piątek, 31 sierpnia 2018

Rozdział siódmy


Justin POV:

Mija godzina, a po Freyi nie ma nawet śladu. Od kiedy zamknęła się w pokoju, nie wystawiła z niego nosa. Chodzę po salonie, szarpię za włosy, a moja złość na samego siebie wybija skalę. Jak mogłem powiedzieć coś takiego? Poważnie? Będzie należeć do mnie przez dziewięć miesięcy i co dalej? Doskonale wiem, co sobie pomyślała, wcale nie musiała mówić tego na głos. Nie zamierzam pozbywać się jej ze swojego życia. Może to dziwne, ale... polubiłem ją. Freya jest urocza, piękna, wesoła, taka beztroska, a mnie to w niej cholernie kręci. Przy niej czuję się jak ktoś zupełnie inny, jak ktoś, kto chce sprawić jej radość, aby zobaczyć szeroki, szczery uśmiech. Jestem niczym nastolatek, złakniony jej dotyku, obecności, głosu. Znamy się ledwo trzy tygodnie, a już coś we mnie zmieniła. Jestem przy niej innym Justinem, bardziej szczęśliwym, beztroskim, rozluźnionym. Kocham swoją żonę, Marie jest dla mnie wszystkim, ale Freya już nigdy nie będzie mi obojętna. Nawet wtedy, kiedy nasze drogi się rozejdą, chcę jej pomagać, aby miała wszystko, na co zasługuje. Nie będę w stanie zostawić jej w spokoju, to niemożliwe.

Nie czekam dłużej, pukam do jej pokoju, a nie słysząc nic, postanawiam wejść do środka. Freya leży w łóżku, okryta po samą szyję i patrzy wprost na mnie. Na pierwszy rzut oka widzę, co ją dręczy, a smutek w jej pięknych oczach wręcz mnie dobija. Jak mogłem ją zranić? To przeze mnie jej piękny uśmiech zgasł.
- Przepraszam, aniołku - wzdycham ciężko, przysiadam na brzegu łózka i schylam głowę - Byłem wściekły, kiedy zobaczyłem tego chłystka na dole, na dodatek cię pocałował. Poczułem się... dziwnie - tsa, dziwnie to za mało powiedziane! Zazdrość prawie wyżarła mi oczy! - Wiedz, że jesteś dla mnie bardzo ważna.
- Wiem, przecież mam urodzić wam dziecko. To zrozumiałe, że dbasz o mnie w takiej sytuacji, Justin.
- Nie chodzi tylko o to. Dbam o ciebie, ponieważ cię polubiłem i w pewnym stopniu zależy mi na tobie.
- Nie mów tak. Masz żonę, którą bardzo kochasz, nie schrzań tego. Ja jestem tylko epizodem w twoim życiu, niczym więcej - spoglądam na nią, a jej widok ściska mi serce - Wahałam się, czy nie zrezygnować, ale potem zdałam sobie sprawę z tego, że jestem bez grosza. Powinnam znaleźć pracę, co przychodzi mi z ogromną trudnością - bzdura. Znalazłaby ją w jeden dzień, gdybym tylko zaprzestał wymyślonego przez Marie szaleństwa - Zróbmy to dziecko jak najszybciej. Kiedy zajdę w ciążę, będę potrzebować trochę spokoju... od ciebie - patrzę na nią z niedowierzaniem, a jej słowa ściskają moje serce jak cytrynę. Boże, co ona bredzi? - Ty wrócisz do żony, a ja będę żyć swoim własnym życiem. Będziemy się spotykać tylko wtedy, kiedy będzie to konieczne, chociaż osobiście uważam, że możemy spotkać się w dniu porodu.
- Zapomnij, Freyo. Chcę uczestniczyć w ciąży, będziesz nosić moje dziecko! Chcę chodzić z tobą na badania, widzieć je na monitorze usg, czuć jego ruchy. Dlaczego chcesz mnie od tego odizolować?
- Mam swoje powody - jestem ciekawy jakież to powody, ale nie pytam jej o to - Po co przyjechałeś?
- Po ciebie. Wspominałem ci o wycieczce za miasto, ale jesteś na mnie zła i nie wiem, czy to dobry...
- Jedźmy - podnosi się, zbiera kilka rzeczy i wkłada do podręcznej torby. Zjebałem sprawę!


Próbuję skupić uwagę na drodze, niestety milcząca Freya skutecznie mnie rozprasza. Przywykłem do jej wesołego trajkotania, teraz milczy jak grób, wpatrując się w boczną szybę. Niby jak mam z nią współżyć, kiedy jej humor leży i kwiczy? Mam po prostu zrobić swoje, wyjść i zostawić ją samą? Nie tak to sobie wyobrażałem. Liczyłem na to, iż nasza noc będzie czymś wyjątkowym i wyczekiwanym. Działam na nią tak samo, jak ona działa na mnie, niestety musiałem wszystko spierdolić! Gdybym się powstrzymał, teraz pewnie śmialibyśmy się wesoło, popijając kawę ze stacji benzynowej i zagryzając hot-dogiem.

Na miejscu jesteśmy z małym poślizgiem, spowodowanym wypadkiem samochodowym. Otwieram drzwi Freyi, wychodzi niepewnie i rozgląda się dookoła. Ten dom jest moim kolejnym azylem, który uwielbiam. Kupiłem go tuż po ślubie, aby Marie mogła tutaj odpoczywać, kiedy najdzie ją taka ochota. A to, że znajduje się w samym środku lasu, jest ogromnym plusem. Zero hałasu, tłumów, stresu. Tylko śpiew ptaków, świeże powietrze, cisza. Odskocznia od miasta przyda się nam obojgu, muszę się odstresować.
- Niesamowite miejsce - Freya szepcze cicho, patrząc na otoczenie z zachwytem i rozmarzoną miną. Mógłbym gapić się na nią godzinami, tak pięknie wygląda w tym momencie - Ten dom należy do ciebie?
- Tak, kupiłem go dawno temu. Wejdziemy? - przytakuje, otwiera drzwi i przekracza próg. W moje nozdrza uderza zapach surowego drewna oraz wspomnienia. To miejsce jest dla mnie wyjątkowe, dlatego wybrałem je do tego, co zamierzamy zrobić. Może dojdzie kolejne, piękne wspomnienie? - Freyo? - zbieram się w sobie, odwracam ją w swoją stronę i ujmuję jej twarz w dłonie. Nadal jest smutna, chociaż dostrzegam te znajome iskierki radości - Czy między nami może być tak, jak jeszcze wczoraj? Nie chcę, żebyś się smuciła, wiesz? - przytakuje, ściskając moje nadgarstki - Pragnę, żebyś przez te kilka dni odpoczęła w tym miejscu, żebyś wciąż mówiła i zapomniała o wszystkich zmartwieniach. Możesz to dla mnie zrobić? Proszę?
- Postaram się - oddycha głęboko, zamyka oczy i wtula się w moje dłonie. Gapię się na jej piękną twarz, a w mojej głowie panuje totalny mętlik. Dlaczego ta drobna dziewczyna robi mi papkę z mózgu? Kocham Marie, tylko ją, więc o co chodzi? - Tylko musisz mi pomóc i dodać mi odwagi, dobrze? Chyba się boję.
- Niepotrzebnie, aniołku. Jestem tutaj, przy tobie - przyciągam ją do siebie, całuję czule, a ona oddaje pocałunek, nawet się nie wahając. Nie mogę doczekać się, kiedy będę miał ją w łóżku - Jesteś głodna?
- Jestem, ale wiem, że nie będę w stanie nic przełknąć. Może po wszystkim - och! Nie planowałem, że już dzisiaj wylądujemy w łóżku, ale skoro tak stawia sprawę - Zróbmy to, inaczej padnę na zawał.
- Jesteś niemożliwa - śmieję się, ciągnę ją w stronę łazienki, aby zafundować jej relaksującą kąpiel - Rozbierz się, a ja przygotuję nam coś super - puszczam jej oczko, odkręcam kurki, a do wanny wlewam olejek o zapachu kokosu. Do tego zapalam mnóstwo świec, które tworzą romantyczny nastrój, a na deser biegnę po dwa kieliszki, szampana i truskawki. Jak dobrze, że Diego, nasz niedaleki sąsiad, troszczy się o to miejsce - Gotowa? - spoglądam na Freyę, która zawstydzona schyla głowę - Hej, spokojnie, i tak nic nie widzę, przecież jest ciemno, a te świeczki to jednak słaby pomysł - chichoczę, podchodzę do niej i powoli rozbieram. Pozwala mi na to, nie sprzeciwia się i grzecznie unosi ręce w górę. Chociaż bardzo chcę, nie potrafię opanować podniecenia - Wskakuj - kiwam głową na wannę, Freya zrzuca z siebie majtki i po chwili jej ciało okrywa obłędna ilość piany. Pozbywam się własnych ciuchów, nalewam do kieliszków szampana, wrzucam truskawkę i podaję dziewczynie. Kiedy siadam naprzeciwko niej, na jej twarzy pojawia się jeszcze więcej rumieńców - Za nas, aniołku. Za naszą znajomość, przyszłość, za nasze dziecko - zaciska usta na ostatnie słowo, a w jej oczach lśnią łzy. Mogę się oszukiwać, ale taka jest prawda, to dziecko będzie nasze, bez względu na to, kto je wychowa - Do dna i od tej chwili zero alkoholu - uśmiecham się chytrze, Freya mruży oczy i jednym haustem pochlania szampana - A teraz chodź do mnie - odkładamy kieliszki, opieram plecy o wannę i przyciągam ją do siebie. Wygodne mości się między moimi nogami, zapewne wyczuwając moją erekcję. Biorę gąbkę, wylewam na nią pachnący płyn i wcieram w jej idealne ciało. Mruczy pod nosem, przechyla głowę i pozwala mi na pieszczoty. Muskam jej szyję, a gąbka wędruje na jej piersi, drażniąc sutki. Nie mija dużo czasu, a Freya wierci się niespokojnie, niechcący co rusz mnie pobudzając - Rozchyl nogi i ułóż je po bokach moich - niepewnie wykonuje moje polecenie, dzięki czemu mam do niej całkowity dostęp - Oprzyj się o mnie - szepczę jej na ucho, przytula plecy do mojego torsu i zamyka oczy - Nie myśl o niczym, odpręż się i skup na przyjemności - sunę dłonią w dół, zahaczając o zaróżowiony sutek, ale nie poświęcam mu zbyt dużo czasu. Docieram do interesującego mnie miejsca, które badam z ciekawością. Dopiero teraz zastanawiam się nad tym, czy Freya pamięta orgazm, który zafundowałem jej, kiedy była schlana. Wnioskuję, że nie ma o tym pojęcia, skoro o tym nie wspominała. Znając ją, na pewno by to zrobiła - Może nie powinienem pytać, ale... kiedy ostatnio uprawiałaś seks?
- D-dwa... - jąka się, wyginając ciało pod wpływem moich ruchów. Ależ jest wrażliwa - ... lata temu.
- Mówisz poważnie? - pytam szczerze zaskoczony, a ona przytakuje. Kurwa, to wręcz niewiarygodne! - Jakim cudem, hmm? Jesteś taka piękna, niesamowita, urocza. Powinnaś mieć chłopaków na pęczki.
- N-nie miałam - oplata palcami mój nadgarstek, bardziej napierając na moje palce - Och, tak mi dobrze!
- A będzie jeszcze lepiej - zaprzestaję pieszczot, a Freya łapczywie chwyta oddech. Nie chcę tego przyśpieszać, chcę się tym delektować - Ochłoń, za moment wszystko zacznę od nowa. Powoli, aniołku.
- To nie jest powoli, Justin, to pieprzone tortury! - mówi oburzona, odwraca się w moją stronę, aż woda wylewa się z wanny, i siada na mnie okrakiem, prawie wciskają mojego fiuta w swoją cipkę. Kurwa mać! - Och, przepraszam - zasłania usta dłonią, a ja wybucham śmiechem. To było słodkie jak cholera!

- Nic nie szkodzi, zaraz i tak będzie w środku - puszczam jej oczko, pochylam się i pociągam za jej dolną wargę. W nagrodę dostaję przeciągły, seksowny jęk - Nie masz pojęcia, jak bardzo na mnie działasz, kochanie. Pragnę cię - podnoszę się, biorę ją na ręce i opuszczam wannę. W marszu chwytam ręcznik, wchodzę do sypialni i stawiam ją na nogach, aby osuszyć jej ciało. Nie spuszcza ze mnie wzroku, przygląda się moim tatuażom, po czym dotyka palcem tego na obojczyku. To data urodzenia mojej matki.
- Są piękne. Wszystkie - uśmiecha się lekko, przysuwa i prześlizguje językiem po moim torsie. Chryste!
- Wykończysz mnie, zanim do czegokolwiek dojdzie - kręcę głową, odrzucam ręcznik i układam ją na wielkim łóżku - Mam ochotę na długą, intensywną grę wstępną. Dasz radę wytrzymać, maleńka?
- W życiu nigdy, nie dzisiaj - wsuwa palce w moje włosy, unosi głowę i zachłannie wpija się w moje usta.
- Nie dzisiaj - powtarzam, rozchylam jej nogi i układam się między nimi. Freya unosi biodra, zachęcając mnie, kusząc, a ja nie mogę dłużej czekać. Nie rozłączając naszych ust, wsuwam się w nią powoli. Mam wrażenie, jakby właśnie trzasnął mnie piorun i sparaliżował moje ciało. To uczucie, kiedy Freya zaciska na mnie swoje mięśnie, to ciepło, wilgoć, ciasnota, doprowadzają mnie do obłędu. Zaczynam się poruszać, wbijam się w nią, a ona jęczy wprost w moje usta, tuli mnie do siebie i głaszcze po plecach. W tym momencie wiem już, że przepadłem. Uzależniła mnie od siebie, a to będzie moją pieprzoną zgubą.


Budzi mnie ruch obok. Leniwie uchylam powieki, ziewam i przekręcam głowę, aby spojrzeć na poduszkę obok, na której śpi Freya. Przekręciła się na brzuch, a włosy zasłaniając mi widok jej pięknej twarzy. Uśmiecham się pod nosem, ostrożnie odsuwam kilka kosmyków i podziwiam jej uroczy nosek, pulchne usta, długie rzęsy. Wczorajsza noc przeszła wszelkie moje oczekiwania, była niesamowita! Byłem pewny, że po naszej kłótni będzie niezręcznie, ale Freya rozluźniła się, oddała mi się w całości i czerpała przyjemność całą sobą. To był tylko jeden raz, a ja pragnę więcej. Mógłbym nie wychodzić z łóżka, tak cholernie dobrze mi tutaj z tą kruchą dziewczyną. Ma w sobie coś, czego nie ma nikt inny, nawet moja żona. Szlag! Marie! Wyskakuję z łóżka jak z procy, wkładam na tyłek bokserki, chwytam telefon i po cichu opuszczam sypialnię. Kiedy wychodzę na taras i zaciągam się świeżym powietrzem, wybieram numer do mojego pięknego rudzielca. Boże! Moje myślenie zaczyna mnie przerażać i boję się tego, co jeszcze przede mną.
- Justin? - jej zaspany głos wyrywa mnie z zamyślenia - Dlaczego dzwonisz o siódmej trzydzieści?
- Wybacz, nie spojrzałem na zegarek. Chciałem usłyszeć twój głos, perełko. Wiedz, że bardzo cię kocham.
- Wiem o tym, skarbie. Co się dzieje, hmm? Jesteś niespokojny, wyczuwam to. Coś nie tak z Freyą?

- Nie, z nią wszystko w porządku. Wczoraj wylądowaliśmy w łóżku - zapada cisza, a we mnie uderzają wyrzuty sumienia - Wiem, że mam twoją zgodę, ale dopiero teraz dotarło do mnie, co zrobiłem. 
- Najdroższy, nie martw się, dobrze? Kocham cię, należysz tylko do mnie, o czym doskonale wiesz. Robisz to, co do ciebie należy, aby na świat przyszło nasze dziecko. Nie zadręczaj się. Nie pozwalam ci, jasne?
- W-wiem, ale zdradziłem cię, Marie! Pierwszy raz od ślubu spałem z inną kobietą. Nie boli cię to?
- Nie, ponieważ zrobiłeś to w słusznym celu. Kiedy zajdzie już w ciążę, nigdy więcej tego nie zrobisz.
- Nie zrobię - szepczę cicho, a na samą myśl coś przekręca się w moim brzuchu. Nigdy więcej nie dotknę delikatnej skóry Freyi. Nigdy więcej nie skosztuję jej słodkich ust. Nigdy więcej nie zanurzę się w jej ciasnym wnętrzu. Nigdy więcej nie doprowadzę jej do orgazmu i nigdy więcej nie usłyszę jęków, które uwielbiam. Kurwa, jak?! - Kocham cię - schylam głowę, przecieram twarz ręką i próbuję się pozbierać.
- A ja kocham ciebie, Justin. No już, kotku, jestem z tobą. Niebawem będziemy mieć obok siebie coś, na co czekaliśmy od czterech, długich lat. Tylko to się liczy. Jesteś wspaniały, że to dla nasz robisz.
- Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko. Jesteś dla mnie najważniejsza na całym, pieprzonym świecie.
- Wiem, dlatego za ciebie wyszłam. A teraz zmykaj do łóżka, prześpij się jeszcze. Rób swoje, dobrze?
- Jasne, skarbie. Zadzwonię później - kończę połączenie, odkładam telefon na barierkę i biorę głęboki oddech. Niech to wszystko szlag. Nie sądziłem, że sytuacja tak cholernie się skomplikuje. 




Freya POV:
Budzi mnie cudowny śpiew ptaków. Przeciągam się, uśmiecham i wystawiam ręce nad głowę. Jestem sama, Justina nie ma obok, a po domu rozchodzi się zapach świeżo zaparzonej kawy. Mój brzuch daje o sobie znać, powinnam zjeść wczoraj kolację, ale nie dałabym rady nic przełknąć. Noc okazała się bajkowa, intensywna, wspaniała. Justin to niesamowity kochanek, troskliwy, czuły, delikatny, chociaż momentami ponosiło go pożądanie. Dotykam ust, które zachłannie całował i przypominam sobie to, co się wydarzyło. Po naszej wczorajszej kłótni czułam się podle, chciałam rzucić to w cholerę i uciec, chociaż nie mam za co. Zranił mnie, nawet nie wypowiadając słów, które sama sobie dopowiedziałam. Przekaz był jasny.
To był ten moment, w którym powinnam była powiedzieć STOP i zrezygnować, kiedy był jeszcze czas. Teraz było za późno i chociaż wątpiłam, abym zaszła w ciążę po jednym razie, istniała taka możliwość. Nie było sensu zadręczać się tym, co będzie "potem". Jakoś to przetrwam, skoro wpakowałam się w to szaleństwo. Jedyne, czego bałam się najbardziej to zaangażowania. Jak nie zakochać się w facecie, który traktuje kobietę jak księżniczkę? Czułam się przy nim wyjątkowo, kiedy prawił mi komplementy, czy nazywał aniołkiem. Niby nic, a znaczy tak wiele. Moja rola jednak jest jasna, a oprócz dziecka nic nie może nas połączyć. Będzie mi trudno, ale muszę zachować trzeźwe myślenie, zrobić swoje, a potem... odejść.

- Frey? - wzdrygam się na głos Justina, który wyrywa mnie z moich myśli. Przekręcam głowę, aby na niego spojrzeć, a widok jego twarzy oraz ciała odzianego jedynie w bokserki, wywołuje na mojej twarzy palące rumieńce. Ależ on jest gorący! - Dochodzi dziesiąta, powinnaś coś zjeść. Zaparzyłem kawę i zrobiłem śniadanie, masz ochotę? - przytakuję głową, jeszcze raz się przeciągam i opuszczam ciepłe łóżko. Dopiero teraz orientuję się, że nadal jestem naga i wpadam w panikę, w pośpiechu zasłaniając się ogromną kołdrą - Poważnie? Przecież widziałem cię nago, aniołku. I zobaczę zapewne nie jeden raz. Nie wstydź się mnie.
- Jest jasno, Justin! Wczoraj było zdecydowanie za ciemno, żebyś zobaczył wszystko. Odwróć się, proszę.
- Nie ma mowy! - prycha rozbawiony, podchodzi bliżej i jak gdyby nigdy nic, odciąga kołdrę od mojego ciała i rzuca ją na łóżko. Osłaniam to, co najważniejsze, ale to na nic, ponieważ on ma inne plany. Dołączam do kołdry, aż moje plecy odbijają się od materaca, a Justin siada na moich udach - Jesteś przepiękna - oblizuje usta, oglądając moje piersi i dotykając brzucha - Idealna, słodka, bez skazy. Moja.
- Twoja powiadasz? - przewracam oczami, chwytam jego dłonie i bawię się palcami, które wczoraj sprawiły mi tyle przyjemności - Nie jestem twoja, Justin, ale nie chcę o tym rozmawiać i psuć sobie humoru.
- I słusznie, ponieważ nie chcę widzieć cię smutnej, jasne? - mruży oczy, robiąc śmiesznie groźną minę.
- Jasne! A teraz mnie nakarm, bo jeszcze chwila, a padnę z głodu. Chyba tego nie chcesz, prawda?
- Oczywiście, że nie! - zrywa się na równe nogi, bierze mnie na ręce i zanosi wprost do kuchni. Wariat.


Po śniadaniu wybieramy się na długi spacer po lesie. Pogoda jest piękna, wieje lekki wiatr, słońce przedziera się przez korony drzew, a towarzystwa dotrzymują nam ptaki. Chłonę ten raj całą sobą, delektuję się zapachem lasu oraz świeżym powietrzem, które tak bardzo różni się od tego w centrum miasta. Nie ma tutaj dosłownie nic, oprócz zieleni, co sprawia, że chce się zostać w tym miejscu na zawsze. Okolica, jak i dom Justina zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nawet zazdroszczę mu tego, że może przyjechać tutaj w każdej chwili i odpocząć od zgiełku miasta. Ja mogę jedynie o tym pomarzyć, chociaż chwila... czy nie zaproponował mi za urodzenie dziecka pół miliona dolarów? Tak, zdecydowanie mi się to nie przyśniło i naprawdę niebawem mogę mieć moje upragnione poczucie bezpieczeństwa i stabilizację, do której nie udało mi się dojść samej. Widocznie jestem do niczego, skoro nie potrafiłam znaleźć cholernej pracy. Nie chcę zadręczać się tym, jak źle postępuję, zdobywając pieniądze w taki sposób. Gdybym pozwoliła moim myślom działać, skończyłabym z załamaniem, użalając się nad sobą.

Do domu wracamy kilka minut po trzynastej. Jestem zaskoczona widokiem białego SUV-a stojącego na podjeździe. Nim mam szansę zapytać Justina, do kogo należy ów fura, z domu wychodzi ruda piękność. Jego żona. Na widok męża jej twarz rozświetla piękny uśmiech, rzuca się w naszą stronę i wpada w jego rozchylone ramiona. Mam wrażenie, jakbym grała w kiepskiej, meksykańskiej telenoweli.  




piątek, 24 sierpnia 2018

Rozdział szósty


Justin POV:

Soję naprzeciwko dwóch młodych, pijanych dziewczyn, a w salonie panuje cisza, jak makiem zasiał. Przeskakuję wzrokiem na jedną i drugą damę, próbując dojść do tego, która jest w gorszym stanie. Brunetka chyba całkiem nieźle się trzyma, chociaż musi przytrzymać się ściany. Freya natomiast gapi się
na mnie jak sparaliżowana, a jej policzki pokrywają rumieńce. Widok jej podchmielonych oczu wcale mi się nie podoba. Nie sądziłem, że jest w stanie wypić aż tyle, a spuściłem ją z oczu tylko na jeden dzień!

- O k-kurwa - brunetka czka zabawnie, patrząc na mnie jak na okaz w zoo - T-ten twój żigolo to kawał
s-seksownego skurczybyka - chichocze pod nosem, szturcha Frey w bok i teraz obie wybuchają śmiechem - Cholera! M-może mnie też c-chcesz zapłodnić? Jesteś gorący! - zaciskam usta, przenosząc wzrok na blondynkę. Nie powinna wspominać o naszej umowie nikomu, a tym bardziej po pijanemu!
- Koniec imprezy, do spania. Obie! - brunetka parska śmiechem, Freya wręcz przeciwnie, złości się.
- N-nie będziesz mi mówił, c-co mam robić! Jestem dorosła, m-mogę robić wszystko, co tylko chcę!
- Nie zachowuj się jak dziecko - karcę ją, podchodzę bliżej i jednym ruchem przerzucam przez ramię. Do czego to doszło, żebym niańczył dwie buntowniczki? - Ty również - chwytam brunetkę pod ramię i prowadzę do sypialnie gościnnej. O dziwo nie kłóci się ze mną, nie protestuje i posłusznie wykonuje moje polecenie. Kiedy chwilę później kładzie się do łóżka, a przewieszona przez moje ramię Frey, zaczyna uderzać w moje plecy, zasypia niemal natychmiast - Jeden problem z głowy - gaszę światło, idę przez korytarz i docieram do sypialni Freyi. Stawiam ją na nogach i przytrzymuję, aby nie wywinęła orła - Jutro sobie z tobą porozmawiam. I zapewniam cię, moja droga, to nie będzie przyjemna rozmowa.

- Z-zachowujesz się jak słodki tatuś - orzesz w mordę, co takiego?! W ostatniej chwili powstrzymuję się, żeby nie wybuchnąć śmiechem! - Jestem twoją małą dziewczynką? - robi słodką minkę, chwyta mój krawat i przyciąga mnie do siebie - Może powinnam założyć różową spódniczkę i zakolanówki, hmm?
- Nie rajcują mnie takie rzeczy, aniołku. Gdybyś założyła pończochy i prześwitującą koszulkę, wtedy miałbym problem z opanowaniem żądzy - przygryza wargę, sunie palec po moim torsie i odpina trzy guziczki, aby wsunąć dłoń pod spód. Jej dotyk działa na mnie niczym porażenie piorunem, a kiedy dotyka sutka, ściskając go mocno, tracę głowę. Rzucam ją na łóżko, układam się na jej ciele i wpijam w kuszące usta. Oddaje pocałunek bez zawahania, wpycha język w moje usta, a dłonie układa na moich pośladkach, dociskając mnie do siebie jeszcze bliżej. Mam ochotę wziąć ją tu i teraz, pieprzyć, wydusić z niej krzyk, ale otrzeźwia mnie myśl, że jest pijana. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wykorzystał ją w takim stanie, a zapewne i ona byłaby wściekła - Stop - odsuwam się, próbując złapać oddech. Freya patrzy na mnie z podnieceniem, podsuwa bluzkę do góry i pozbywa się jej, po czym odpina stanik, a moim oczom ukazują się jej piersi. Przysięgam, że są piękne! Dotykam delikatnej skóry, pieszcząc ją i poznając. Freya zamyka oczy, przechyla głowę na bok i wpycha piersi w moje dłonie. Jej sutki wręcz do mnie śpiewają, tak rozkosznie różowe, sterczące, błagające o dotyk. Jakim cudem mam się powstrzymać, skoro oddaje mi siebie jak na tacy? - Powinnaś się położyć - nie rozpoznaję swojego własnego głosu. Schrypnięty, przepełniony pożądaniem działa na tą młodziutką dziewczynę, bo już po chwili ponownie czuję jej usta na swoich. Chociaż bardzo chcę znaleźć się między jej nogami i wziąć to, na co mam ochotę, nie mogę posunąć się dalej. Niestety Freya po pijaku jest strasznie nachalna i za cholerę nie pozwala mi się od siebie odsunąć - Nie przelecę cię, jesteś pijana - burczę pod nosem, odchylając głowę. Marszczy brwi zaskoczona, a w jej oczach tańczą ogniki złości. Muszę przyznać, że w tym wydaniu jest równie piękna i słodka.
- A-ale dlaczego? Przecież i tak będziemy się pieprzyć, prawda? A ja jestem teraz taka napalona. Proszę?
- Nie proś mnie o coś, czego będziesz jutro żałować - wzdycham ciężko, podnoszę się i przesuwam ją na poduszki. Ponownie przyciąga mnie do siebie za krawat, nie dając spokoju - Jesteś tak kurewsko nieznośna, kiedy wypijesz - zaciskam zęby, zsuwam z niej krótkie spodenki i bezczelnie wkładam dłoń pod jej bieliznę. To niesamowite, jak bardzo jest podniecona, a kiedy moje palce stykają się z wrażliwym punktem, jej biodra strzelają w górę, a z ust uciekają jęki, od których mój fiut chce przebić spodnie. Jasna cholera, nie mogę doczekać się chwili, kiedy będę miał ją pod sobą. To będzie coś niesamowitego.


Wracam do domu grubo po północy. Upewniłem się, że dziewczyny śpią i dopiero wtedy postanowiłem je opuścić. Zamknąłem mieszkanie na trzy spusty, wsiadłem w samochód i wróciłem tam, gdzie jest moje miejsce. Ku mojemu zaskoczeniu, Marie nie spała, czekała na mnie z kubkiem mleka i szlafroczku, który praktycznie nic nie przykrywał. Po akcji z Freyą wciąż byłem nabuzowany jak diabli, więc olałem wszystko i wziąłem swoją żonę na blacie w kuchni. Nie narzekała, wręcz przeciwnie, wzięła wszystko, co chciałem jej dać i właśnie za to tak bardzo ją kochałem. Była piękną, pewną siebie kobietą, która całkowicie zawładnęła moim życiem. Mój świat kręcił się wokół niej i pracy, ale to ona zawsze była i będzie na pierwszym miejscu. Dlatego, kiedy poprosiła mnie o to, abyśmy poszukali odpowiedniej surogatki, zgodziłem się bez wahania. Marie pragnęła zostać matką, a skoro to nie było możliwe, postanowiliśmy poszukać innego sposobu. Tak oto od roku szukaliśmy gdzie się dało, po drodze nie jeden raz spotykając się z rozczarowaniem. Do czasu, aż na mojej drodze nie stanęła Freya, a Marie oszalała. Nie dziwiłem się, ponieważ Freya była piękna, młoda i zdrowa. Idealna kobieta do urodzenia naszego dziecka. Mimo tego, iż chciałem dla żony jak najlepiej, bywały chwile, kiedy dopadały mnie wrzuty sumienia. Jak wtedy, kiedy musiałem przekupić wszystkich, aby nie przyjęli Freyi do pracy. To okrutne z naszej strony, ale jednak okazało się dobrym posunięciem. Oby Freya nigdy się o tym nie dowiedziała, byłaby wściekła!
- Co się stało? - Marie przerywa ciszę, która panuje od kilku minut. Sunie palcem po moim torsie, kreśli wzorki i patrzy mi w oczy - Wróciłeś do domu podniecony, czy to przez Freyę? Wiesz, że masz moją zgodę.
- Wiem, kochanie, ale nie mogłem tego zrobić. Fakt, podnieciła mnie, ale była strasznie pijana.
- Jak zawsze zachowujesz się jak dżentelmen - przewraca oczami, jednym ruchem siada na mnie, a jej spojrzenie przygniata mnie do materaca - Czasami trzeba porzucić dobre maniery, jeśli chcemy osiągnąć cel, prawda? - marszczę brwi, zastanawiając się nad jej pytaniem. Przecież nie mógłbym skrzywdzić Freyi!
- Owszem, ale seks pod wpływem alkoholu to zły pomysł. Sama pomyśl, skarbie. Przecież ta dziewczyna urodzi nasze dziecko, tak? Co by o mnie pomyślała, gdybym wykorzystał ją, a ona być może nie będzie tego nawet pamiętać? Nasze stosunki uległyby zmianie, a Freya jest nam bardzo potrzebna. Mam rację?
- Tak, masz. Czasami po prostu chcę iść za ciosem, ale to ty myślisz racjonalnie, sprowadzając mnie na ziemię. Masz rację, Freya jest nam potrzebna, dlatego musisz być ostrożny i dobrze ją traktować.
- Uwierz mi, robię, co w mojej mocy, aby wymazała z głowy nasze pierwsze spotkanie i mnie polubiła.
- Ja myślę, że ona już cię polubiła. Kiedy u nas była, trzymała się ciebie bardzo blisko, jakbyś był jej punktem bezpieczeństwa. Pamiętaj, kochanie... masz zrobić jej dziecko. Bzykaj ją tak długo, aż się uda, pozwalam ci na to, jednak nie pozwalam, abyś się w niej zakochał, rozumiesz? - chwyta moją szczękę, zaciska własną i posyła mi to spojrzenie, które doskonale znam - Nigdy cię jej nie oddam, Justin.
- Przecież wiesz, że kocham tylko ciebie i to ciebie chcę! - przekręcam ją, układam na łóżku i napieram na jej ciało, ponownie zanurzając się w jej wnętrzu - Należysz tylko do mnie, Marie. To się nigdy nie zmieni. 


Piątek w pracy to istna katorga. Przed weekendem zawsze jest mnóstwo pracy i osób, które muszą psuć mi krew swoimi wywodami i marudzeniami. Tak jest i w tym wypadku, kiedy pieprzony Franco Murray nadal kwestionuje mój pomysł na trójkątny budynek. Mam ochotę walnąć go w ten łysy łeb nakryty tupecikiem, żeby wreszcie zrozumiał pewne kwestie odnośnie tego budynku. Ma być to szklany apartamentowiec z dziewięćdziesięcioma sześcioma piętrami. Budynek dla zamożnych ludzi, którzy cenią sobie piękny wygląd oraz wygodę. Mój projekt to sztos, ale Franco ma na ten temat inne zdanie. Jaka szkoda, że akurat w tym projekcie muszę brać pod uwagę jego zdanie, które, szczerze mówiąc, mam głęboko w dupie. Że też ojciec musiał mi go wcisnąć po "znajomości". Nienawidzę ludzi, którzy chcą wybić się na moim nazwisku.
- Myślę, że nasze spory nie mają najmniejszego sensu - Samantha przerywa wywód Franco, który ponownie wygłasza całe mnóstwo bzdetów odnośnie kształtu budynki - Skoro nie możemy dojść do porozumienia, a inwestorów w tym przypadku jest sześciu, może powinniśmy zrobić głosowanie? - Franco wybałusza oczy, spoglądając niepewnie na pozostałych. Jak widać Sam wyciąga cięższe działa - Co o tym myślicie?
- Jestem za - unoszę palec, a za mną podąża pozostała piątka. Franco milczy jak grób - Świetnie! Więc prosta piłka; kto jest za budynkiem w kształcie trójkąta? - jak poprzednio, piątka osób głosuje za, jedynie Franco patrzy na nas spod byka - Dziękuję, praca z wami to czysta przyjemność - uśmiecham się jak zwycięzca, który niebawem zgarnie kupę kasy za szklane cacko.





Freya POV:

Na uczelni spędzam praktycznie większość dnia. Zwijam się, kiedy dochodzi siedemnasta. Człapię na przystanek, upjam kilka łyków wody i wzdycham na uporczywy ból głowy, który męczy mnie od samego rana. Zachciało mi się pić, więc mam za swoje! Że też Ronnie zawsze namówi mnie na coś, czego potem muszę żałować. Byłoby bosko, gdybym nie musiała dzisiaj podnosić tyłka z łóżka, niestety życie jest okrutne i z bólem wysiedziałam tyle godzin na uczelni, męcząc się niemiłosiernie. Co dziwne, moja przyjaciółka wyglądała o wiele lepiej niż ja, a uśmiech wręcz nie schodził jej z twarzy. Pozazdrościć! Ja czułam się jak przejechana przez walec, albo przeżuta i wypluta. Coś strasznego! Nigdy więcej.
- Hejka - Samuel materializuje się obok mnie, prawie przyprawiając o zawał serca - Słabo wyglądasz.
- Serio? Dzięki za komplement, stary. Wiedziałam, że zawsze mogę na ciebie liczyć. Nie zawiodłam się.
- Miałem na myśli to, że wyglądasz jakbyś wypiła studnię alkoholu, Frey. Zaszalałaś wczoraj, co?
- Odrobinkę, ale żyję. Jeśli mogę dać ci małą radę, nie kumpluj się z Ronnie. Uwielbia pić w czwartki.
- Okej, będę trzymał się od niej z daleka - śmieje się, dołączam do niego, ale moja głowa natychmiast na to reaguje. Ouć! - Mogę podrzucić cię do domu? Zanosi się na deszcz, a ja jestem samochodem. 

- Jasne, dzięki - przechodzimy przez ulicę, Samuel otwiera drzwi od swojej czerwonej Hondy i czeka, aż wsiądę na miejsce pasażera. Nie spodziewałam się, że taki z niego dżentelmen. To już drugi.
- Wiesz... - zaczyna, kiedy uruchamia silnik i opuszcza teren uczelni - Chciałem cię przeprosić za to, że z naszego kina nic nie wyszło - marszczę brwi, zastanawiając się nad tym, co mówi. Z opóźnieniem przypominam sobie jego propozycję, od której minęło jakieś dwa tygodnie - Musiałem wyjechać do babci. Biedaczka się pochorowała, a że mieszka sama, musieliśmy jej pomóc. Nie gniewasz się na mnie?
- Skąd! Jakbym mogła? - wstyd się przyznać, ale już zapomniałam o tym kinie - Jest okej, Sami, serio.
- Cieszę się, bo nawet nie zadzwoniłem, żeby odmówić. Mogę to naprawić? Może jakaś kolacja, hmm?
- Niebawem będę musiała wyjechać na kilka dni z miasta, więc najlepiej, jak na razie nie będziemy niczego planować, dobrze? Dam ci znać, jak uporządkuję kilka spraw i będę miała więcej czasu.
- Świetnie, będę czekał - puszcza mi oczko, a ja myślę, czy dobrze robię, dając mu jakąkolwiek nadzieję.


Samuel podrzuca mnie do mojego starego mieszkania. Planuję zabrać kilka rzeczy, ale i zachować dyskrecję. Cóż pomyślałby sobie mój kolega, gdyby zaparkował pod apartamentem wartym siedemset dwadzieścia tysięcy dolarów? Co miałabym mu powiedzieć? Padłyby pytania, na które nie mogłabym odpowiedzieć. Lubię Samuela, nie chcę zrobić nic, co mogłoby zepsuć naszą koleżeńską relację.
- Dziękuję za podwózkę - wysiadamy z samochodu, Sami podchodzi do mnie i chwyta moją dłoń.
- Lubię cię, Frey, dobrze o tym wiesz - oho, coś się kroi - Podobasz mi się od dawna, chyba od dnia, kiedy zobaczyłem cię w dziekanacie - uśmiecham się na to wspomnienie. Wpadłam na niego z impetem, przewracając na ziemię. Od tego dnia zakolegowaliśmy się, ale nic więcej między nami nie było - Na tej kolacji chcę porozmawiać, dobrze? - przytakuję, a moje przypuszczenia chyba się sprawdzając. Samuel nigdy nie jest poważny, jak teraz - Nie mogę się doczekać - zawstydza się, pochyla i składa na moich ustach buziaka. Ani drgnę, tak bardzo zaskoczył mnie jego ruch - Tak czułem, że twoje usta będą słodkie.

- Jesteś nieznośny - uderzam go w ramię, rumieniąc się na jego słowa - Muszę uciekać. Zdzwonimy się.
- Jasne, mała - cmoka mnie w policzek, wsiada do samochodu i odjeżdża, zostawiając mnie samą.
- Cholercia - szepczę do siebie, kręcę głową i wchodzę do klatki, pokonując schody prowadzące na drugie piętro. Wygrzebuję klucze z torebki, wsuwam w dziurkę i przekręcam dwa razy. Nim mam jednak szanse otworzyć drzwi, ktoś szarpie moje ramię, przypiera mnie do ściany i unieruchamia. Torebka spada na podłogę, a moje ręce wędrują w górę, aż muszę stanąć na palcach. Dopiero, kiedy unoszę głowę i spotykam brązowe tęczówki, które wręcz mnie mordują, dociera do mnie fakt, iż Justin musiał być świadkiem sceny na dole. Szlag! Nie jest dobrze! - H-hej. Co ty tutaj robisz? Nie powinieneś być w...
- Nie! - przerywa mi brutalnie, nie pozwalając dokończyć - Co to miało być, Freyo? Pieprzysz się z nim?
- Zwariowałeś?! - próbuję się wyrwać, na co mi nie pozwala, dodatkowo wzmacniając uścisk - Justin!
- Co?! - podnosi głos, czego nigdy wcześniej nie robił. Rozgląda się, czy przypadkiem nikt nie był świadkiem naszej kłótni, po czym wpycha mnie do mieszkania, trzaskając drzwiami - Kim był ten chłopak, co?
- Samuel jest moim kolegą, studiujemy razem. Dlaczego do cholery jesteś tak wściekły? O co ci chodzi?
- Jeszcze pytasz?! Pocałował cię! - och, więc o to się rozchodzi? - Nie miał do tego żadnego prawa!
- A ty masz do tego prawo? - zakładam ręce na piersiach, unoszę brodę i odważnie patrzę mu w oczy.

- Oczywiście, że mam! Będziesz biologiczną matką mojego dziecka, więc przez najbliższe dziewięć miesięcy należeć będziesz tylko do mnie Freyo, zakoduj to sobie w głowie! - jego słowa są dla mnie jak policzek, niemal czuję pieczenie na skórze. Przez okres ciąży będę jego własnością, a po urodzeniu dziecka wyrzuci mnie jak zużytą rzecz. Jestem jedynie brzuchem do wynajęcia, nikim więcej. Wiedziałam o tym, jednak usłyszenie tego ot tak, zabolało jak diabli - Freyo? Jesteś blada jak ściana! - dopada do mnie, przytrzymuje w ostatnim momencie, nim moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa - Mów do mnie, aniołku! Błagam! - sadza mnie na kanapie, patrzy przerażony, a w jego oczach widzę odbicie siebie samej. W co ja się wpakowałam, do jasnej cholery? Poleciałam na pieniądze, nie myśląc o tym, jak bardzo odbije się to na mojej psychice. Urodzę dziecko, oddam je i zostanę sama. Czy jestem w stanie to zrobić? - Kochanie, proszę. Powiedz cokolwiek - siada obok, wciąga mnie na swoje kolana i przytula, kołysząc na boki - Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam. Nie powinienem był tego mówić, jestem takim idiotą!
- Chcę zostać sama - szepczę ledwo słyszalnie, zsuwam się z jego kolan i zamykam się w drugim pokoju.





sobota, 18 sierpnia 2018

Rozdział piąty


Freya POV:

Przesypiam noc w apartamencie Justina, a przynajmniej staram się spać. Moją głowę atakują myśli, które nie dają spokoju. Przypominam sobie nasze niefortunne pierwsze spotkanie, potem drugie i wreszcie rozmowę w kawiarni. Opowiadał mi o swojej żonie z ogromnym uwielbieniem, więc musi ją bardzo kochać. Słuchałam ze smutkiem o ich trudnej sytuacji, o tym, że nie mogą mieć dzieci. Jego żona jest bezpłodna, bez najmniejszych szans na potomka. Oczywiście nie poddawali się, próbowali różnych metod, które okazały się fiaskiem. Dopiero rok temu podjęli decyzję, aby obca kobieta obdarowała ich dzieckiem. Szukanie okazało się trudniejsze, ponieważ zdarzało się, że kandydatki znikały po wpłaceniu pierwszej raty pieniędzy. Nie wierzyłam, że można być tak podłym, a Justin zapewnił mnie, że jeszcze mało w życiu widziałam. Pewnie miał rację. Ja nigdy nie byłabym w stanie nikogo oszukać, chyba mam za miękkie serce. Podjęłam decyzję i miałam zamiar doprowadzić sprawę do końca. Może nie czułam się z tym dobrze, ponieważ robiłam to dla pieniędzy, ale innego wyjścia nie miałam. Szukanie pracy okazało się kompletną porażką, Olivier się na mnie wypiął, tak samo, jak rodzice i kwestią czasu było to, że wyląduję na ulicy. Moje życie skomplikowało się w przeciągu pieprzonych dwóch tygodni i zabrakło mi już sił na walkę. 

Przez kolejny tydzień poznajemy się z Justinem nieco bliżej. Spotykamy się codziennie, dużo rozmawiamy i opowiadamy sobie o swoim życiu. Tak oto dowiaduję się, że mężczyzna siedzący przede mną, ma dwójkę rodzeństwa; dziewiętnastoletnią siostrę Charlotte oraz dwudziestodwuletniego brata Tobiasa. Jest z nimi bardzo zżyty i obiecuje, że pewnego dnia ich poznam. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł.
Dowiaduję się trochę więcej o jego firmie. Oczywiście po naszym spotkaniu poszperałam w internecie i wiem już, że świetnie mu się wiedzie. Opowiada o budynkach, które postawił, a w jego oczach dostrzegam dumę. Słucham tego jak zaczarowana, obserwując jego ogromny entuzjazm, a jego głos to melodia dla moich uszu. Jest tak łagodny, miły, że mogłabym go słuchać godzinami i nigdy by mi się nie znudziło.
Kiedy przychodzi kolej na mnie, robi się gorzej. Ograniczam informacje o sobie do minimum. Opowiadam o Ronnie, o studiach i rodzicach, którzy są teraz Bóg wie gdzie. Nie mówię mu, że porzucili mnie z dnia na dzień i mają gdzieś. Litość to ostatnie, czego od niego potrzebuję.

O dziesiątej zjawiamy się w prywatnej klinice, na badania, które mnie czekają. Niewiele wiem o metodzie In Vitro, ale skoro tutaj trafiłam, chyba będę w dobrych rękach. Oby tylko wszystko się udało.
- Chyba trochę się boję - szepczę do Justina, który siedzi obok mnie - Wiesz, całej tej procedury.
- Jakiej procedury, Freyo? - marszczy brwi, uważnie mi się przyglądając - Nie krępuj się, mów śmiało.
- No wiesz... tak naprawdę nie mam pojęcia, o zapładnianiu metodą In Vitro. A ty? Robiliście to z żoną?
- Chodź - podnosi się nagle, ciągnie mnie za rękę i wychodzi przed klinikę. Jestem zdezorientowana jego zachowaniem - Aniołku - uśmiecha się, ujmuje moją twarz w dłonie i przysuwa się, patrząc mi w oczy - Nie masz powodu do niepokoju, ponieważ przez cały czas będę przy tobie, tak? - przytakuję, a w moim sercu rodzi się dziwne ciepło. Jest taki troskliwy i dobry. Nie znamy się dobrze, a on traktuje mnie jak kogoś, kto jest dla niego ważny. Może to złe, ale... podoba mi się to - Popełniłem błąd, nie wspinając o tym. Nie jesteśmy tutaj po to, aby zapłodnić cię In Vitro, Freyo. Jesteśmy tutaj po to, aby zrobić podstawowe badania i dowiedzieć się, czy jesteś zdrowa - marszczę brwi, zbita z tropu. O co tu chodzi? - Będziemy współżyć, aby zrobić dziecko - po tych słowach opada mi szczęka! Gapię się na niego jak na ducha, ponieważ nie dowierzam w to, co właśnie powiedział. Mam się z nim piep... koch... bzy... kurwa!
- A-ale ty masz żonę - jąkam się, odsuwam gwałtownie i wsuwam palce we włosy - Chryste! To żart?
- Nie, Freyo. Marie dała mi swoje przyzwolenie. Nie robię nic, na co ona sama nie wyraziłaby zgody.
- Chwila! Chcesz mi powiedzieć, że twoja żona tak po prostu pozwoliła ci uprawiać ze mną seks?
- Dokładnie tak - wzrusza ramionami, jakby to była błahostka. Jasna cholera, co jest z tymi ludźmi nie tak?! - Uwierz mi, metoda In Vitro w naszym przypadku niestety się nie sprawdza. Próbowaliśmy nie jeden raz - chwyta moją dłoń, przysuwa do ust, po czym składa na niej czułego buziaka - Dziękuję ci za to, że się zgodziłaś. Za możliwość zostania ojcem, Freyo. Nie masz pojęcia, jakie to dla mnie ważne. Jesteś niesamowita - coś ściska mnie za gardło, nie pozwalając na żadne słowa. Justin przytula mnie do siebie mocno, a ja moczę łzami jego białą koszulę. W co ja się właściwie wpakowałam?


Pielęgniarka pobiera mi krew, a ginekolog Dorothy bada z każdej strony. Przez chwilę czuję się wręcz jak przedmiot, a raczej przyszły inkubator, ale Justin dodaje mi otuchy uśmiechem i jakimś cudem udaje mi się przez to przejść. Po wszystkim zabiera mnie na miasto i pokazuje kilka mieszkań, które udało mu się znaleźć. Odwiedzamy każde z nich, ale mnie urzeka to najmniejsze, chociaż ma pieprzone sto trzydzieści pięć metrów! To dla mnie zdecydowanie za dużo, jednak Justin nie słucha moich protestów, aby poszukać czegoś mniejszego. Po prostu je kupuje, wydając jedynie siedemset dwadzieścia tysięcy dolarów. Prawie dostaję zawału, słysząc cenę, ale nie komentuję, ponieważ spojrzenie Justina mi na to nie pozwala. Patrzy na mnie tak, jakby wygrał los na loterii, a przecież nawet nie jestem jeszcze w ciąży! Obłęd.
- Wiesz... - zaczynam niepewnie, podchodząc do wielkich okien w moim nowym mieszkaniu - A jeśli ze mną również jest coś nie tak i nie będę w stanie dać ci dziecka? Za wcześnie kupiłeś to mieszkanie, Justin.
- Po pierwsze; jestem pewny, że wszystko się uda. Po drugie; jeśli nie, mieszkanie i tak jest twoje.
- Nie ma mowy! Chyba zwariowałeś! Nie zgadzam się, upadłeś na mózg i robisz głupie rzecz... - nie kończę, jego usta skutecznie mnie uciszają. To niedorzeczne, że całuję się z żonatym mężczyzną! 


Po południu cały komplet badań jest gotowy. Nie dziwi mnie fakt, że robiono je na cito. Ja muszę czekać kilka dni, Justin jest wręcz jak VIP, który ma wszystko na już. Rozumiem jednak, że czas nas nagli. Starali się o dziecko długie, cztery lata, skoro przydarzyłam im się ja, chcą mieć to z głowy. I dopiero teraz zaczyna przerażać mnie myśl, iż będę musiała pójść z Justinem do łóżka. Nie to, że mnie nie pociąga, ponieważ jest cholernie przystojny i seksowny, ale jak to będzie wyglądało? Jak będę czuła się po wszystkim? I co najważniejsze; jak spojrzę mu w oczy następnego dnia? Czuję, że to będzie krępujące.
- Proszę, usiądźcie - Dorothy wskazuje na dwa fotele naprzeciwko swojego biurka, które zajmujemy. Zakłada na nos okulary, studiuje wyniki, a ja siedzę jak na szpilkach. A co, jeśli wszystkie plany pójdą w łeb? - Wygląda na to, że jesteś zdrowa jak ryba, Freyo - Justin ściska moją dłoń, posyłając mi szeroki uśmiech - Wyniki są świetne, wszystko w normie. Z naszej rozmowy wynika, że twoje dni płodne wypadają od soboty. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć powodzenia i korzystać jak najwięcej. Do roboty!
- Dziękujemy, pani doktor. Będziemy używać, aż padniemy - kurwa! On powiedział to na głos?! Zaraz spłonę żywcem - Mam nadzieję, że zobaczymy się niebawem - żegnamy się, opuszczamy klinikę i wsiadamy do samochodu Justina - Mam dla ciebie pewną niespodziankę, chociaż nie wiem, czy ci się spodoba - spoglądam na niego z niepokojem. Przekonałam się, że jego pomysły bywają szalone.

Kilka minut później, Justin parkuje przed ogromnym domem. Jest piękny! Biały, z czerwonym dachem oraz wypielęgnowanym ogródkiem. Nigdy w życiu nie obracałam się w wyższych sferach. Moi rodzice zapewniali mi najpotrzebniejsze rzeczy, wiodło nam się na poziomie, ale to, czego mam okazję teraz doświadczać, zaczyna mnie nieco przytłaczać. Nie pasuję tutaj, do tego świata, przepychu, bogactwa. Jestem za skromna, nie wiem, jak mam się zachować. Niepewnie spoglądam na Justina, który chwyta moją dłoń i prowadzi prosto do drzwi, które uchyla i zaprasza do środka. Wnętrze robi jeszcze większe wrażenie. Czuć domową atmosferę, jest przytulnie, kobieco, tak... rodzinnie. Na samą myśl o rodzicach chwyta mnie skurcz w brzuchu. Nie mam nikogo oprócz Ronnie, a ta myśl już zawsze będzie dla mnie bolesna.
- Och, jesteście! - wzdrygam się na rozchodzący się po domu piskliwy głos. Podnoszę głowę, a moim oczom ukazuje się kobieta, którą już widziałam. To rudowłosa piękność z bankietu - Witaj, jestem Marie - ściska moją dłoń, a potem po prostu przytula do siebie. Mam ochotę brać nogi za pas! - Miło cię wreszcie poznać.
- Panią również - wysilam się na uśmiech i próbuję schować skrępowanie do kieszeni - Macie piękny dom.
- Dziękujemy. Od teraz jego drzwi są dla ciebie zawsze otwarte, Freyo. Nie masz pojęcia, jak wiele dla nas robisz - zasłania usta dłonią, a w jej oczach lśnią łzy - Tak wiele straconego czasu, strachu, oczekiwań, łez i... nic. Po prostu wielkie nic. Nie potrafię dać dziecka własnemu mężowi! To tak bardzo boli.
- Kochanie - Justin bierze ją w ramiona, przytula mocno i pociesza. Widok ich dwójki działa na mnie niczym zimny prysznic, otrzeźwiając. Co ja wyprawiam, na Boga?! Mam zamiar wejść między dwójkę ludzi, którzy się kochają i tak po prostu przespać się z mężem tej pięknej kobiety? Nie mogę tego zrobić! To złe, 
podłe, niewłaściwe! Justin nigdy nie powinien był składać mi takiej propozycji - Już dobrze?
- Tak, przepraszam. Mazgaję się przed uroczą dziewczyną, która zgodziła się zrobić coś tak odważnego. 
- Nic się nie stało, rozumiem panią. Na pewno wszystko się ułoży i wreszcie zostaniecie rodzicami.
- Mów mi po imieniu. Freyo. Może zostaniemy przyjaciółkami? - obejmuje mnie ramieniem, prowadzi na piękne patio z widokiem na ogród i basen. Nie wyobrażam sobie, abym mogła zaprzyjaźnić się z kobietą faceta, który ma zamiar mnie zapłodnić. To byłby bardzo niezdrowy trójkąt.


Wieczorem Justin odwozi mnie do mojego nowego mieszkania. Po drodze zajechaliśmy do tego starego, spakowałam wszystkie swoje ubrania, a firma transportowa dowiezie resztę bibelotów, których nie mam zbyt wiele. Jak dobrze, że dzisiaj czwartek, do weekendu już blisko. W planach mam zaprosić Ronnie, aby odreagować ostatnie dni i napić się procentów. Potrzebuję tego, jak i babskiego towarzystwa.
- Spotkanie z Marie chyba nie było dobrym pomysłem, prawda? Widziałem, że byłaś skrępowana.
- Tak, masz rację. Nie spodziewałam się, że zabierzesz mnie do swojego domu i poczułam się tam dziwnie.
- Przepraszam. Jeśli nie chcesz, nie musisz widywać się z moją żoną. Przynajmniej do czasu, aż nie zajdziesz w ciążę - spoglądam na niego zaskoczona, rozmyślając nad pewną rzeczą - Freyo? O co chodzi?

- Do czasu, aż nie zajdę w ciążę? To znaczy, że jak już zajdę, będę musiała się z nią częściej widywać?
- Cóż, znając moją żoną, zapewne będzie chciała wiedzieć, jak czujesz się ty i dziecko. To normalne.
- Owszem, ale mam swoje własne życie. Nie mam zamiaru niczego w nim zmieniać, bo będę w ciąży.
- Nie martw się o to na zapas, dobrze? Skupmy się na tym, aby zrobić dzidziusia - podchodzi do mnie, uśmiechając się chytrze - Mam propozycję - o, Boże! Kolejną?! - Och, twoja mina mówi wszystko, aniołku - śmieje się głośno, pociera swoim nosem o mój i cmoka jego czubek. Jezu, gdzie znaleźć takiego faceta? Robią ich może na zamówienie? - Chcę zabrać cię z miasta na kilka dni, wziąłem już wolne w pracy. Wiesz, potrzebujemy spokoju, ciszy, skupienia, a to miejsce nam to zapewni. Co o tym myślisz?
- Brzmi super, ale przez to opuszczę kilka dni zajęć. Nie lubię robić sobie zaległości, wtedy muszę...
- Ciii - Justin przykłada palec do moich ust, uciszając mnie - Wszystko da się załatwić i mam zamiar to zrobić, abyś skupiła się tylko na mnie, a nie na zamartwianiu się o studia. Zostaw to mnie, dobrze?

- O mój Boże, co zamierzasz zrobić? Chyba nie pójdziesz na uczelnię i nie przekupisz kogo trzeba, huh?
- Jeśli to da ci upragniony spokój, dlaczego nie? - wzrusza ramionami i puszcza mi oczko. Głupek! - Mam chody tu i tam, czasami wystarczy zwykła rozmowa. A jeśli nie pomoże, dam w łapę. Żaden problem.
- Jesteś niemożliwy - kręcę głową na jego metody. Życie jest łatwe, kiedy ma się mnóstwo pieniędzy.
- Jest późno, na pewno chcesz odpocząć. Wpadnę po pracy, żeby sprawdzić, jak się miewasz.
- Nie musisz mnie niańczyć, Justin. Mam dwadzieścia dwa lata, umiem radzić sobie sama. Masz pracę.
- Owszem, ale mam również ciebie. Więc bądź grzeczną dziewczynką i słuchaj starszego, dobrze? 

- Nigdy nikogo nie słuchałam. Nie lubię tego robić - drażnię się z nim, co działa na niego natychmiast. Oblizuje usta, rusza do przodu trzymając mnie blisko siebie, a po chwili dociska do ściany.
- Uwielbiam w tobie tą beztroską stronę, aniołku. Pokazuj mi ją jak najczęściej - po tych słowach miażdży moje usta pocałunkiem, całkowicie odbierając mi oddech. Boję się, że namiesza mi w głowie. 


Nazajutrz Justin musi odwołać swoją wizytę w moim nowym mieszkaniu. Wypadło mu ważne spotkanie, na którym spędzi kilka dobrych godzin. W to mi graj! Zapraszam Ronnie, która wpada obładowana siatkami z niezdrowym żarciem i naszym ulubionym, białym winem. Wieczór zapowiada się wybornie!
- Ja pierdolę, ale luksusy! Nie powiem, facet jest dziany jak indyk na święto dziękczynienia. Fiu, fiu!

- Jesteś walnięta! - śmieję się z niej, zapychając usta kebabem i dopychając sushi - Ale dooobre!
- Się wie! Jak twoja przyjaciółka kupi żarcie, to nie ma chuja we wsi. A propo chuja, kiedy ten boski dżentelmen ma zamiar cię zapłodnić? - jasna cholera, sushi staje mi w gardle, prawie mnie wykańczając!
- Przysięgam, że nadejdzie taki dzień, w którym cię uduszę! Chcesz, żebym przez ciebie wykitowała?
- Nie, skąd! Wtedy nie będzie dzidziusia i seksy żigolo obarczy winą mnie! Co to, to nie, a kysz mi z nim!
- Powinnaś się leczyć - wypijam szklankę wody, a moja przyjaciółka częstuje mnie środkowym palcem.



Justin POV:
Spotkanie wlecze się jak flaki z olejem. Dochodzi dwudziesta druga, jestem zirytowany, głodny, zmęczony i zmartwiony, ponieważ Freya nie odpisała na żadną z moich dziesięciu wysłanych wiadomości. Nie mam pojęcia, czy zasnęła tak wcześnie, czy może coś jej dolega. Czekam, aż moi klienci dojdą do jebanego porozumienia, żebym mógł się stąd ulotnić, podjechać do Frey i wreszcie wylądować we własnym łóżku.

Do mieszkania Freyi wchodzę punkt dwudziesta druga czterdzieści. Otwieram kluczem, który posiadam, wchodzę do salonu i lustruję go z lekkim niedowierzaniem. Panuje mały bałagan, gdzieniegdzie walają się chrupki, orzeszki czy popcorn, a na stoliku stoją trzy butelki wina. Szukam wzrokiem Freyi, której nigdzie nie ma. Cholera, liczę na to, że nie wyszła do klubu w takim stanie! Już mam sięgać po telefon, kiedy wchodzi do salonu w towarzystwie jakiejś brunetki. W momencie, w którym nasze oczy się spotykają, jej mina natychmiast rzednie, a szeroki uśmiech znika. Jasna cholera, ależ się nawaliła!








piątek, 17 sierpnia 2018

Rozdział czwarty


Freya POV:

Justin podrzuca mnie do Ronnie kilka minut po dziesiątej rano. Prosi mnie jednak, abym po spotkaniu wróciła do jego apartamentu, na co się nie zgadzam. Jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji, a już
czuję się, jakbym miała sponsora. Czy właśnie tak będzie to wyglądać? Czy za każdym razem będę czuć
się nieswojo, kiedy zaproponuje coś, co związane będzie z pieniędzmi? Dam radę to przełknąć?
- Nie bądź uparta, Freyo. Mój apartament stoi pusty, możesz w nim nawet zamieszkać. Kiedy się zgodzisz, dostaniesz nowe mieszkanie, takie, które sama wybierzesz - uchylam usta, a jego słowa to niemal jak policzek. Wszystkie wątpliwości właśnie znajdują potwierdzenie - Nie patrz tak na mnie, powiedziałem, że niczego ci nie zabraknie i mam zamiar dotrzymać obietnicy - uśmiecha się czule, odgarnia kosmyk moich włosów i kolejny raz zaskakuje, całując w usta. Tym razem jest to słodki pocałunek, nawet w połowie  nieprzypominającego tego, który miał miejsce wczoraj - Uciekaj do przyjaciółki, zadzwonię później, okej?
- Dobrze - wysilam się na uśmiech, wyskakuję z samochodu jak z procy i wchodzę do kawiarni, rozglądając się w poszukiwaniu Ronnie, która siedzi w rogu sali. Oddycham głęboko, zbieram się na odwagę i wciąż powtarzam sobie w myślach, że dobrze robię - Hejka, przyjaciółko - cmokam ją w policzek, siadam naprzeciwko i przysysam się do kawy, którą dla mnie zamówiła. Czuję w kościach, że będzie ciężko.
- No witam cię, Frey. Wyglądasz o niebo lepiej niż ostatnio. Mam przeczucie, że znalazłaś  pracę!
- Nie - burczę pod nosem, a mój niezły humor idzie się pieprzyć - Spędziłam na szukaniu dwa tygodnie, ale każdy odprawiał mnie z kwitkiem. Jakby tego było mało, kiedy tylko mnie widzieli, od razu mówili, że nikogo nie potrzebują. To dziwne. Odwiedziłam wczoraj prawie trzydzieści siedem miejsc, Ronnie.
- Cholera, słabo. Ziomki mojego brata też na razie nikogo nie potrzebują. Niech to szlag, co teraz, Frey?
- Sama nie wiem - skupiam uwagę na rurce, obracając ją w palcach, ponownie myśląc o decyzji, jaką podjęłam. Jak widać, życie lubi mnie dymać, o pracę ciężko, a za kilka dni wyląduję na bruku - Dostałam pewną propozycję - Ronnie marszczy brwi, wlepiając we mnie te brązowe oczy, które wiercą we mnie dziurę - Pamiętasz tego typa, na którego wylałam czerwone wino na bankiecie i zrobił mega aferę?
- Żartujesz sobie? Oczywiście, że kurwa pamiętam. Kawał chamskiego, gburowatego skurczybyka!
- Coś w tym stylu. Spotkałam go trzy tygodnie później, wtedy, kiedy obsługiwaliśmy bankiet jego firmy. Przeprosił mnie za ten wyskok - Ronnie uchyla usta, gapiąc się na mnie z niedowierzaniem - Tsa, też byłam zaskoczona, bo w życiu nie spodziewałabym się, że zna to słowo, a jednak. Słuchaj najlepszego, pojawił się znowu, kiedy wracałam z uczelni. Chciał mnie gdzieś zabrać, ale w końcu to ja zaciągnęłam go do Chmurki. Jest naprawdę sympatycznym człowiekiem - Ronnie krzywi się, jakby ktoś wmusił w nią cytrynę.
- Jaja sobie robisz, Frey? Jak ktoś, kto cię tak zrugał, może być miły, huh? Sama go zwyzywałaś, prawda?
- Tak, ale wtedy go nie znałam, a po rozmownie z nim ciut zmieniłam zdanie. Jest szarmancki, troskliwy i zawsze otwiera mi drzwi, przepuszczając pierwszą. Buzia mu się nie zamyka, jest wesoły i... polubiłam go - zawstydzam się na własne słowa. Nie mogę go lubić, nasza historia nie będzie miała happy endu.
- Chryste, masz gorączkę? - Ronnie przykłada dłoń do mojego czoła, a ja chichoczę - Nie masz gorączki, więc musi być inny powód, bo bredzisz, dziewczyno! Co się z tobą dzieje? Czego on od ciebie chce?
- I tutaj docieramy do jego propozycji. Wiem o tym od dwóch tygodni, chciałam ci powiedzieć, ale bardzo się bałam. Nadal się boję, Ronnie - patrzymy sobie w oczy, a w jej własnych widzę dezorientację. Czas na chwilę prawdy - Zanim powiem ci, o co chodzi, błagam, abyś nie wydzierała się na całą kawiarnię, dobrze? Postaraj się zachować spokój - przytakuje niepewnie, kątem oka lustrując, ile ludzi znajduje się w środku. Co za szczęście, że są tylko cztery osoby - No dobra, więc trzymaj się mocno, przyjaciółko.


Caroline, właścicielka kawiarenki, mimo całej sympatii do mnie i Ronnie, zmuszona jest nas wyprosić. Patrzy na mnie współczująco, kiedy opuszczamy pomieszczenie, ale krzyk Ronnie nie ustaje nawet na moment. Jest mi wstyd, czuję zażenowanie, jak i niepokój. Moja przyjaciółka nie szczędzi słów, nie lituje się nade mną, o wsparciu nie wspominając. Przeklina mnie, moją głupotę, naiwność i wytrwałość. Tak, wytrwałości zawsze mi brakowało, a fakt, że wciąż nic mi się nie układa, wręcz mnie dobija.
- Nie mogę kurwa uwierzyć! Jak możesz brać to szaleństwo pod uwagę, huh?! - skręca w stronę parku, na alejkach panują pustki, za co w duchu dziękuję Bogu, bo Ronnie chyba dopiero się rozkręca - Wiesz, jak to brzmi?! Jakbyś szła na łatwiznę, bo facet chce dać ci pół miliona! Kurwa, co on ma w głowie, proponując ci coś takiego?! - wyrzuca ręce w górę, stoję przed nią ze spuszczoną głową i przypominam sobie słowa Justina, które powiedział mi w kawiarni. Desperacja, to pcha go do tego szaleństwa - Powiedz coś!
- A co mam ci powiedzieć, skoro cały czas się na mnie wydzierasz? - prycham wkurzona, siadam na brzegu fontanny i gapię się w wodę, aby trochę ochłonąć - Odkąd wyszłyśmy z kawiarni, nie zamknęłaś się nawet na sekundę! Oceniłaś mnie, nie czekając na to, co mam do powiedzenia! Wielkie dzięki, przyjaciółko!
- Przepraszam, ale jestem w szoku! I to kurwa ogromnym jak stąd na pieprzonego Marsa! Co to ma być?! 

- A bo ja wiem? Po prostu z tym wyskoczył i stwierdził, że jestem idealna. Myślisz, że w ogóle brałam to pod uwagę? W życiu, kurwa, nigdy! Olewałam go przez dwa tygodnie, a on cierpliwie czekał. Nadal posłałabym go w cholerę, ale jak sama widzisz, moja sytuacja jest beznadziejna - już otwiera usta, aby coś powiedzieć, ale uciszam ją, wystawiając palec - Nawet nie waż się zaprzeczać, Ronnie. To trwa odkąd rodzicie powiedzieli mi pa pa. To nie jest przejściowe, obie o tym wiemy. Coś jest ze mną nie tak, nie potrafię sobie poradzić, znaleźć pracy, mieszkania, ustabilizować się. Próbowałam na Boga, wiesz o tym! Starałam się każdego dnia, walczyłam, parłam do przodu i z całych sił starałam się nie poddać. Dzięki tobie było mi łatwiej, ale sama widzisz, że zmierzam donikąd. Zabrakło mi już pomysłów, odpuściłam sobie.
- Boże, Frey - Ronnie przytula mnie do siebie, głaszcze po plecach, a ja nienawidzę siebie za to, że ponownie się rozpadam - Przysięgam, że będę przy tobie bez względu na wszystko. Nawet jeśli się na to zgodzisz, chociaż uważam, że to kurwa obłęd. Nie jestem pewna, czy sobie z tym poradzisz, mała.
- Uwierz mi, ja też, kochana, ja też - szepczę cicho, mocniej wtulając się w ramiona przyjaciółki. 




Justin POV:
O czternastej wracam do domu. Marie wita mnie słodkim całusem i prowadzi do salonu, w którym zastaję jej matkę chrzestną wraz z mężem. Sympatyczni ludzie, którzy odwiedzają nas od czasu do czasu.
- Och, Justin! Witaj - Rosalie, jak zawsze, wita mnie całusem w policzek - Jak się miewasz, skarbie?
- Dziękuję, bardzo dobrze. Henry - ściskam dłoń jej męża, wojskowego, który ma siarczysty chwyt.
- Wpadliśmy tylko na chwilę, byliśmy w okolicy. Marie wspominała, że znaleźliście odpowiednią osobę.
- Tak, to prawda - zerkam na żonę, która uśmiecha się z podekscytowaniem. Nie powinna była wspominać
o tym nikomu, skoro nic nie jest pewne. Freya jeszcze się nie zgodziła i jeśli tego nie zrobi, Marie będzie rozczarowana - Niestety jeszcze nie otrzymałem odpowiedzi, pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość.
- Jestem pewna, że tym razem na pewno się uda. Tak długo na to czekacie, los wam to wynagrodzi.
- Oby, Rosalie. Nie masz pojęcia, jakie to podłe uczucie być... uszkodzoną. Nadal ciężko mi z tą myślą.
- Kochanie, nie zaczynaj - marszczę brwi, karcąc żonę spojrzeniem - Przestań wygadywać bzdury, proszę.
- Och, wybacz. To chwila słabości - wysila się na uśmiech, ściskając moją dłoń - Może zjemy razem obiad?
- Nie chcemy wam przeszkadzać, Justin na pewno jest zmęczony po pracy. Będziemy się zbierać.
- Daj spokój. Nie jestem zmęczony. Będzie nam miło, jeśli zostaniecie na obiedzie. Ann pysznie gotuje. Zapraszamy - przechodzimy do salonu, ale nim mam szansę usiąść, rozdzwania się mój telefon. Serce podskakuje mi do gardła, kiedy na wyświetlaczu widnieje numer Freyi, który wpisałem do telefonu - Zaraz wracam, to pilne - opuszczam pomieszczenie, chowam się w biurze i odbieram - Freyo? Co się stało?
- Hejka. Nie! - uśmiecham się, na jej słodki głos - Czy moglibyśmy się dzisiaj spotkać? Podjęłam decyzję.
- Oczywiście! Dasz mi godzinkę, góra dwie? Liczę na to, że posłusznie pojechałaś do mojego apartamentu?
- Właściwie nie zrobiłam tego, ponieważ i tak nie mam kluczy - kurwa, debil! - Spotkamy się w kawiarni?
- Przyjadę po ciebie, a potem pojedziemy na Manhattan. Potrzebuję spokoju, Freyo, nie tłumów. Dobrze?
- W porządku. Więc czekam, do zobaczenia - kończy połączenie, zanim mam szansę wydukać z siebie cokolwiek. Cholera, to jest TA chwila! Freya podjęła decyzję.

Godzinę i dwadzieścia minut później, otwieram drzwi do swojego apartamentu, przepuszczając Freyę. Wchodzimy do salonu, nalewam whisky do szklanki i wręczam jej, aby się rozluźniła, chociaż nie jestem pewien, które z nas jest bardziej spięte. Mam ochotę wypić całą flaszkę, a stres i tak by mnie nie opuścił.
- Zrobiło się trochę niezręcznie, prawda? - Freya posyła mi lekki uśmiech, a ja się rozpływam. Przysięgam, jest naprawdę piękna i taka słodka - Wiedz, że było mi bardzo ciężko, ponieważ nigdy nie idę na łatwiznę. Walczę do ostatku sił i właśnie przyszedł moment, kiedy tych sił mi zabrakło - schyla głowę, potrząsa szklaneczką i obserwuje, jak bursztynowy płyn chlupie w środku - Wszystko się posypało. Mój szef tak nagle zwolnił mnie z pracy, dwutygodniowe szukanie pracy nie przyniosło żadnych rezultatów, a moje pomysły się skończyły. Za parę dni nie będę mieć za co żyć - zaciska usta, próbując powstrzymać łzy, a ten widok zaciska moje serce. Siadam obok niej, przytulam do siebie i próbuję pocieszyć. Czuję się podle z myślą, iż tak bardzo przyczyniłem się do jej nieszczęścia. Marie rozkazała, abym uruchomił kontakty i pociągnął za sznurki. Takim oto sposobem Freya straciła pracę u Oliviera Johnsona i nie znalazła jej nigdzie indziej. Wystarczyło sypnąć zielonymi, a wszyscy ją zbywali, aż w końcu trafiła do mnie. Plan Marie przyniósł oczekiwany rezultat - Czuję się podle, wiesz? Jak ktoś zupełnie inny, jak nie ja. Jestem na siebie wściekła!
- Nie powinnaś, Freyo. Życie jest ciężkie, a ty jesteś jeszcze bardzo młoda. Zapewniam cię, że już nigdy nie będziesz musiała bać się o pieniądze. Niby nie są najważniejsze, ale oboje wiemy, że to bzdura.
- Bez nich nie dam rady przeżyć, a niebawem nic mi nie zostanie. Czy jestem aż tak bardzo do niczego, skoro nikt nie chce dać mi pracy? - unosi głowę i patrzy na mnie tymi zapłakanymi oczyma, wywołując koszmarne wyrzuty sumienia - Umiem wiele rzeczy, szybko się uczę, angażuję i jestem dyspozycyjna.
- Nie jesteś do niczego, aniołku, wręcz przeciwnie, jesteś wyjątkowa. Szkoda, że nikt tego nie docenił - ujmuję jej twarz w dłonie, patrzę w te piękne oczy i dotykam kciukiem jej pulchnych ust - Ich strata, to oni będą żałować. Ja docenię każdą cząstkę ciebie, przysięgam - pochylam się, zbierając całą słodycz z tych kuszących warg. Freya wsuwa palce w moje włosy, pogłębia pocałunek, a kiedy czuję jej ciepły język, odbija mi, dosłownie! Czuję się jak nastolatek, który zaznaje pocałunku po raz pierwszy w życiu. Mam ochotę zostać tu na zawsze, całować jej usta, kawałek po kawałku poznawać jej ciało, zatapiać się w nim całkowicie - Pragnę cię - szepczę cicho, przenosząc jej drobne ciało na swoje kolana. Jeszcze chwila, a nie powstrzymam się, zedrę z niej ubrania i po prostu posiądę, tracąc nad sobą całkowitą kontrolę.
- N-nie możesz, masz żonę - przypominam sobie o niej w chwili, kiedy Freya o niej wspomina. Tak, mam żonę, którą bardzo kocham, dla której jestem w stanie zrobić wszystko. Nawet ją zdradzić - Hej, nie powiedziałam ci, jaką podjęłam decyzję - muskam jej szyję, zostawiając na niej kilka mokrych pocałunków. Freya zaczyna się wiercić, ocierać o mnie, wystawiając na próbę moją samokontrolę. Niech
to szlag, czy to nie dziwne, że tak koszmarnie działa na mnie ta młodziutka dziewczyna? - Więc?
- Więc powiedz to wreszcie, aniołku - ściskam jej tyłek, aż piszczy - Krótka piłka, Freyo. Tak czy nie?

- Tak - ledwo słyszę jej cichutki głos, ale kiedy dociera do mnie sens jej słów, w moim ciele wybucha pierdolona bomba, detonując radość. Zrywam się na równe nogi, przytulam jej drobne ciało, a ona odwzajemnia wszystko, oddając mi się całkowicie. Już jest moja i to w każdym calu - To naprawdę szalone, niepojęte, ale tak, Justin. Urodzę dziecko dla ciebie i dla twojej żony. 






****************************
Hejo!
Kilka z was domyśliło się, jaka będzie fabuła opowiadania. Specjalnie się z tym nie kryłam, ale też nie chciałam od razu wszystkiego zdradzać. Tak czy siak, sprawa rozwiązana. TADAM! :D
Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, skąd do głowy wpadł mi taki pomysł, ale mam nadzieję, że przypadkiem wam do gustu takiego typu opowiadanie :) 

Jeśli chcecie dodatkowy rozdział na przykład jutro - pisać!

Ściskam mocno!
Kasia








poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Rozdział trzeci


Justin POV:
Podpieram łokieć na oparciu fotela, drapię się po brodzie i próbuję skupić uwagę na telekonferencji, która trwa od dobrej godziny. Zaczyna irytować mnie wymiana zdań, która nie ma końca, w dodatku nie wnosi do sprawy nic nowego. Jedni zgadzają się ze mną, Franco ma mnóstwo "przeciw", ale żadnych argumentów.
- Gdzie tu kurwa logika, Franco? Jeśli nie zgadzasz się z moim pomysłem i masz zastrzeżenia, wyjaśnij mi łaskawie, jakie to zastrzeżenia. Wybacz, ale tekst; "bo nie i już" nadaje się dla dzieci z piaskownicy! 
- Po prostu nie podoba mi się zarys budynku. Dlaczego to ma być trójkąt, a nie prostokąt, do cholery? 
- Chryste! - przecieram twarz rękami, próbując opanować złość i wlepiam wzrok w monitor - Czego nie rozumiesz w słowie "wyjątkowy", huh? Ten budynek właśnie taki ma być, a powiedz mi, ile jest kurwa prostokątnych budynków, a ile trójkątnych?! Pracujesz ze mną, co jest z tobą nie tak, człowieku?!
- Czasami za tobą nie nadążam, to wszystko. Wciąż wymyślasz rzeczy, które są szalone! Po co ci to?
- Po to, żeby ludzie byli zachwyceni czymś, czego nie ma zbyt wiele. To chyba jest jasne jak słońce!
- Mnie osobiście podoba się projekt Justina - Samantha spogląda na Franco, a potem na mnie - Jest oryginalny, wyjątkowy i nietypowy. Budynek na pewno zrobi na ludziach ogromne wrażenie. W dodatku będzie szklany, a to prawdziwy kosmos! - puszcza mi oczko, uśmiechając się szeroko. Lubię ją.
- Szefie? - unoszę głowę, aby spojrzeć na stojącego w progu Donniego - Pana żona przyszła. Wpuścić ją?
- Tak - Donnie wychodzi, a w progu pojawia się Marie. Wygląda piękne w żółtej, krótkiej sukience i warkoczu przerzuconym na prawe ramię - Panie i Panowie, myślę, że na dzisiaj zakończymy nasze spotkanie. W piątek obgadamy wszystko na żywo, kiedy zawitacie do Nowego Jorku. Miłego dnia - żegnam się, kończę konferencję i porywam żonę w ramiona. Piszczy uroczo, zarzucając dłonie na moją szyję - Cieszę się, że cię widzę, kochanie. Co tutaj robisz? Czy nie miałaś być z Vanessą u kosmetyczki?
- Właśnie stamtąd wracam. Wpadłam się przywitać i zapytać, czy Freya zadzwoniła. Minęły dwa tygodnie.
- Wiem, skarbie, ale nie mogę na nią naciskać. Niestety nadal się nie odezwała, bardzo mi przykro.
- Była idealna, Justin - mówi smutno, odsuwa się i podchodzi pod okno. Niech to wszystko szlag! Nic nie boli mnie bardziej, niż smutek mojej żony - Jest piękna, idealna, taka drobna i kobieca. Chcę jej.
- Wiem, niestety na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Każdy podejmuje własne decyzje, takie jest życie.
- A może za słabo się postarałeś? - odwraca się, wbijając we mnie ostre spojrzenie - Może po prostu zaproponowałeś zbyt małą sumę? - zakłada ręce na piersiach, pokazując mi swoje niezadowolenie.
- Mówisz poważnie? Pół miliona, Marie! Pieprzone, pół, miliona, to dla ciebie za mała suma? To kosmos!
- Fakt, to strasznie dużo pieniędzy - wzdycha ciężko, nieco się uspokajając - Więc co możemy zrobić?
- Wydaje mi się, że nic. Musimy czekać. Freya jest jeszcze bardzo młoda, do niczego nie mogę jej zmusić.
- Och, daj spokój, nie jest dzieckiem. Zbyt łatwo odpuściłeś, Justin. Spotkałeś się z nią zaledwie jeden raz, napisałeś wiadomość, uruchomiłeś znajomości. To wszystko! Przyciśnij ją, bądź tam, gdzie ona, a nawet napsuj jej trochę krwi - szlag! Kiedy moja żona mówi coś takiego, to nigdy nie wróży dobrze - Jesteś przystojny, seksowny, a kobiety za tobą szaleją - seksownie przygryza wargę, przesuwa palcami po mojej koszuli i pociąga za krawat, przyciągając do siebie - Uwiedź ją - prześlizguje językiem po moich ustach, kusząc mnie, doprowadzając do szaleństwa. Ona doskonale wie, jak kurewsko mnie pociąga! - Tak, jak uwiodłeś mnie. Pamiętasz ten dzień? - szepcze zmysłowo, odpina guzik w moich eleganckich spodniach i pozwala opaść im na podłogę - Zakochałam się w tobie niemal natychmiast, tak jest do dnia dzisiejszego, a minęło cztery lata. Dbasz o mnie jak nikt inny, kochanie. Daj mi to, czego pragnę najbardziej - stoję jak sparaliżowany, chłonąc każde jej słowo, nabierając pieprzonej determinacji, aby dążyć do celu po trupach. Obiecuję sobie w myślach, że będę jak przywódca watahy. Jeśli mam ją zadowolić, muszę upolować zwierzynę i dostarczyć ją jej pod same stopy - Na co czekasz, hmm? - to wystarczy, nie musi mówić nic więcej. Przypieram ją do ściany, podsuwam sukienkę w górę i wdzieram się w jej mokre, kuszące wnętrze. 




Freya POV:
Od rana sprzątam mieszkanie. Wycieram kurze, odkurzam, robię dwa prania i myję nawet okna. Staram się zająć czymś ręce i umysł, aby nie dołować się i nie płakać po raz kolejny. Mam dość porażek w swoim życiu, kiedy wreszcie zaznam odrobinę stabilizacji? Od dwóch tygodni nie byłam w pracy nawet raz. Olivier zapewnił mnie, że jak tylko dostanie zlecenie, zadzwoni do mnie w pierwszej kolejności. Niestety bankietów nie urządza się codziennie, a nawet jeśli, konkurencja jest całkiem spora. Tak oto siedzę w domu i jeśli nie sprzątam, to szukam w ogłoszeniach nowej pracy. Oszczędności topnieją, a życie i opłaty tanie nie są. Jeśli nie wykaraskam się z kłopotów, za parę dni może być krucho. Nie zliczę, który to raz ponownie muszę odbić się od dna. Mam tego po dziurki w nosie! Kiedy ten pech pójdzie sobie w pizdu?
- Frey, jesteś?! - głos Ronnie prawie pozbawia mnie tchu. Podnoszę głowę, waląc w kant stołu i klnąc  siarczyście, kiedy na horyzoncie pojawia się moja przyjaciółka. Układa dłonie na biodrach, kręcąc głową na boki i patrząc na mnie z politowaniem. Znam to spojrzenie - Znowu sprzątasz? Cholera, dziewczyno! To mieszkanie nadaje się do programu o czystości, serio! Przecież tutaj nie znajdziesz nawet grama kurzu!
- A co według ciebie mam robić? Znowu zwinąć się w kulkę i beczeć pod kołdrą, smarkając w poduszkę?
- Na pewno niebawem Olivier dostanie zlecenie i zarobisz trochę kasy. Wiesz, że ta praca to niepewność.
- No coś ty! Powiedz mi coś, czego nie wiem, Ronnie. Mam już dość, muszę poszukać czegoś, co da mi cotygodniowe wynagrodzenie. Mam dość czekania. W ten sposób nie pójdę dalej, będę stać w miejscu.
- Razem coś wymyślimy. Popytam wśród ziomków mojego brata, może potrzebują kogoś do sklepu.
- Dzięki, będę wdzięczna - wzdycham sfrustrowana, odkładam szmatkę i siadam obok niej - Jestem już zmęczona niepowodzeniami. Radzę sobie sama od czterech lat, w dodatku rodzice się na mnie wypięli i mają totalnie w dupie. Nawet nie zadzwonią, czaisz to? Nie mają pojęcia, czy jeszcze żyję. Obłęd!
- Wiem, nie mieści mi się to w głowie. Moi wręcz nie dają mi żyć, a twoi woleli spieprzyć daleko stąd.
- Zazdroszczę ci fajnej rodziny, moja była taka do czasu, aż starym nie odpierdoliło i nie oświadczyli, że zaczynają korzystać z życia. Nie sądziłam, że oznacza to odcięcie się od jedynego dziecka, jakie mają.
- Chodź tutaj - Ronnie przytula mnie, całuje w czoło i kołysze na boki, a ja ponownie rozklejam się jak dziecko - Pamiętaj, że masz mnie, a ja zawsze będę przy tobie, Frey. Nigdy się mnie nie pozbędziesz - uśmiecham się przez łzy, mocniej wtulając w ciało jedynej osoby, którą kocham. Mam tylko ją.


Nazajutrz, jak codziennie od pieprzonych, dwóch tygodni, robię rundę po okolicy. Zaglądam do sklepów, komisów, biur, a nawet nocnych klubów i pytam, czy nie potrzebują rąk do pracy. Mój pech pracuje na najwyższych obrotach, ponieważ każdy odsyła mnie z kwitkiem, nawet nie biorąc mojego CV.
Jakby tego było mało, dzwoni do mnie Olivier, który wbija mi nóż prosto w plecy, oświadczając, że musimy się rozstać, czym mnie szokuje. Stoję na środku ulicy niczym duch, płacząc żałośnie i wylewając z siebie całą bezradność, którą chowam w sercu. Dlaczego tak trudno znaleźć mi tę cholerną pracę?! Co robię nie tak?! Czy może być jeszcze gorzej? Owszem, może, o czym przekonuję się chwilę potem, kiedy z nieba zaczyna lać deszcz. Nie mam sił się ruszyć, po sekundzie jestem cała mokra, a na dokładkę samochód, który przejeżdża obok mnie, rozbryzguje kałużę, która mnie dobija. Chryste, mam ochotę błagać kogoś, żeby zafundował mi szybką śmierć. Upuszczam torebkę, unoszę głowę do góry i pozwalam, aby deszcz smagał moją twarz. Moje serce zaciska niewidzialna pięść, a cały sens życia ucieka pokonany. Jestem zmęczona porażkami. Walczę każdego dnia, a życie i tak kopie mnie w dupę. Ileż, kurwa, można? 




Justin POV:
Skręcam w prawo, włączam się do ruchu i zajmuję prawy pas, aby po chwili wjechać na ulicę prowadzącą wprost do mieszkania Freyi. Muszę się z nią zobaczyć, porozmawiać, przycisnąć. Marie ma rację, za mało się staram. Propozycja ogromnych pieniędzy i jeden, ckliwy sms to niezbyt wiele. Muszę stanąć na głowie, aby moja żona wreszcie była w pełni szczęśliwa, a do tego jeszcze daleka droga. Nie chcę jej zawieść.
Wjeżdżam na parking, a w moje oczy rzuca się znajoma postać. Leje niemiłosiernie, a ona stoi na środku chodnika, patrzy w górę i ani drgnie. Hamuję z piskiem opon, wrzucam tryb parkowania, po czym wyskakuję z samochodu jak z procy. Podbiegam do niej, chwytam ramiona i próbuję zwrócić na siebie jej uwagę. Niestety Freya kompletnie nie reaguje, nawet na mnie nie patrzy, nie mówiąc o wypowiedzeniu słowa. Niewiele myśląc, biorę jej torebkę, prowadzę do samochodu i wpycham na siedzenie pasażera. Sam wsiadam za kółko, włączam ogrzewanie i spoglądam na nią. Cała drży, owija się ramionami i zamyka oczy, opierając głowę o zagłówek. Zsuwam z siebie marynarkę, otulam ją szczelnie, chociaż doskonale wiem, że to nic nie da. Jest przemoczona do suchej nitki i dopóki nie weźmie gorącej kąpieli i nie zmieni ciuchów na suche, nic tu po mnie. Ruszam spod jej bloku i mknę w znane mi miejsce.


Do mojego mieszkania na Manhattanie docieramy w mgnieniu oka. Deszcz wciąż się nasila, dodatkowo zerwał się wiatr, więc na szybką poprawę się nie zapowiada. Freya cały czas drży, nie powiedziała słowa, co zaczyna mnie niepokoić. Co się z nią dzieje? Mam przeczucia, że wydarzyło się coś złego.
- Pomogę ci - otwieram drzwi pasażera, pomagam jej wysiąść i prowadzę do windy. Kiedy jedziemy na górę, zerkam na nią kątem oka, ale ona gapi się w dół, owijając się ramionami. Dopiero teraz myślę, jak zacząć, aby do niej dotrzeć. Prawda jest taka, że nie często mam do czynienia z tak młodymi osobami, a Freya ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, szlag! - Jesteśmy, chodź - układam dłoń na jej plecach, prowadzę przez długi korytarz i otwieram drzwi od swojego apartamentu. Kupiłem go dawno temu, kiedy jeszcze nie znałem Marie. Teraz jest moim kołem zapasowym, kiedy czasami zdarzy nam się pokłócić - Weźmiesz prysznic, przebierzesz się i porozmawiamy - wzdycha ciężko, odkładam jej torebkę na komodę i chwytam za rękę. Nie sprzeciwia się, posłusznie człapie za mną do pokoju, a potem do ogromnej łazienki. Odkręcam kurki, reguluję gorącą wodę i wlewam do wanny płyn do kąpieli, który kiedyś kupiła Marie. Jak dobrze, że jest tutaj kilka jej rzeczy - Zaraz wracam, rozbierz się - opuszczam łazienkę, kieruję się wprost do garderoby i zapalam światło, rozglądając się za ubraniami. Wybór nie zwala z nóg, ale czarne legginsy i biała bluzka z długim rękawem wydają się być w sam raz. Zanim wracam do dziewczyny, piszę wiadomość do żony z opisem sytuacji. Moje zaskoczenie jest ogromne, kiedy Marie odpisuje natychmiast, żądając, abym to wykorzystał i zaplusował u Freyi. Łatwo mówić trudniej zrobić. Nasz początek wcale nie był łatwy, wręcz przeciwnie, wolałbym o tym zapomnieć. Jaka szkoda, że moja żona upatrzyła sobie akurat ją! - Porażka - kręcę głową i wracam do dziewczyny, którą zastaję w wannie. Na mój widok piszczy zaskoczona, osłaniając piersi - Wybacz, zamyśliłem się i zapomniałem. Zostawiam ci suche ubrania, kiedy skończysz, dołącz do mnie - przytakuje głową, zostawiam ją samą i idę wprost do salonu, aby nalać sobie drinka. 


Podnoszę głowę, kiedy słyszę kroki. Freya stoi w progu, bawi się rąbkiem bluzki i niepewnie rozgląda się po wielkim salonie. Wystawiam dłoń, aby dać jej znak do podejścia, oblizuje usta i siada obok mnie, zachowując kilkucentymetrową odległość. Dopiero teraz zauważam jej podpuchnięte powieki i zmęczenie wymalowane na twarzy. Od zawsze troszczę się o Marie i w tej chwili ten sam odruch pojawia się w stosunku do Freyi. Jest taka krucha, urocza, piękna. Już wcześniej to zauważyłem, jednak teraz widzę o wiele więcej. Mimo tego, że jest bardzo młoda, ma w sobie to coś, co przyciąga do niej jak magnes.
- Płakałaś? - gwałtownie kręci głową, jakby przyznanie się było czymś złym - Masz podpuchnięte powieki.
- To nic wielkiego, jestem po prostu zmęczona. Ostatnio sporo pracuję - kłamie. Śledziłem ją przez ostatnie dwa tygodnie, nie dostała żadnego zlecenia - Dlaczego mnie tutaj przywiozłeś? Co to za miejsce?
- To mój apartament. Przywiozłem cię tutaj, ponieważ stałaś na środku ulicy przemoczona do suchej nitki.
- Nagle złapał mnie deszcz, nie miałam parasolki. Właściwie... co robiłeś w dzielnicy, w której mieszkam?
- Jechałem do ciebie, aby porozmawiać - Freya marszczy brwi, nerwowo wiercąc się na kanapie. Obym szczerością jej nie przestraszył - Nie odezwałaś się przez dwa tygodnie. Jeśli nie zgadzasz się na moją propozycję, wypadałoby chociaż mnie o tym powiadomić, nie uważasz? Tego wymaga kultura, Freyo.
- Przepraszam, masz rację - schyla głowę, wbija zęby w wargę i bawi się palcami. Nawet nie zauważyła, że już nie mówi do mnie per Pan - Jeszcze godzinę temu odmówiłabym bez zawahania, ale teraz... - zacina się, podnosi i podchodzi do okna, patrząc na panoramę Nowego Jorku. Może to głupie, ale ten widok zawsze potrafił mnie uspokoić. Może i na nią podziała? - Dasz mi jeszcze trochę czasu? Kilka godzin?
- Oczywiście! - zrywam się na równe nogi, podchodzę do niej i delikatnie, aby się nie przestraszyła, układam dłonie na jej ramionach. Nie wzdryga się, nie reaguje nerwowo, wręcz przeciwnie, rozluźnia się, unosi dłoń i przesuwa palcem po szybie, kreśląc ruch kropel deszczu - Co się wydarzyło? Mogę ci pomóc.
- Nie, to nie będzie konieczne. Praktycznie w ogóle się nie znamy, nie masz obowiązku mi pomagać, to nie byłoby właściwe. Poradzę sobie, to była tylko malutka chwila załamania, ale już jest w porządku.
- Jesteś bardzo dzielną, młodą kobietą, wiesz? - odwracam ją w swoją stronę, unoszę głowę, aby spojrzała mi oczy i uśmiecham się, kiedy widzę jej słodką buźkę - Ale jeśli zgodzisz się na moją propozycję, będę ci pomagał i troszczył się o ciebie. Niczego ci nie zabraknie, aniołku - przesuwam kciukiem po jej policzku, docierając do ust. Nie wiem skąd we mnie to dziwne uczucie, ale pragnę ją pocałować. Tu, teraz, w tym momencie i nim mam szansę przekalkulować, czy to na pewno dobry pomysł, pochylam się, a nasze usta się spotykają. To, co czuję jest tak nieznane, tak fascynujące i tak cholernie dobre, że z miejsca pragnę więcej. Wsuwam palce w jej wilgotne włosy, przypieram do szyby i pochłaniam jej usta w namiętnym pocałunku. Jestem zaskoczony, kiedy Freya odwzajemnia moje poczynania, obejmuje mnie w pasie i angażuje się nie mniej, niż ja sam. Niech to szlag, czy całowanie obcej kobiety powinno być tak ekscytujące? Od czterech lat nie pocałowałem żadnej, oprócz własnej żony oraz matki, w policzek. Dlaczego całowanie tej dziewczyny tak bardzo mi się podoba? I dlaczego chcę jej więcej?




Freya POV:
Dochodzi druga w nocy, a ja kręcę się z boku na bok, szukając dobrej pozycji do snu, który za cholerę nie chce przyjść. Od pocałunku z Justinem mam mętlik w głowie, a mój brzuch zaciska dziwny supeł. Nie spodziewałam się po sobie samej, że oddam pocałunek, zamiast przerwać to szaleństwo! Wiem, po co tutaj jestem i wiem, co się stanie, kiedy podejmę decyzję. A muszę to zrobić jak najszybciej, ponieważ czas nie działa na moją korzyść. Byłam pewna, że odpuścił sobie temat, a on po prostu czekał na moją odpowiedź.
Przez czternaście dni nie brałam jego propozycji na poważnie, nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się zgodzić, ale kiedy stałam na tym pieprzonym chodniku, a życie ponownie kopnęło mnie w dupę, coś się zmieniło. Chyba już wtedy wiedziałam, jaki czeka mnie los i nie ma od tego odwrotu. Spędziłam ostatnie dwa tygodnie na szukaniu pracy, a kiedy przekraczałam próg budynku, ludzie patrzyli na mnie tak, jakby doskonale mnie znali, chociaż ja widziałam ich po raz pierwszy. Coś nie grało, a ja nie wiedziałam co. Jedyną osobą, która mogła mi doradzić była Ronnie. Kiedy się o tym dowie, wyjdzie z własnej skóry!
Jeśli mnie nie udusi, będzie dobrze. Czas wyznać jej to, co zamierzam zrobić.






******************************
Hejo!
Przepraszam za obsuwę, bo rozdział miał być wczoraj! :(
Naprawdę mam zajebistą sklerozę, więc jeśli ktoś czeka na rozdział, napiszcie na ask'u i przypomnijcie mi, pliska! ;)

Ściskam!
Kasia







niedziela, 5 sierpnia 2018

Rozdział drugi


Justin POV:

W firmie melduję się wyjątkowo w niedzielę. Weekendy staram się spędzać w domu, z żoną, jednak to ona kazała mi działać. Tak też zrobiłem. Jeszcze wczoraj, tuż po powrocie z bankietu, zadzwoniłem do Donniego, a dzisiaj, siedząc w skórzanym fotelu, popijając kawę, czytam to, co mnie interesuje, a jeszcze bardziej moją Marie. Niczym gąbka pochłaniam informacje o pięknej Freyi Jane Parker, która tak bardzo zaintrygowała moją żonę. Nie ma tego zbyt wiele, ale nie dlatego, że Donniemu nie udało zdobyć się wszystkich informacji, a dlatego, iż Freya to skromna dziewczyna. Od osiemnastego roku utrzymuje się sama, pracując w firmie obsługującej bankiety należącej do Oliviera Jacksona, człowieka, który wiele razy pracował również dla mnie. Freya wynajmuje dwupokojowe mieszkanko na Brooklynie i studiuje zarządzanie. Kiedy zatrzymuję się na jej wieku, opieram łokcie na biurku i chowam twarz w dłonie. Jasna cholera ma jedynie dwadzieścia dwa lata, toż to jeszcze dziecko! Niby jakim cudem plan Marie ma wypalić, skoro Freya jest tak młodziutka? Co mam zrobić, aby jakimś cudem się udało? 



Freya POV:
Przez całą niedzielę chodziłam jak duch. Miałam dziwne wrażenie, jakby diabeł siedział mi na ramieniu i szeptał słówka, od których włos jeżył mi się na głowie. Spotkanie tego dupka na bankiecie było ostatnią rzeczą, jakiej bym się spodziewała, a mimo to stanął przede mną i po prostu mnie przeprosił. On! Pewny siebie, wyniosły, należący do kategorii, której nie znosiłam! Potraktował mnie naprawdę paskudnie i chamsko, ale muszę docenić fakt, że jednak mnie przeprosił. Przełknął męską dumę i wypowiedział to ważne słowo, które nie każdemu łatwo przechodzi przez gardło. Malutki plusik, panie nieznajomy.
- Droga Freyo, przeszkadzam w bujaniu w obłokach? - głos pana Marka, wykładowcy, wyrywa mnie z mojej bańki. Gwałtownie podnoszę głowę, zauważając, że wszyscy patrzą na mnie. Mam ochotę wystawić im środkowy palec, czego zrobić nie mogę - Więc? Chyba moje zajęcia koszmarnie cię znudzą, prawda?
- Nie, skąd, są naprawdę interesujące! Po prostu się zamyśliłam i odpłynęłam. Przepraszam, już uważam.
- Przekonamy się - burczy pod nosem, wraca do wykładu, a ja oddycham z ulgą. 
Skup się, kretynko! 

W drodze do domu wstępuję do monopolowego i kupuję butelkę mojego ulubionego, białego wina. Przeważnie nie pijam w tygodniu, ale sytuacja z soboty solidnie wyprowadziła mnie z równowagi, a fakt,
że moje myśli wciąż krążą wokół tego cholernego dupka i wydarzenia sprzed miesiąca, wcale nie pomaga.
- Hejka, Frey! - prawie dostanę zawału na szturchnięcie Samuela. Przekręcam głowę, posyłając mu mordercze spojrzenie, ale chłopak zdaje się nic sobie z tego nie robić - Masz ochotę wyskoczyć do kina?
- Dziękuję za zaproszenie, to miłe z twojej strony, ale już jestem na dzisiaj umówiona, tak więc sorki.
- Wiesz, że mówisz mi to za każdym razem? - prycha pod nosem, uśmiechając się uroczo. Lubię Samuela, studiujemy razem, jednak mam dziwne wrażenie, że próbuje mnie podrywać za każdym razem, kiedy tylko na siebie wpadamy - Zbywasz mnie, Frey! - wydyma usta, patrząc na mnie oczami szczeniaka. Jest słodki.
- No dobrze, może w weekend? W tym tygodniu mam do oddania dwie prace, więc mało czasu na rozrywkę.
- Okej, trzymam za słowo. Nie odpuszczę! - wystawia palec na znak groźby, a ja wybucham śmiechem.
- W porządku, teraz muszę uciekać - cmokam go w policzek i uciekam na przystanek tuż przy uczelni.


Kiedy tylko wysiadam z autobusu i człapię do klatki, moją uwagę przykuwa coś, a raczej ktoś, na kogo widok opada mi szczęka. Na początku udaję, że wcale go nie widzę, po chwili przychodzi mi myśl, aby odwrócić się na pięcie i odejść, jednak nim mam szansę zrobić cokolwiek, zachodzi mi drogę, zmuszając
do zatrzymania. Moje serce bije jak oszalałe, dłonie się pocą, a w głowie panuje totalny mętlik. Za cholerę nie rozumiem, co ten człowiek robi w tym miejscu, czego chce, po co przyjechał? Mam tyle pytań, które chciałabym mu zadać, ale w tej chwili nic nie przejdzie mi przez gardło. Jestem zbyt zszokowana jego widokiem w tej szemranej, biednej ulicy. Tak bardzo nie pasuje tutaj w swoim drogim garniturze.
- Witaj - jedno słowo, które wywraca mój żołądek do góry nogami. Staram się zachować spokój, gapię się w jego bordowy krawat w oczekiwaniu na to, co będzie dalej - Czy możesz spojrzeć mi w oczy, Freyo Parker? - kurwa! Gwałtownie unoszę głowę, rozchylam usta i patrzę w te brązowe, przenikliwe oczy. Skąd na Boga zna moje imię i nazwisko, skoro spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, nie wymieniając się żadnymi szczegółami?! - Wiem, że jesteś zaskoczona faktem, iż znam twoje dane, ale nie martw się, nie mam złych zamiarów. Chciałem z tobą tylko porozmawiać. Czy masz chwilę, którą mogłabyś mi poświęcić? Proszę? 

- T-tak, ale nie bardzo rozumiem, o czym mielibyśmy rozmawiać. Nie znam pana, a pan nie zna mnie.
- Owszem, nie znamy się, ale chciałbym to zmienić - szlag! Szuka przygód na Brooklynie? - Więc jak będzie? Nie zajmę ci dużo czasu - niepewnie przytakuję głową, pozwalając, aby poprowadził mnie wprost do swojego samochodu. Przystaję przy nim zastanawiając się, czy powinnam wsiąść do środka. Nie znam go, nie wiem, co strzeli mu do głowy i co zechce ze mną zrobić - Nie masz powodu do obaw. Nie zrobię ci krzywdy, zapewniam - otwiera drzwi od strony pasażera, czekając, aż podejmę decyzję - Freyo?
- Na rogu jest mała kawiarnia. Myślę, że to miejsce będzie odpowiednie na naszą pierwszą rozmowę.
- W porządku - zaciska usta w uśmiechu, zamyka drzwi i wciska przycisk na pilocie, blokując drzwi. Prowadzę go do znanej mi świetnie kawiarenki, a moje skrępowanie wybija skalę. Z jednej strony chcę posłać go do diabła, po tym, co odwalił, z drugiej zaś jestem ciekawa, czego może ode mnie chcieć. W dodatku taki człowiek, jak on - Puszysta Chmurka? - czyta szyld, obrzucając mnie szerokim uśmiechem.
- Spodoba się panu - otwiera dla mnie drzwi, wchodzimy do środka, a w moje nozdrza uderza zapach świeżo zaparzonej kawy, którą zawsze biorę na wynos. Macham do Caroline, która puszcza mi oczko, i prowadzę mężczyznę do mojego ulubionego miejsca pod oknem - Polecam kawę o nazwie Smak Nieba.
- Skoro tak mówisz, zaufam ci - oblizuje usta, składa zamówienie u Hailey, a kiedy ta odchodzi, opiera łokcie na stole, podpiera brodę na dłoniach i wlepia we mnie wzrok. Jeśli wcześniej wspominałam o skrępowaniu wybijającym skalę, cofam to. W tym momencie czuję, jakbym centymetr po centymetrze zapadała się pod ziemię. Jeszcze chwila, a rozstąpi się pode mną wsysając w całości - Zawstydziłaś się - schylam głowę, zaciskam dłonie w pieści, poluźniam i tak w kółko, aby się uspokoić. To niepojęte, że siedzę naprzeciwko faceta, którego poznałam na bankiecie. Nie mam pojęcia, kim on u licha jest! - Przepraszam, jeśli czujesz się przeze mnie niezręcznie, ale naprawdę zależało mi na tej rozmowie.
- Skoro tak, może przejdzie pan do rzeczy? Nie ukrywam, jestem ciekawa, o czym chce pan porozmawiać.
- Zacznę od ponownych przeprosin za swoje zachowanie. Wiem, że przesadziłem, a moje zachowanie było wręcz karygodne - przytakuję głową na znak zrozumienia, nadal uparcie wpatrując się w słowie dłonie. Cóż miałabym mu powiedzieć? - Mam coś na przeprosiny, ale tak zaskoczyłaś mnie z kawiarnią, że po prostu zapomniałem - chichocze rozbawiony, czym mnie zaskakuje. Niepewnie unoszę głowę, aby spojrzeć mu w oczy, a kiedy nasze spojrzenia się spotykają, topnieję w jego rozczulonym spojrzeniu. Chryste, kim jest ten człowiek?! - No dobrze, może przejdę wreszcie do rzeczy. Chciałem się z tobą spotkać, ponieważ mam pewną propoz.... - nie kończy, ponieważ Hailey podchodzi, stawiając przed nami kubeczki z kawą. Mężczyzna dziękuje jej uśmiechem i ponownie zostajemy sami - Więc tak, mam propozycję, ale najpierw... nazywam się Justin, Justin Price. Jestem właścicielem firmy budowlanej Heliodon - marszczę brwi, próbując skupić się na nazwie firmy. Coś świta mi w głowie - Nie przejmuj się, jeśli nie kojarzysz, nic wielkiego - macha ręką, jakby to była błahostka, wsypuje do kawy łyżeczkę cukru i upija, nie spuszczając ze mnie wzroku - Mmm, pyszna! - oblizuje usta z pianki i niespodziewanie puszcza mi oczko. Wygląda na rozbawionego, beztroskiego, takiego... sama nie wiem, chyba brakuje mi słów, aby to określić.
- Cieszę się, że panu smakuje. Nie przestawię się, bo to już pan wie. Bardzo ciekawi mnie, skąd. 
- To proste, Freyo. Po moim karygodnym zachowaniu, a potem po ponownym spotkaniu ciebie, zdałem sobie sprawę, że powinienem przeprosić. Mój asystent dowiedział się tego, o co go poprosiłem. Stąd wiem, jak się nazywasz - no tak, jakież to proste. Obiecuję sobie w myślach, aby natychmiast po przekroczeniu progu swojego mieszkania, zajrzeć do wujka Google i poprosić go o pomoc - Nie jesteś zła? - kręcę  przecząco głową, wysilając się na lekki uśmiech - Świetnie! Więc czas przejść dalej, skoro już się znamy - mam ochotę roześmiać się na głos. "Znamy się" to zdecydowanie za dużo powiedziane - Wiem, że to może zabrzmi niestosowanie, ale wiedz, że za nic w świecie nie chcę cię obrazić. Kiedy tylko moja żona zobaczyła cię na bankiecie, nie dawała mi spokoju. Stwierdziła, że jesteś idealna - gapię się na niego jak na ducha, nie rozumiejąc dosłownie nic z tego, co do mnie powiedział. Co tu się wyprawia?!

Dwie godziny, kawę i trzy drinki później, Justin odprowadza mnie do domu. Przez całą drogę nie wypowiadam nawet słowa, nie jestem w stanie. Coś ściska mnie za gardło nie pozwalając na rozmowę.
- Mam nadzieję, że przemyślisz to, co ci dzisiaj powiedziałem, Freyo - zaczyna, kiedy zatrzymujemy się pod klatką. Patrzę we własne stopy, a łzy cisną mi się do oczu - Liczę na pozytywna odpowiedź - robi krok w przód, podsuwa palec pod moją brodę i unosi, abym spojrzała mu w oczy. Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, serce podskakuje mi do gardła, a żółć zbiera się w przełyku. Po jego opowieściach nie dowierzam, że taki człowiek posuwa się tak daleko, aby osiągnąć swój cel - Zadzwonisz? - pyta cicho, nie spuszczając ze mnie wzroku. W dodatku przesuwa kciukiem po mojej dolnej wardze, czym totalnie mnie szokuje. W tym momencie mój mózg zamienił się w papkę, nie jest w stanie myśleć i jeśli zaraz się nie ruszę, mogę zrobić coś, czego będę bardzo żałować - Proszę, Freyo, zadzwoń do mnie. Dobrze?
- Muszę iść - przełykam ślinę, nawilżając wyschnięte gardło i wreszcie biorę się w garść - Do widzenia.
- Do widzenia - uśmiecha się, pochyla i czule całuje mnie w policzek, a jego zapach wdziera się w moje nozdrza. Zamykam oczy przez sekundę delektując się tym niesamowitym połączeniem perfum z zapachem jego skóry i odskakuję jak poparzona. Szybko czmycham do klatki, zbiegam na drugie piętro i kiedy tylko przekraczam próg mieszkania, wybucham płaczem. Nie wierzę w to, co mi zaproponował...


Na bankiecie, na który w ostatniej chwili wkręcił mnie Olivier, jestem nieprzytomna. Snuję się jak cień, na siłę wymuszając uśmiech, co przychodzi mi z ogromną trudnością. Ronnie posyła mi ukradkowe spojrzenia, w których widzę nieme pytania, ale jedyne, na co się zdobywam, to lekki uśmiech i ucieczka na drugi koniec sali. Nie mogę powiedzieć jej o czym rozmawiałam z pieprzonym Justinem Pierce'm, właścicielem firmy budowlanej, która plasuje się w pierwszej piątce. Człowiek tak potężny, bogaty, mający ogromną władzę, przyszedł do mnie i złożył propozycję, od której zakręciło mi się w głowie. Co dziwne, skurczybyk miał idealnie ułożony plan, a na każde moje pytanie znał odpowiedź. Nie byłam w stanie zaskoczyć go dosłownie niczym, a to dało mi do myślenia. To oczywiste, że musiał zaplanować to dużo wcześniej.
- Chodź ze mną - głos Oliviera sprowadza mnie na ziemię. Chwyta moje ramię, wyprowadza z sali i zatrzymuje w korytarzu - Mogę wiedzieć, co się z tobą dzisiaj dzieje? Gdzie ty jesteś, Freyo? Mam wrażenie, że daleko stąd. Brak zaangażowania, uśmiechu, koncentracji. Co się do cholery stało?
- Nic, po prostu mam gorszy dzień, to wszystko. Postaram się wziąć w garść, przepraszam cię, Oli.
- Nie chcę przeprosiń, Frey, tylko kelnerki, która ogarnie ten tłum. Nie chcę powtórki z czerwonym winem.

- Musiałeś, prawda? - prycham wkurzona, obrzucając go wściekłym spojrzeniem - Tłumaczyłam ci, że to on ma mnie wlazł, to była jego wina, ale oczywiście to ja muszę obrywać. Przypominasz mi to bez przerwy!
- Po tym incydencie oberwało się i mnie! - och! Tego nie wiedziałam - Price przyszedł do mnie wkurwiony jak diabli, a narzekań nie było końca. To bogaci ludzie, nadęci, myślący, że są Bogami tego świata, Frey!
- Wiem o tym, jeszcze raz przepraszam, okej? Wracam na salę, nie martw się, poradzę sobie. Jest dobrze.

- Obyś miała rację - przeciera twarz rękami, oddycha głęboko i odchodzi. Nie tylko ja mam zły dzień.

Wchodzę do domu za pięć jedenasta, zrzucam z nóg szpilki i odkładam torebkę na komodę. Człapię do salonu, opadam na kanapę, a moje spojrzenie ląduje na bukiecie pięknych kwiatów, które na przeprosiny wręczył mi Justin Price. Zaciągam się ich zapachem, który rozszedł się po małym salonie i zamykam oczy, myśląc o człowieku, który przekroczył granicę. Za nic w świecie nie mogę zgodzić się na jego szaloną propozycję. To nie dla mnie, ja nawet się do tego nie nadaję! Jak on to sobie wyobraża? 

Po prysznicu, kiedy zakładam piżamę, mój telefon zawiadamia o nadejściu wiadomości. Kto pisze o tej godzinie, skoro dochodzi prawie północ? Biorę go z szafki, wchodzę w skrzynkę i czytam sms'a.

Witaj, Freyo.
Dziękuję za to, że mnie wysłuchałaś
Dziękuję za to, że nie uciekłaś z krzykiem
Dziękuję za to, że pojawiłaś się w moim życiu
Liczę na to, że powiesz "tak"
Wciąż czekam...
Justin Price

Opadam na łóżko, chowam twarz w dłoniach, a mój mózg krzyczy; katastrofa. Tak, to zdecydowanie jebana katastrofa, a najgorsze jest to, iż mam dziwne przeczucie, że tak łatwo nie uwolnię się od Justina.Pieprzonego.Price'a! Czuję, że zmieli moje poukładane życie na popiół...




*************************
Hejo! 
Przypatruję się waszym teoriom odnośnie opowiadania i uśmiecham się pod nosem.
Wy kombinatorki :P

Okej, a teraz zawiadamiam o kolejnym konkursie (ostatnim) w którym biorę udział.
Na początku, zgłaszając się, nie sądziłam, że będzie głosowanie czytelników, no ale nigdy wcześniej nie brałam udziału w konkursach, więc moja wiedza na ten temat marna.
Wcześniej dwa konkursy odnosiły się do Show Me The Way, ten odnosi się do Different Story.
Pod tym linkiem - KLIK, ( numerek 4) wystarczy w komentarzu przy mojej pracy wpisać "+1" i gotowe.
Kto jest chętny, zapraszam i z góry dziękuję :)

Ściskam mocno!
Kasia