nazajutrz, jak codziennie od pieprzonych, dwóch tygodni, robię rundę po okolicy. Zaglądam do sklepów, komisów, biur, a nawet nocnych klubów i pytam, czy nie potrzebują rąk do pracy. Mój pech pracuje na najwyższych obrotach, ponieważ każdy odsyła mnie z kwitkiem, nawet nie biorąc mojego CV.
Jakby tego było mało, dzwoni do mnie Olivier, który wbija mi nóż prosto w plecy, oświadczając, że musimy się rozstać, czym mnie szokuje. Stoję na środku ulicy niczym duch, płacząc żałośnie i wylewając z siebie całą bezradność, którą chowam w sercu. Dlaczego tak trudno znaleźć mi tę cholerną pracę?! Co robię nie tak?! Czy może być jeszcze gorzej? Owszem, może, o czym przekonuję się chwilę potem, kiedy z nieba zaczyna lać deszcz. Nie mam sił się ruszyć, po sekundzie jestem cała mokra, a na dokładkę samochód, który przejeżdża obok mnie, rozbryzguje kałużę, która mnie dobija. Chryste, mam ochotę błagać kogoś, żeby zafundował mi szybką śmierć. Upuszczam torebkę, unoszę głowę do góry i pozwalam, aby deszcz smagał moją twarz. Moje serce zaciska niewidzialna pięść, a cały sens życia ucieka pokonany. Jestem zmęczona porażkami. Walczę każdego dnia, a życie i tak kopie mnie w dupę. Ileż, kurwa, można? 




Justin POV:
Skręcam w prawo, włączam się do ruchu i zajmuję prawy pas, aby po chwili wjechać na ulicę prowadzącą wprost do mieszkania Freyi. Muszę się z nią zobaczyć, porozmawiać, przycisnąć. Marie ma rację, za mało się staram. Propozycja ogromnych pieniędzy i jeden, ckliwy sms to niezbyt wiele. Muszę stanąć na głowie, aby moja żona wreszcie była w pełni szczęśliwa, a do tego jeszcze daleka droga. Nie chcę jej zawieść.
Wjeżdżam na parking, a w moje oczy rzuca się znajoma postać. Leje niemiłosiernie, a ona stoi na środku chodnika, patrzy w górę i ani drgnie. Hamuję z piskiem opon, wrzucam tryb parkowania, po czym wyskakuję z samochodu jak z procy. Podbiegam do niej, chwytam ramiona i próbuję zwrócić na siebie jej uwagę. Niestety Freya kompletnie nie reaguje, nawet na mnie nie patrzy, nie mówiąc o wypowiedzeniu słowa. Niewiele myśląc, biorę jej torebkę, prowadzę do samochodu i wpycham na siedzenie pasażera. Sam wsiadam za kółko, włączam ogrzewanie i spoglądam na nią. Cała drży, owija się ramionami i zamyka oczy, opierając głowę o zagłówek. Zsuwam z siebie marynarkę, otulam ją szczelnie, chociaż doskonale wiem, że to nic nie da. Jest przemoczona do suchej nitki i dopóki nie weźmie gorącej kąpieli i nie zmieni ciuchów na suche, nic tu po mnie. Ruszam spod jej bloku i mknę w znane mi miejsce.


Do mojego mieszkania na Manhattanie docieramy w mgnieniu oka. Deszcz wciąż się nasila, dodatkowo zerwał się wiatr, więc na szybką poprawę się nie zapowiada. Freya cały czas drży, nie powiedziała słowa, co zaczyna mnie niepokoić. Co się z nią dzieje? Mam przeczucia, że wydarzyło się coś złego.
- Pomogę ci - otwieram drzwi pasażera, pomagam jej wysiąść i prowadzę do windy. Kiedy jedziemy na górę, zerkam na nią kątem oka, ale ona gapi się w dół, owijając się ramionami. Dopiero teraz myślę, jak zacząć, aby do niej dotrzeć. Prawda jest taka, że nie często mam do czynienia z tak młodymi osobami, a Freya ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, szlag! - Jesteśmy, chodź - układam dłoń na jej plecach, prowadzę przez długi korytarz i otwieram drzwi od swojego apartamentu. Kupiłem go dawno temu, kiedy jeszcze nie znałem Marie. Teraz jest moim kołem zapasowym, kiedy czasami zdarzy nam się pokłócić - Weźmiesz prysznic, przebierzesz się i porozmawiamy - wzdycha ciężko, odkładam jej torebkę na komodę i chwytam za rękę. Nie sprzeciwia się, posłusznie człapie za mną do pokoju, a potem do ogromnej łazienki. Odkręcam kurki, reguluję gorącą wodę i wlewam do wanny płyn do kąpieli, który kiedyś kupiła Marie. Jak dobrze, że jest tutaj kilka jej rzeczy - Zaraz wracam, rozbierz się - opuszczam łazienkę, kieruję się wprost do garderoby i zapalam światło, rozglądając się za ubraniami. Wybór nie zwala z nóg, ale czarne legginsy i biała bluzka z długim rękawem wydają się być w sam raz. Zanim wracam do dziewczyny, piszę wiadomość do żony z opisem sytuacji. Moje zaskoczenie jest ogromne, kiedy Marie odpisuje natychmiast, żądając, abym to wykorzystał i zaplusował u Freyi. Łatwo mówić trudniej zrobić. Nasz początek wcale nie był łatwy, wręcz przeciwnie, wolałbym o tym zapomnieć. Jaka szkoda, że moja żona upatrzyła sobie akurat ją! - Porażka - kręcę głową i wracam do dziewczyny, którą zastaję w wannie. Na mój widok piszczy zaskoczona, osłaniając piersi - Wybacz, zamyśliłem się i zapomniałem. Zostawiam ci suche ubrania, kiedy skończysz, dołącz do mnie - przytakuje głową, zostawiam ją samą i idę wprost do salonu, aby nalać sobie drinka. 


Podnoszę głowę, kiedy słyszę kroki. Freya stoi w progu, bawi się rąbkiem bluzki i niepewnie rozgląda się po wielkim salonie. Wystawiam dłoń, aby dać jej znak do podejścia, oblizuje usta i siada obok mnie, zachowując kilkucentymetrową odległość. Dopiero teraz zauważam jej podpuchnięte powieki i zmęczenie wymalowane na twarzy. Od zawsze troszczę się o Marie i w tej chwili ten sam odruch pojawia się w stosunku do Freyi. Jest taka krucha, urocza, piękna. Już wcześniej to zauważyłem, jednak teraz widzę o wiele więcej. Mimo tego, że jest bardzo młoda, ma w sobie to coś, co przyciąga do niej jak magnes.
- Płakałaś? - gwałtownie kręci głową, jakby przyznanie się było czymś złym - Masz podpuchnięte powieki.
- To nic wielkiego, jestem po prostu zmęczona. Ostatnio sporo pracuję - kłamie. Śledziłem ją przez ostatnie dwa tygodnie, nie dostała żadnego zlecenia - Dlaczego mnie tutaj przywiozłeś? Co to za miejsce?
- To mój apartament. Przywiozłem cię tutaj, ponieważ stałaś na środku ulicy przemoczona do suchej nitki.
- Nagle złapał mnie deszcz, nie miałam parasolki. Właściwie... co robiłeś w dzielnicy, w której mieszkam?
- Jechałem do ciebie, aby porozmawiać - Freya marszczy brwi, nerwowo wiercąc się na kanapie. Obym szczerością jej nie przestraszył - Nie odezwałaś się przez dwa tygodnie. Jeśli nie zgadzasz się na moją propozycję, wypadałoby chociaż mnie o tym powiadomić, nie uważasz? Tego wymaga kultura, Freyo.
- Przepraszam, masz rację - schyla głowę, wbija zęby w wargę i bawi się palcami. Nawet nie zauważyła, że już nie mówi do mnie per Pan - Jeszcze godzinę temu odmówiłabym bez zawahania, ale teraz... - zacina się, podnosi i podchodzi do okna, patrząc na panoramę Nowego Jorku. Może to głupie, ale ten widok zawsze potrafił mnie uspokoić. Może i na nią podziała? - Dasz mi jeszcze trochę czasu? Kilka godzin?
- Oczywiście! - zrywam się na równe nogi, podchodzę do niej i delikatnie, aby się nie przestraszyła, układam dłonie na jej ramionach. Nie wzdryga się, nie reaguje nerwowo, wręcz przeciwnie, rozluźnia się, unosi dłoń i przesuwa palcem po szybie, kreśląc ruch kropel deszczu - Co się wydarzyło? Mogę ci pomóc.
- Nie, to nie będzie konieczne. Praktycznie w ogóle się nie znamy, nie masz obowiązku mi pomagać, to nie byłoby właściwe. Poradzę sobie, to była tylko malutka chwila załamania, ale już jest w porządku.
- Jesteś bardzo dzielną, młodą kobietą, wiesz? - odwracam ją w swoją stronę, unoszę głowę, aby spojrzała mi oczy i uśmiecham się, kiedy widzę jej słodką buźkę - Ale jeśli zgodzisz się na moją propozycję, będę ci pomagał i troszczył się o ciebie. Niczego ci nie zabraknie, aniołku - przesuwam kciukiem po jej policzku, docierając do ust. Nie wiem skąd we mnie to dziwne uczucie, ale pragnę ją pocałować. Tu, teraz, w tym momencie i nim mam szansę przekalkulować, czy to na pewno dobry pomysł, pochylam się, a nasze usta się spotykają. To, co czuję jest tak nieznane, tak fascynujące i tak cholernie dobre, że z miejsca pragnę więcej. Wsuwam palce w jej wilgotne włosy, przypieram do szyby i pochłaniam jej usta w namiętnym pocałunku. Jestem zaskoczony, kiedy Freya odwzajemnia moje poczynania, obejmuje mnie w pasie i angażuje się nie mniej, niż ja sam. Niech to szlag, czy całowanie obcej kobiety powinno być tak ekscytujące? Od czterech lat nie pocałowałem żadnej, oprócz własnej żony oraz matki, w policzek. Dlaczego całowanie tej dziewczyny tak bardzo mi się podoba? I dlaczego chcę jej więcej?




Freya POV:
Dochodzi druga w nocy, a ja kręcę się z boku na bok, szukając dobrej pozycji do snu, który za cholerę nie chce przyjść. Od pocałunku z Justinem mam mętlik w głowie, a mój brzuch zaciska dziwny supeł. Nie spodziewałam się po sobie samej, że oddam pocałunek, zamiast przerwać to szaleństwo! Wiem, po co tutaj jestem i wiem, co się stanie, kiedy podejmę decyzję. A muszę to zrobić jak najszybciej, ponieważ czas nie działa na moją korzyść. Byłam pewna, że odpuścił sobie temat, a on po prostu czekał na moją odpowiedź.
Przez czternaście dni nie brałam jego propozycji na poważnie, nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się zgodzić, ale kiedy stałam na tym pieprzonym chodniku, a życie ponownie kopnęło mnie w dupę, coś się zmieniło. Chyba już wtedy wiedziałam, jaki czeka mnie los i nie ma od tego odwrotu. Spędziłam ostatnie dwa tygodnie na szukaniu pracy, a kiedy przekraczałam próg budynku, ludzie patrzyli na mnie tak, jakby doskonale mnie znali, chociaż ja widziałam ich po raz pierwszy. Coś nie grało, a ja nie wiedziałam co. Jedyną osobą, która mogła mi doradzić była Ronnie. Kiedy się o tym dowie, wyjdzie z własnej skóry!
Jeśli mnie nie udusi, będzie dobrze. Czas wyznać jej to, co zamierzam zrobić.






******************************
Hejo!
Przepraszam za obsuwę, bo rozdział miał być wczoraj! :(
Naprawdę mam zajebistą sklerozę, więc jeśli ktoś czeka na rozdział, napiszcie na ask'u i przypomnijcie mi, pliska! ;)

Ściskam!
Kasia







niedziela, 5 sierpnia 2018

Rozdział drugi


Justin POV:

W firmie melduję się wyjątkowo w niedzielę. Weekendy staram się spędzać w domu, z żoną, jednak to ona kazała mi działać. Tak też zrobiłem. Jeszcze wczoraj, tuż po powrocie z bankietu, zadzwoniłem do Donniego, a dzisiaj, siedząc w skórzanym fotelu, popijając kawę, czytam to, co mnie interesuje, a jeszcze bardziej moją Marie. Niczym gąbka pochłaniam informacje o pięknej Freyi Jane Parker, która tak bardzo zaintrygowała moją żonę. Nie ma tego zbyt wiele, ale nie dlatego, że Donniemu nie udało zdobyć się wszystkich informacji, a dlatego, iż Freya to skromna dziewczyna. Od osiemnastego roku utrzymuje się sama, pracując w firmie obsługującej bankiety należącej do Oliviera Jacksona, człowieka, który wiele razy pracował również dla mnie. Freya wynajmuje dwupokojowe mieszkanko na Brooklynie i studiuje zarządzanie. Kiedy zatrzymuję się na jej wieku, opieram łokcie na biurku i chowam twarz w dłonie. Jasna cholera ma jedynie dwadzieścia dwa lata, toż to jeszcze dziecko! Niby jakim cudem plan Marie ma wypalić, skoro Freya jest tak młodziutka? Co mam zrobić, aby jakimś cudem się udało? 



Freya POV:
Przez całą niedzielę chodziłam jak duch. Miałam dziwne wrażenie, jakby diabeł siedział mi na ramieniu i szeptał słówka, od których włos jeżył mi się na głowie. Spotkanie tego dupka na bankiecie było ostatnią rzeczą, jakiej bym się spodziewała, a mimo to stanął przede mną i po prostu mnie przeprosił. On! Pewny siebie, wyniosły, należący do kategorii, której nie znosiłam! Potraktował mnie naprawdę paskudnie i chamsko, ale muszę docenić fakt, że jednak mnie przeprosił. Przełknął męską dumę i wypowiedział to ważne słowo, które nie każdemu łatwo przechodzi przez gardło. Malutki plusik, panie nieznajomy.
- Droga Freyo, przeszkadzam w bujaniu w obłokach? - głos pana Marka, wykładowcy, wyrywa mnie z mojej bańki. Gwałtownie podnoszę głowę, zauważając, że wszyscy patrzą na mnie. Mam ochotę wystawić im środkowy palec, czego zrobić nie mogę - Więc? Chyba moje zajęcia koszmarnie cię znudzą, prawda?
- Nie, skąd, są naprawdę interesujące! Po prostu się zamyśliłam i odpłynęłam. Przepraszam, już uważam.
- Przekonamy się - burczy pod nosem, wraca do wykładu, a ja oddycham z ulgą. 
Skup się, kretynko! 

W drodze do domu wstępuję do monopolowego i kupuję butelkę mojego ulubionego, białego wina. Przeważnie nie pijam w tygodniu, ale sytuacja z soboty solidnie wyprowadziła mnie z równowagi, a fakt,
że moje myśli wciąż krążą wokół tego cholernego dupka i wydarzenia sprzed miesiąca, wcale nie pomaga.
- Hejka, Frey! - prawie dostanę zawału na szturchnięcie Samuela. Przekręcam głowę, posyłając mu mordercze spojrzenie, ale chłopak zdaje się nic sobie z tego nie robić - Masz ochotę wyskoczyć do kina?
- Dziękuję za zaproszenie, to miłe z twojej strony, ale już jestem na dzisiaj umówiona, tak więc sorki.
- Wiesz, że mówisz mi to za każdym razem? - prycha pod nosem, uśmiechając się uroczo. Lubię Samuela, studiujemy razem, jednak mam dziwne wrażenie, że próbuje mnie podrywać za każdym razem, kiedy tylko na siebie wpadamy - Zbywasz mnie, Frey! - wydyma usta, patrząc na mnie oczami szczeniaka. Jest słodki.
- No dobrze, może w weekend? W tym tygodniu mam do oddania dwie prace, więc mało czasu na rozrywkę.
- Okej, trzymam za słowo. Nie odpuszczę! - wystawia palec na znak groźby, a ja wybucham śmiechem.
- W porządku, teraz muszę uciekać - cmokam go w policzek i uciekam na przystanek tuż przy uczelni.


Kiedy tylko wysiadam z autobusu i człapię do klatki, moją uwagę przykuwa coś, a raczej ktoś, na kogo widok opada mi szczęka. Na początku udaję, że wcale go nie widzę, po chwili przychodzi mi myśl, aby odwrócić się na pięcie i odejść, jednak nim mam szansę zrobić cokolwiek, zachodzi mi drogę, zmuszając
do zatrzymania. Moje serce bije jak oszalałe, dłonie się pocą, a w głowie panuje totalny mętlik. Za cholerę nie rozumiem, co ten człowiek robi w tym miejscu, czego chce, po co przyjechał? Mam tyle pytań, które chciałabym mu zadać, ale w tej chwili nic nie przejdzie mi przez gardło. Jestem zbyt zszokowana jego widokiem w tej szemranej, biednej ulicy. Tak bardzo nie pasuje tutaj w swoim drogim garniturze.
- Witaj - jedno słowo, które wywraca mój żołądek do góry nogami. Staram się zachować spokój, gapię się w jego bordowy krawat w oczekiwaniu na to, co będzie dalej - Czy możesz spojrzeć mi w oczy, Freyo Parker? - kurwa! Gwałtownie unoszę głowę, rozchylam usta i patrzę w te brązowe, przenikliwe oczy. Skąd na Boga zna moje imię i nazwisko, skoro spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, nie wymieniając się żadnymi szczegółami?! - Wiem, że jesteś zaskoczona faktem, iż znam twoje dane, ale nie martw się, nie mam złych zamiarów. Chciałem z tobą tylko porozmawiać. Czy masz chwilę, którą mogłabyś mi poświęcić? Proszę? 

- T-tak, ale nie bardzo rozumiem, o czym mielibyśmy rozmawiać. Nie znam pana, a pan nie zna mnie.
- Owszem, nie znamy się, ale chciałbym to zmienić - szlag! Szuka przygód na Brooklynie? - Więc jak będzie? Nie zajmę ci dużo czasu - niepewnie przytakuję głową, pozwalając, aby poprowadził mnie wprost do swojego samochodu. Przystaję przy nim zastanawiając się, czy powinnam wsiąść do środka. Nie znam go, nie wiem, co strzeli mu do głowy i co zechce ze mną zrobić - Nie masz powodu do obaw. Nie zrobię ci krzywdy, zapewniam - otwiera drzwi od strony pasażera, czekając, aż podejmę decyzję - Freyo?
- Na rogu jest mała kawiarnia. Myślę, że to miejsce będzie odpowiednie na naszą pierwszą rozmowę.
- W porządku - zaciska usta w uśmiechu, zamyka drzwi i wciska przycisk na pilocie, blokując drzwi. Prowadzę go do znanej mi świetnie kawiarenki, a moje skrępowanie wybija skalę. Z jednej strony chcę posłać go do diabła, po tym, co odwalił, z drugiej zaś jestem ciekawa, czego może ode mnie chcieć. W dodatku taki człowiek, jak on - Puszysta Chmurka? - czyta szyld, obrzucając mnie szerokim uśmiechem.
- Spodoba się panu - otwiera dla mnie drzwi, wchodzimy do środka, a w moje nozdrza uderza zapach świeżo zaparzonej kawy, którą zawsze biorę na wynos. Macham do Caroline, która puszcza mi oczko, i prowadzę mężczyznę do mojego ulubionego miejsca pod oknem - Polecam kawę o nazwie Smak Nieba.
- Skoro tak mówisz, zaufam ci - oblizuje usta, składa zamówienie u Hailey, a kiedy ta odchodzi, opiera łokcie na stole, podpiera brodę na dłoniach i wlepia we mnie wzrok. Jeśli wcześniej wspominałam o skrępowaniu wybijającym skalę, cofam to. W tym momencie czuję, jakbym centymetr po centymetrze zapadała się pod ziemię. Jeszcze chwila, a rozstąpi się pode mną wsysając w całości - Zawstydziłaś się - schylam głowę, zaciskam dłonie w pieści, poluźniam i tak w kółko, aby się uspokoić. To niepojęte, że siedzę naprzeciwko faceta, którego poznałam na bankiecie. Nie mam pojęcia, kim on u licha jest! - Przepraszam, jeśli czujesz się przeze mnie niezręcznie, ale naprawdę zależało mi na tej rozmowie.
- Skoro tak, może przejdzie pan do rzeczy? Nie ukrywam, jestem ciekawa, o czym chce pan porozmawiać.
- Zacznę od ponownych przeprosin za swoje zachowanie. Wiem, że przesadziłem, a moje zachowanie było wręcz karygodne - przytakuję głową na znak zrozumienia, nadal uparcie wpatrując się w słowie dłonie. Cóż miałabym mu powiedzieć? - Mam coś na przeprosiny, ale tak zaskoczyłaś mnie z kawiarnią, że po prostu zapomniałem - chichocze rozbawiony, czym mnie zaskakuje. Niepewnie unoszę głowę, aby spojrzeć mu w oczy, a kiedy nasze spojrzenia się spotykają, topnieję w jego rozczulonym spojrzeniu. Chryste, kim jest ten człowiek?! - No dobrze, może przejdę wreszcie do rzeczy. Chciałem się z tobą spotkać, ponieważ mam pewną propoz.... - nie kończy, ponieważ Hailey podchodzi, stawiając przed nami kubeczki z kawą. Mężczyzna dziękuje jej uśmiechem i ponownie zostajemy sami - Więc tak, mam propozycję, ale najpierw... nazywam się Justin, Justin Price. Jestem właścicielem firmy budowlanej Heliodon - marszczę brwi, próbując skupić się na nazwie firmy. Coś świta mi w głowie - Nie przejmuj się, jeśli nie kojarzysz, nic wielkiego - macha ręką, jakby to była błahostka, wsypuje do kawy łyżeczkę cukru i upija, nie spuszczając ze mnie wzroku - Mmm, pyszna! - oblizuje usta z pianki i niespodziewanie puszcza mi oczko. Wygląda na rozbawionego, beztroskiego, takiego... sama nie wiem, chyba brakuje mi słów, aby to określić.
- Cieszę się, że panu smakuje. Nie przestawię się, bo to już pan wie. Bardzo ciekawi mnie, skąd. 
- To proste, Freyo. Po moim karygodnym zachowaniu, a potem po ponownym spotkaniu ciebie, zdałem sobie sprawę, że powinienem przeprosić. Mój asystent dowiedział się tego, o co go poprosiłem. Stąd wiem, jak się nazywasz - no tak, jakież to proste. Obiecuję sobie w myślach, aby natychmiast po przekroczeniu progu swojego mieszkania, zajrzeć do wujka Google i poprosić go o pomoc - Nie jesteś zła? - kręcę  przecząco głową, wysilając się na lekki uśmiech - Świetnie! Więc czas przejść dalej, skoro już się znamy - mam ochotę roześmiać się na głos. "Znamy się" to zdecydowanie za dużo powiedziane - Wiem, że to może zabrzmi niestosowanie, ale wiedz, że za nic w świecie nie chcę cię obrazić. Kiedy tylko moja żona zobaczyła cię na bankiecie, nie dawała mi spokoju. Stwierdziła, że jesteś idealna - gapię się na niego jak na ducha, nie rozumiejąc dosłownie nic z tego, co do mnie powiedział. Co tu się wyprawia?!

Dwie godziny, kawę i trzy drinki później, Justin odprowadza mnie do domu. Przez całą drogę nie wypowiadam nawet słowa, nie jestem w stanie. Coś ściska mnie za gardło nie pozwalając na rozmowę.
- Mam nadzieję, że przemyślisz to, co ci dzisiaj powiedziałem, Freyo - zaczyna, kiedy zatrzymujemy się pod klatką. Patrzę we własne stopy, a łzy cisną mi się do oczu - Liczę na pozytywna odpowiedź - robi krok w przód, podsuwa palec pod moją brodę i unosi, abym spojrzała mu w oczy. Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, serce podskakuje mi do gardła, a żółć zbiera się w przełyku. Po jego opowieściach nie dowierzam, że taki człowiek posuwa się tak daleko, aby osiągnąć swój cel - Zadzwonisz? - pyta cicho, nie spuszczając ze mnie wzroku. W dodatku przesuwa kciukiem po mojej dolnej wardze, czym totalnie mnie szokuje. W tym momencie mój mózg zamienił się w papkę, nie jest w stanie myśleć i jeśli zaraz się nie ruszę, mogę zrobić coś, czego będę bardzo żałować - Proszę, Freyo, zadzwoń do mnie. Dobrze?
- Muszę iść - przełykam ślinę, nawilżając wyschnięte gardło i wreszcie biorę się w garść - Do widzenia.
- Do widzenia - uśmiecha się, pochyla i czule całuje mnie w policzek, a jego zapach wdziera się w moje nozdrza. Zamykam oczy przez sekundę delektując się tym niesamowitym połączeniem perfum z zapachem jego skóry i odskakuję jak poparzona. Szybko czmycham do klatki, zbiegam na drugie piętro i kiedy tylko przekraczam próg mieszkania, wybucham płaczem. Nie wierzę w to, co mi zaproponował...


Na bankiecie, na który w ostatniej chwili wkręcił mnie Olivier, jestem nieprzytomna. Snuję się jak cień, na siłę wymuszając uśmiech, co przychodzi mi z ogromną trudnością. Ronnie posyła mi ukradkowe spojrzenia, w których widzę nieme pytania, ale jedyne, na co się zdobywam, to lekki uśmiech i ucieczka na drugi koniec sali. Nie mogę powiedzieć jej o czym rozmawiałam z pieprzonym Justinem Pierce'm, właścicielem firmy budowlanej, która plasuje się w pierwszej piątce. Człowiek tak potężny, bogaty, mający ogromną władzę, przyszedł do mnie i złożył propozycję, od której zakręciło mi się w głowie. Co dziwne, skurczybyk miał idealnie ułożony plan, a na każde moje pytanie znał odpowiedź. Nie byłam w stanie zaskoczyć go dosłownie niczym, a to dało mi do myślenia. To oczywiste, że musiał zaplanować to dużo wcześniej.
- Chodź ze mną - głos Oliviera sprowadza mnie na ziemię. Chwyta moje ramię, wyprowadza z sali i zatrzymuje w korytarzu - Mogę wiedzieć, co się z tobą dzisiaj dzieje? Gdzie ty jesteś, Freyo? Mam wrażenie, że daleko stąd. Brak zaangażowania, uśmiechu, koncentracji. Co się do cholery stało?
- Nic, po prostu mam gorszy dzień, to wszystko. Postaram się wziąć w garść, przepraszam cię, Oli.
- Nie chcę przeprosiń, Frey, tylko kelnerki, która ogarnie ten tłum. Nie chcę powtórki z czerwonym winem.

- Musiałeś, prawda? - prycham wkurzona, obrzucając go wściekłym spojrzeniem - Tłumaczyłam ci, że to on ma mnie wlazł, to była jego wina, ale oczywiście to ja muszę obrywać. Przypominasz mi to bez przerwy!
- Po tym incydencie oberwało się i mnie! - och! Tego nie wiedziałam - Price przyszedł do mnie wkurwiony jak diabli, a narzekań nie było końca. To bogaci ludzie, nadęci, myślący, że są Bogami tego świata, Frey!
- Wiem o tym, jeszcze raz przepraszam, okej? Wracam na salę, nie martw się, poradzę sobie. Jest dobrze.

- Obyś miała rację - przeciera twarz rękami, oddycha głęboko i odchodzi. Nie tylko ja mam zły dzień.

Wchodzę do domu za pięć jedenasta, zrzucam z nóg szpilki i odkładam torebkę na komodę. Człapię do salonu, opadam na kanapę, a moje spojrzenie ląduje na bukiecie pięknych kwiatów, które na przeprosiny wręczył mi Justin Price. Zaciągam się ich zapachem, który rozszedł się po małym salonie i zamykam oczy, myśląc o człowieku, który przekroczył granicę. Za nic w świecie nie mogę zgodzić się na jego szaloną propozycję. To nie dla mnie, ja nawet się do tego nie nadaję! Jak on to sobie wyobraża? 

Po prysznicu, kiedy zakładam piżamę, mój telefon zawiadamia o nadejściu wiadomości. Kto pisze o tej godzinie, skoro dochodzi prawie północ? Biorę go z szafki, wchodzę w skrzynkę i czytam sms'a.

Witaj, Freyo.
Dziękuję za to, że mnie wysłuchałaś
Dziękuję za to, że nie uciekłaś z krzykiem
Dziękuję za to, że pojawiłaś się w moim życiu
Liczę na to, że powiesz "tak"
Wciąż czekam...
Justin Price

Opadam na łóżko, chowam twarz w dłoniach, a mój mózg krzyczy; katastrofa. Tak, to zdecydowanie jebana katastrofa, a najgorsze jest to, iż mam dziwne przeczucie, że tak łatwo nie uwolnię się od Justina.Pieprzonego.Price'a! Czuję, że zmieli moje poukładane życie na popiół...




*************************
Hejo! 
Przypatruję się waszym teoriom odnośnie opowiadania i uśmiecham się pod nosem.
Wy kombinatorki :P

Okej, a teraz zawiadamiam o kolejnym konkursie (ostatnim) w którym biorę udział.
Na początku, zgłaszając się, nie sądziłam, że będzie głosowanie czytelników, no ale nigdy wcześniej nie brałam udziału w konkursach, więc moja wiedza na ten temat marna.
Wcześniej dwa konkursy odnosiły się do Show Me The Way, ten odnosi się do Different Story.
Pod tym linkiem - KLIK, ( numerek 4) wystarczy w komentarzu przy mojej pracy wpisać "+1" i gotowe.
Kto jest chętny, zapraszam i z góry dziękuję :)

Ściskam mocno!
Kasia









czwartek, 2 sierpnia 2018

Rozdział pierwszy


Freya POV:

W wieku osiemnastu lat moi kochani rodzice oświadczyli, że mam radzić sobie sama. Kiedy oni przeżywali swoją drugą młodość, zwiedzali świat, ja zarabiałam na życie i studiowałam. Nikt nie powiedział, że życie jest proste i faktycznie nie było. Bieda była do dupy. Łapałam jakąkolwiek pracę, aby móc się utrzymać. Wynajęłam małe, dwupokojowe mieszkanie i dzięki przyjaciółce z podwórka, która wciągnęła mnie do firmy, mogłam pracować jako kelnerka na bankietach. Zdarzało się, że zarabiałam bardzo dobrze, ale były i te słabe miesiące, w których siedziałam w domu. Nienawidziłam tego przestoju, bo przeważnie wtedy wpadałam w dołek i użalałam się nad sobą. W takich momentach do akcji wkraczała Veronica, która potrząsała mną jak szmacianą lalką i wpajała do głowy, że dam sobie radę. Więc zaciskałam zęby i dzielnie kroczyłam do przodu. Innego wyjścia tak czy siak, nie miałam, skoro rodzice się na mnie wypięli.


Opuszczając uczelnię, unoszę głowę, zamykam oczy i wdycham świeże powietrze, które ochłodził deszcz. Uwielbiam ten stan, kiedy w moje nozdrza uderza ten niesamowity zapach wody wymieszany z trawą. Mogłabym schować go do buteleczki i zachować jako perfumy. Veronica nabijała się ze mnie, że mam nierówno pod sufitem i wciąż powtarzała, że nie ma piękniejszego zapachu, niż ten od Marca Jacobsa.
- Freya! - jej piskliwy głos sprowadza mnie na ziemię. Przekręcam głowę, a na moich ustach pojawia się lekki uśmiech. Veronica, dla przyjaciół Ronnie, to niska brunetka o piwnych oczach i mocnym charakterku. Śliczna, kochana i pomocna. Poznałam ją na lodowisku, kiedy miałam osiem lat. Wjechała na mnie, przewróciła i od tamtego momentu byłyśmy wręcz nierozłączne - Cieszę się, że cię złapałam. Dzwonił do mnie Olivier. Pytał, czy jesteś chętna na dzisiejszy bankiet 
"Little Finger". To charytatywny bankiet, więc zdecydowanie to, co lubisz. Powinnam oddzwonić jak najszybciej, więc jak? Wchodzisz w to, mała?
- Oczywiście! - klaszczę w dłonie, ale to bardzo dobra wiadomość. Od ostatniego bankietu minęło dobre trzy tygodnie, a pieniądze, które wtedy zarobiłam, kurczyły się w zastraszającym tempie - Właściwie spadłaś mi z nieba. Miałam trochę przestoju, kasa się przyda. A to, że bankiet jest charytatywny jest ogromnym plusem. Gdyby nie pieniądze, nie pracowałam przy tych z durnymi bogaczami. To gbury!
- Doskonale cię rozumiem, też za nimi nie przepadam. Do dzisiaj pamiętam, jak wpadłam na boskiego blondyna, a kanapka z kawiorem wylądowała na jego zapewne drogim garniturze. Ale się na mnie wściekł.
- Nic nie mów. Ja nadal przed oczami mam widok tego biznesmenka, na którego wylałam czerwone wino.
- Tsa, też to pamiętam - chichocze pod nosem, ciągnąc mnie w stronę swojej wysłużonej toyoty - Miał minę jak srający kot na pustyni, poważnie! Na Boga! Toż to tylko koszula, tak? Przecież stać ich na miliony takich, a oni muszą od razu wydzierać mordę, jakbyśmy robiły to specjalnie. Niech w mózg zainwestują.
- Och, daj spokój. Przecież to biznesmeni, Ronnie! Są pewni, że ich mózgi działają na wyższym poziomie, niż nasze, wiesz, zwykłych dziewczynek, które muszą obsługiwać ich bogate dupy na nudnych bankietach.
- Wiesz, co? Powinnyśmy się dzisiaj urznąć, co ty na to? W końcu piątek, tygodnia koniec i początek!
- Chętnie. Muszę odreagować stres po dwóch egzaminach, a procenty idealnie mi w tym pomogą.
- No i zajebiście, to mi się podoba! Jesteśmy umówione. A teraz chodź, podrzucę cię do domu.


Prasuję czarne, dopasowane spodnie oraz białą koszulę z kołnierzykiem. Znakiem firmowym naszych strojów jest czarna muszka. Noszą je również kobiety, ale nie mam nic przeciwko, jest naprawdę słodka.
Robię delikatny makijaż, związuję włosy w wysokiego koka, po czym wyjmuję czarne szpilki, które przecieram wilgotną szmatką. Olivier nie był zadowolony z mojego obuwia, jednak nie byłam przekonana do paskudnych, czarnych balerinek, które skracały i tak moje krótkie nogi. Nie byłam długonogą pięknością, moje metr sześćdziesiąt nie powalało, więc musiałam dodawać sobie nieco wzrostu. Radziłam sobie świetnie, śmigałam między ludźmi, a Olivier kręcił głową z dezaprobatą. Lubił mnie, pewnie dlatego jeszcze mnie nie wylał. Chyba tylko dzięki niemu jakoś wdrożyłam się w tę robotę. Na początku było mi trudno, ponieważ sztuczne uśmiechy i uprzejmości to nie moja bajka. W tej pracy liczył się profesjonalizm, grzeczność ponad wszystko. Nie mogłam pozwolić sobie na pyskówki, czy, nie daj Bóg, potknięcia, jak ostatnio. Obiecałam szefowi, że to się więcej nie powtórzy i miałam zamiar dotrzymać słowa. 


Na miejscu jestem przed czasem. O dziwo są już wszyscy, nawet Harry, który uwielbia się spóźniać. Jak zawsze Olivier tłumaczy nam przebieg bankietu, który właściwie niczym nie różni się od poprzednich. Szampan, przekąski, ostrożność, uśmiech oraz pilnowanie, aby kieliszki nie były puste - prościzna.
- Słyszałam, że na sali jest Samira - Ronnie szepcze cicho, nie spuszczając wzroku z gadającego Oliviera.
- Więc masz idealną okazję na selfie. Biadolisz odkąd widziałaś ją na bankiecie ponad rok temu. Działaj!
- Łatwo mówić, trudniej zrobić. Jestem w pracy, muszę się opamiętać. Może dorwę ją po wszystkim?
- Więc miej oczy szeroko otwarte, żeby nie uciekła ci tak, jak poprzednim razem - szturcham ją w bok, a przyjaciółka posyła mi mordercze spojrzenie. Veronica wręcz uwielbia Samirę, znaną na całym świecie piosenkarkę. Ostatnim razem prawie ją dorwała, niestety w ostatniej chwili jej uciekła, a moja kochana Ronnie pozostała z rozczarowaniem. Kto wie? Może akurat dzisiaj jest jej szczęśliwy dzień?

Chwytam w dłoń srebrną tacę, na której Briana stawia wysokie kieliszki z szampanem i wkraczam na salę. Muszę przyznać, iż ludzi jest od groma! Przywykłam do tłumów, jednak ten bankiet bije inne na głowę. Charytatywność ma swoje plusy, bogacze mogą wydać swoje ciężko zarobione pieniądze na szczytny cel.
- Szampana? - podchodzę do przyjaźnie wyglądającego staruszka, który uśmiecha się szeroko i ostrożnie bierze kieliszek. Dziękuje mi skinieniem głowy, maszeruję dalej i zatrzymuję się przy eleganckiej kobiecie. Ma na sobie czarną, długą suknię z mieniącymi się wokół dekoltu kamyczkami. Wygląda oszałamiająco - Ma pani ochotę na szampana? - częstuje się i szybko wraca do rozmowy ze swoim towarzyszem. Spaceruję między ludźmi, którzy są uprzejmi, uśmiechają się, czasami nawet zagadują, a taca szybko robi się pusta. Wracam, aby ją napełnić, a w drodze powrotnej zaczepia mnie Olivier - Co tam, szefie? Wszystko okej?
- Jasne! Świetnie ci dzisiaj idzie, tak trzymaj. Za pół godziny występuje Samira, więc będziecie miały chwilę przerwy - w to mi graj! - Skoro już cię złapałem, mam dla ciebie robotę na jutro. Bankiet firmy Heliodon. Przestawiają projekt nowego budynku, a ja potrzebuję rąk do pracy. Więc jak będzie?
- Nie ma sprawy. Dziękuję, że o mnie pomyślałeś. Wiesz, że wezmę każdy bankiet, który tylko się da.
- To jesteśmy umówieni, a teraz na salę - czmycham z powrotem i przyklejam uśmiech na twarz.


W sobotę wybieram się na małe zakupy i wreszcie robię opłaty za mieszkanie. Ze zgrozą patrzę na stan swojego konta, na którym widnieje marne sześćdziesiąt pięć dolarów. Uwielbiam Oliviera za to, że wypłaca nam kasę za każdy bankiet, a nie za przepracowany miesiąc. W poniedziałek będę już bogatsza, więc wzrosną szansę na przeżycie miesiąca na plusie. Nic nie martwiło mnie tak, jak te cholernie pieniądze. Nie byłam na nie łasa, nie dążyłam do bogactwa, luksusu, pozwalania sobie na każdą rzecz, na jaką będę mieć ochotę. Pragnęłam jedynie stabilizacji, małego zabezpieczenia i poczucia komfortu, że za parę dni będę miała za co żyć. Ktoś kiedyś powiedział, że pieniądze szczęścia nie dają. Cóż, widocznie ten ktoś musiał mieć ich pod dostatkiem. Nie narzekałabym, gdybym miała ich tyle, że nie widziałabym wręcz, co z nimi zrobić. Niestety życie w Nowym Jorku łatwe nie było, dlatego trzymałam się Oliviera i jego zleceń. Gdyby nie nadęci ludzie, praca byłaby naprawdę przyjemna. Żałowałam jedynie tego, jak bardzo niepewna była to fucha. Zdarzały się miesiące, w których ledwo miałam czas na sen i naukę, a były i takie, które spędzałam w domu, nie wiedząc, co ze sobą począć. Czasami zalewała mnie fala smutku na myśl o rodzicach, którzy byli teraz Bóg wie gdzie. Mama marzyła o zwierzeniu Europy i koniecznie Paryża, ale że nie widziałam ich prawie cztery lata, nie miałam pojęcia, gdzie obecnie przebywali. Sprzedali nasz rodzinny dom, zostawiając mnie samej sobie, wyjechali i odzywali się sporadycznie, może dwa razy do roku. Nie pytali, jak mi się wiedzie, czy mam za co żyć, czy jestem zdrowa. Opowiadali o podróżach, o błękitnej wodzie na Malediwach i nieszczęśliwej wpadce ze zrzuceniem kluczyków od samochodu do jeziora w Norwegii. Pozostało mi żyć dalej, nie tęsknić za nimi i nie mieć nadziei na ich zmianę. 



Justin POV:
Gapię się na wielki ekran, który ustawiony jest na środku sali i myślę, czy na pewno wszyscy będą mieć idealny widok na nowy projekt budynku, który niebawem zostanie postawiony pod szyldem mojej firmy. Jestem pewny, że ci, którzy zjawią się na dzisiejszym spotkaniu, pospadają z krzeseł, kiedy tylko zobaczą to, co mam do zaoferowania. Nikt nie wybudował tak potężnego budynku w całym Nowym Jorku! Mam zamiar pójść za ciosem i zbudować ich całe mnóstwo. A pierwszy będzie nazywał się 777 Tower. 

- Panie Justinie - moje rozmyślenia przerywa moja prawa ręka, Donnie. Chłopak ma dopiero dwadzieścia pięć lat, ale jest niesamowicie ogarnięty w temacie i co najważniejsze, spełnia moje każde polecenie. Kiedy coś nie gra, Donnie załatwi to w mgnieniu oka - Wszystko jest gotowe, catering również. Za godzinę i siedem minut rozpoczynamy prezentację. Czy jest coś jeszcze, czego Pan sobie życzy? Jeśli tak, słucham.
- Nie, Donnie, dziękuję, na razie to tyle. Sala jest idealna. Pojadę do domu się przebrać, do zobaczenia później - kiwa głową, odwraca się na pięcie i znika z zasięgu mojego wzroku. Zapinam guzik marynarki, ostatni raz rzucam okiem na salę i zmierzam do drzwi. To będzie wielkie wydarzenie.

Kiedy tylko wchodzę do domu, w moje oczy rzuca się Marie; moja żona. Jej piękną twarz rozświetla szeroki uśmiech, a kiedy podchodzę bliżej, rzuca się w moje ramiona, składając na moich ustach czuły pocałunek. Ta kobieta to mój anioł, nie ma rzeczy, której bym dla niej nie zrobił. Nie żałuję ani jednej chwili z nią spędzonej, uszczęśliwia mnie każdego dnia i wciąż pragnę więcej, chociaż mam wszystko. 

- Wyglądasz oszałamiająco w tej sukni, kochanie. Zielony to zdecydowanie twój kolor, jesteś przepiękna.
- Zawstydzasz mnie - uderza mnie w ramię, rumieniąc się uroczo - Została godzina, a ty wciąż niegotowy.
- Uwierz mi, na ciebie zawsze jestem gotowy - uśmiecham się chytrze, ściskając w dłoniach jej jędrny tyłek, który uwielbiam. Przewraca oczami, kiedy wyczuwa na swoim brzuchu moją erekcję - Mówiłem. 

- Za każdym razem, kiedy czeka na ciebie ważna prezentacja, jesteś koszmarnie nieznośny! Nie mamy czasu na zabawę, nie wypada spóźnić się na tak ważne wydarzenie. Zostawmy to sobie na deser, hmm?
- Brzmi interesująco. Niech tak będzie - niechętnie odsuwam się od żony i wchodzę na górę.

Na bankiecie pojawiamy się o dziewiętnastej pięćdziesiąt - dziesięć minut przed czasem. Przed budynkiem jest mnóstwo fotoreporterów, którzy witają nas blaskiem fleszy, przy okazji oślepiając. Marie dumnie unosi brodę ku górze, posyłając mi przepiękny uśmiech, po czym wsuwa dłoń pod moje ramię i kroczy obok, kiedy prowadzę ją do środka. Wszyscy czekają już tylko na nas, rozmawiając i delektując się najdroższym szampanem. Kelnerki uwijają się jak w ukropie, pilnując, aby żaden kieliszek nie był pusty. Kiedy jedna z nich podchodzi do nas, aby wręczyć je i nam, prawie ścina mnie z nóg. Znam tę drobną, niską dziewczynę o przenikliwym spojrzeniu i niesamowitym odcieniu brązowych oczu. To ona tego feralnego dnia wylała czerwone wino na moją koszulę za trzysta dolców. Za wszelką cenę próbowała zmyć plamę, a ja miałem ubaw, patrząc na to, jak nieudolnie jej to idzie. Mimo tego, iż wtedy zrobiłem z tego zbyt wielkie halo, ona sama wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Ze spuszczoną głową słuchała moich narzekań, a potem posłusznie zabrała się za wycieranie plamy. Oczywiście koszula i tak wylądowała w koszu, ale nie szkodzi, stać mnie na całe ich mnóstwo. Pytanie; czy to pieprzone przeznaczenie, skoro widzę ją ponownie?
- Witaj - posyłam jej lekki uśmiech, na co Marie marszczy brwi, a dziewczyna prawie upuszcza tacę. Nie odpowiada, patrzy na mnie jak ciele w malowane wrota, a jej mina wyraża niedowierzanie - Wierzę w przeznaczenie, więc skoro ponownie się spotykamy, chciałem przeprosić za to, co wydarzyło się ostatnim razem, kiedy na siebie wpadliśmy. Zachowałem się jak gbur i prostak, za co szczerze przepraszam.
- W p-porządku, n-nie gniewam się na Pana - jąka się, zakładając opadający kosmyk włosów za ucho - Muszę wrócić do pracy. Przepraszam - schyla głowę, czym prędzej uciekając jak najdalej ode mnie. Usp!
- Kim ona jest, kochanie? - Marie pyta zaciekawiona, wciąż wpatrując się w oddalającą od nas dziewczynę.
- Na bankiecie, na którym byłem jakiś miesiąc temu, wpadła na mnie, rozlewając czerwone wino na moją koszulę. Wkurzyłem się, nakrzyczałem na nią i rozkazałem, aby wytarła plamę w męskiej toalecie - Marie wybałusza oczy, karcąc mnie spojrzeniem - Wiem, że źle postąpiłem, dlatego przeprosiłem.
- Nie ukrywam, twoje zachowanie było bardzo nieodpowiednie, ale dzięki temu, że dzisiaj ponownie ją spotkałeś, ja miałam okazję przekonać się, jaka jest śliczna - schylam głowę, aby spojrzeć w oczy żonie i widzę w nich to, czego nie widziałem od bardzo dawna; radosne ogniki, które właśnie migają w jej pięknych, zielonych oczach - Ona jest idealna, Justin - rozchylam usta, a moja szczęka uderza o podłogę. Mój Boże, to nie dzieje się naprawdę. To za cholerę się nie uda...