sobota, 6 października 2018

Startujemy!

Hejo!
Wszyscy zgodnie zagłosowali na TAK, więc...
Zapraszam was na drugą część My Angel Gabriel :)
Link do bloga tutaj - KLIK - 
Lub na Wattpadzie - KLIK -

Mam nadzieję, że was nie rozczaruję :D
Ściska mocno
Kasia






Notka :)

Cześć i czołem!
Na początku oczywiście chciałam podziękować za wsparcie i wszystkie komentarze. To niesamowite,
że nadal są tutaj osoby, które pamiętam od czasów moich początków, a było to w 2014 roku!
Cieszę się również z tych osób, które są nowe i których przybywa.

Okej, do rzeczy...
Tak, napisałam drugą część :P Właściwie zrobiłam to natychmiast po skończeniu pierwszej. Tak przez chwilę myślałam, żeby zostawić to tak, jak jest, no bo nie zawsze musi być to szczęśliwe zakończenie. Jednak ta druga część pokazuje również jaka jest Marie, bo napisałam i jej perspektywę. Nie wiem czy wam się spodoba i czy nie zepsuje całości, dlatego wybór zostawię wam.
Publikujemy czy nie? 











piątek, 5 października 2018

Rozdział dwudziesty pierwszy


Freya POV:

Po odwiedzinach Dorothy i zaleceniu, aby wstać z łóżka wreszcie to robię. Dochodzi południe, spaceruję z moim synkiem po sali i kołyszę go w swoich ramionach. Śpi jak aniołek, ssąc smoczek, który zakrywa pół jego maleńkiej buźki. Uśmiecham się na ten uroczy widok, który rozmiękcza moje serce. Cały porodowy ból znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nie liczy się już nic, oprócz tego pięknego chłopca. Jestem w nim nieodwracalnie i bezwarunkowo zakochana, niestety nasze chwile są policzone. Czas biegnie zbyt szybko, abym mogła się nim w pełni nacieszyć. Za godzinę przyjdzie tutaj Justin z Marie i rozdzielą nas na zawsze. Na samą myśl do oczu napływają mi łzy, przysuwam małego bliżej i składam na jego czole pocałunek. Pragnę zatrzymać go tylko dla siebie, móc cieszyć oczy jego widokiem, dbać o niego, kochać. Przeżyć z nim pierwszy uśmiech, pierwszy krok, pierwsze słowo. Jaka szkoda, że zgadzając się na to szaleństwo nie przypuszczałam, jak ciężkie czekają mnie chwile. Zaznałam czegoś, co nawet nie mieściło mi się w głowie; macierzyństwa. Zostałam mamą, urodziłam zdrowego synka, którego skazałam na życie w innej rodzinie. To nie ja będę patrzeć, jak dorasta, tylko kobieta, która jest zawistna, okrutna i dąży po trupach do celu. Jaka właściwie będzie z niej matka? Czy pokocha to maleństwo? Czy obdarzy go troską?
- Tak bardzo chciałabym zatrzymać cię dla siebie, syneczku. Tulić cię, kochać, rozpieszczać.
- Nawet o tym nie myśl. Podpisałaś umowę, zapomniałaś? - głos Marie burzy mój spokój. Unoszę głowę i wpatruję się w jej zacięte spojrzenie - Zostaniesz z niczym, wylądujesz na ulicy, ponieważ natychmiast zabiorę ci mieszkanie. Dopilnuję również, abyś nigdzie nie znalazła pracy, a uwierz mi, mam spore znajomości, moja droga - posyła mi pewny siebie, chytry uśmiech i opiera plecy o ścianę. Nie mam słów, aby opisać, jak bardzo nienawidzę tej rudej suki - Nic już nie możesz zrobić. Taka była umowa, Freyo.
- Pierdol się - syczę przez zęby, a Marie chichocze beztrosko - Jesteś podłą kobietą, nie zasługujesz na mojego syna. Nie wierzę, że mogłabyś być dobrą matką, nie nadajesz się do tego. Nie z tym zepsutym sercem - uśmiech znika natychmiast. Zaciska szczękę, podchodzi i patrzy z góry, niczym Pani świata.
- Nie mów słów, których możesz gorzko pożałować. Jesteś nikim, mogę zniszczyć cię z łatwością i nigdy już nie będziesz miała normalnego życia. Mów tak dalej, a zgotuję ci prawdziwe piekło. Nie zawaham się.
- Naprawdę? Cóż możesz mi zrobić, Marie? Nie ma nic gorszego, niż oddanie mojego syna właśnie tobie.
- Twój syn należy do mnie, odkąd mój mąż wsadził w ciebie fiuta. I zaufaj mi, kruszyno, jest o wiele więcej gorszych rzeczy, niż oddanie dziecka. Mogę pstryknąć palcem, a wylądujesz w burdelu, gdzie będziesz dawać dupy za darmo - patrzę na nią z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. O ile wcześniej uważałam ją za podłą sukę, teraz brakuje mi słów na określenie jej osoby. Chyba nawet szkoda mi Justina, że przyszło żyć mu z taką kobietą - Za godzinę wrócę tutaj z mężem. Zabieramy dziecko, a ty znikasz z naszego życia na zawsze. To, jakie ono będzie, zależy już tylko od ciebie - dumnie unosi brodę i wychodzi z sali, zostawiając mnie samą. Jestem zbyt zszokowana, aby nawet mrugnąć. Czy to mi się nie przyśniło? 


Godzina zero przychodzi szybko. Nie jestem gotowa na rozstanie z Gabrielem, ale im więcej czasu z nim spędzę, tym będzie jeszcze gorzej. Marie ma rację, podpisałam umowę, zrzekłam się praw, więc teraz nic nie mogę. Mimo to pragnę zabrać małego, wyjść stąd i wrócić do mieszkania, które jeszcze dzisiaj nie byłoby moje. Gdzież miałabym się podziać? Ronnie mieszka z rodzinami i bratem, pewnie przygarnęłaby mnie na kilka dni, ale nie mogłabym zostać tam zbyt długo. Nie mogę skontaktować się z rodzicami, ponieważ nie znam ich numeru telefonu. Proszenie ich o pomoc i tak byłoby ostatnią rzeczą, do której bym się posunęła. Jestem rozbita, samotna, zła! Żałuję, że moja przyjaciółka wyjechała do babci, przydałaby mi się jej pomoc. Nawet nie napisałam jej, że Gabriel przyszedł na świat. I kiedy sięgam po telefon, który leży w małej szufladce w szafce przy łóżku, drzwi od sali się otwierają. Do środka wchodzi Justin, a wyraz jego twarzy nie wyraża żadnych emocji. Jakby się wyłączył, żeby odciąć się od wszelkich uczuć.
- Freyo, Marie powiedziała mi, że chciałabyś zatrzymać dla siebie Gabriela. Co to ma znaczyć, hmm?
- Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę to zrobić, Justin. Nie chcę, żeby Marie wychowywała mojego syna.
- Przeczytałaś umowę, którą podpisałaś. Jak wiesz, mieszkanie jest twoje, ale jestem jego właścicielem. Będziesz musiała je opuścić i zwrócić mi trzydzieści tysięcy dolarów - mówi to tak beznamiętnie, aż zbiera mi się na wymioty. Patrzy na mnie, ale mam dziwne wrażenie, jakby go w ogóle nie było. Jest tylko jego ciało, dusza i serce są bardzo daleko stąd - Oczywiście o reszcie pieniędzy nie ma mowy. Twój wybór.
- Och, tak, faktycznie dajesz mi wspaniałą możliwość wyboru, Justin. Zrobiłeś mi dziecko, a teraz tak po prostu chcesz zostawić mnie z niczym! Jeśli zostawię Gabriela dla siebie, pozwę cię o alimenty.
- Śmiało, możesz to zrobić. Mam sztab prawników, przekupię każdego, aby walczyli za mnie i nie dam ci nawet centa - zaciskam usta, patrząc mu prosto w oczy. Boże, co się z nim stało? Czy to Marie tak bardzo go zmanipulowała? - Poza tym dodam, że nasza umowa była zupełnie inna. Owszem, zrobiłem ci dziecko, które miałaś przekazać mnie i mojej żonie. To, że nagle ubzdurałaś sobie, żeby zatrzymać go dla siebie, nie było częścią tego planu. Nie będziesz miała go za co wychować, Freyo. Myśl o nim, nie o sobie.
- Ależ ty jesteś podły - odkładam małego do łóżeczka, siadam na łóżku i chowam twarz w dłoniach. Złamał mnie, a najgorsze jest to, że przyszło mu to z taką łatwością. Czekałam na niego, wierzyłam, ufałam, a on obrócił to przeciwko mnie - Kochałam cię, byłeś dla mnie najważniejszy, a teraz stajesz po przeciwnej stronie, zmieniając się w mojego wroga - przekręcam głowę i tępo wpatruję się w jego oczy. Dopiero teraz widzę, jak coś się w nim zmienia - Odbierasz mi wszystko, ponieważ masz pieniądze i znajomości. Nigdy nie sądziłam, że jedyna osoba, którą kocham, tak bardzo mnie zrani. Żałuję, że nie można cofnąć czasu. Gdybym tylko mogła to zrobić, nie chciałabym cię poznać - zaciska usta, a w jego oczach pojawią się łzy. Już za późno. Roztrzaskał mnie, rozerwał na strzępy i zdeptał. To koniec -  Daj mi kilka minut, chcę się pożegnać - przysuwam do siebie łóżeczko, wpatruję się w mojego syneczka i ponownie się rozpadam. 




Justin POV:
Czekam na korytarzu, tępo wpatrując się w ścianę. Nic nie czuję, po prostu nic. Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu, odcinając mnie od świata zewnętrznego. Próbuję poradzić sobie z widokiem załamanej Freyi, ale wiem, że ten obraz będzie migał mi przed oczami do końca mojego życia. Nic ani nikt nie będzie w stanie tego wymazać. Zniszczyłem ją, zaszantażowałem, zhańbiłem. Ja! Człowiek, który tak bardzo ją kocha. Nie wiem, kim właściwie teraz jestem, ale odnoszę wrażenie, że to nie jestem ja. Nie tak wychowała mnie moja matka, która widząc sytuację, byłaby potwornie rozczarowana. Jak spojrzę jej w oczy? Jak odpowiem na pytanie, jeśli zapyta o Freyę? Charlotte i Tobias nigdy mi tego nie wybaczą, być może nawet ich przyjdzie mi stracić. I to wszystko w imię jednej kobiety, która jest moją żoną.
Dlaczego to wszystko nie może być prostsze? Dlaczego musiałem trafić akurat na Freyę? Dlaczego tak bardzo się do niej przywiązałem i pokochałem? Pragnę tylko jej, Marie jest już tylko obowiązkiem. Jak mam patrzeć na naszego syna, skoro będzie mi ją tak bardzo przypominał? A jeśli pewnego dnia dowie się, kto jest jego prawdziwą matką? Co mu odpowiem, jeśli mnie o to zapyta? Jakim będę dla niego ojcem, skoro tak bezlitośnie potraktowałem jego matkę, osobę, która dała mu życie? Boże, kim ja jestem?
- Najdroższy? - Marie kuca przede mną, bierze moje dłonie w swoje i posyła uroczy, piękny uśmiech, w którym dawno temu się zakochałem - Rozmawiałam z lekarzem, możemy przenieść naszego syna do innej sali, a jutro zabrać go do domu. Jest zdrowy i nie ma żadnych przeciwwskazań - 
naszego syna. Nie, to nie jest twój syn. Jego mamą jest Freya - Od dzisiaj będziemy szczęśliwą rodziną, czyż to nie cudowne?
- Tak, to wspaniale - chrząkam, aby pozbyć się guli w gardle - Chcę już stąd pójść. Weź małego, dobrze?
- Nie, kochanie. Zrobimy to razem, jak rodzina - czule całuje mnie w usta, bierze za rękę i zmusza do wstania. Moje nogi są jak z ołowiu, kiedy wchodzimy do sali. Zaskakuje mnie widok ubranej Freyi. Cholera, gdzie ona się wybiera?! - Cóż, przyszedł dzień, w którym nasze drogi się rozchodzą - Marie podchodzi do niej i chwyta jej dłonie - Już zawsze będę ci wdzięczna za to, co dla nas zrobiłaś, Freyo. Wiedz, że jesteś wspaniałą kobietą i z całego serca życzę ci wszystkiego najlepszego - przytula ją, a nasze oczy się spotykają. Widzę w nich ból, którym nasiąkam aż do szpiku kości. Marzę o tym, aby porwać ją w ramiona, tulić, całować i słuchać jej słodkiego głosu. Marzę o spędzaniu wieczorów przed telewizorem. Marzę o wygłupach, żartach, wspólnych śniadaniach i kolacjach. Marzę o wspólnej, pierwszej kąpieli naszego syna i spaniu z nim w jednym łóżku. Miałem to wszystko na wyciągnięcie ręki, dlaczego więc po to nie sięgnąłem? Przecież tak bardzo ją kocham - Odpoczywaj, wracaj do siebie i ciesz się nowym życiem. Jeszcze dzisiaj zrobię przelew - te słowa są dla Freyi jak cios, wyciskając z niej łzy. Odsuwa się od Marie, ociera policzki i bierze Gabriela na ręce. Patrzy w niego z ogromną miłością, która miażdży moje bebechy. Gapię się na ten cudowny widok, który pragnę zapamiętać i przywoływać go w myślach - Tak sobie myślę... może nie powinnam tego robić, ale odwiedź nas, kiedy dojdziesz do siebie. Przekonasz się, że małemu jest u nas dobrze. Justin, co o tym myślisz? - Marie odwraca się do mnie, a w jej oczach tańczą wesołe iskierki. 

- T-tak, to świetny pomysł. To bardzo miłe z twojej strony, że o tym pomyślałaś, kochanie. Freyo?
- Pomyślę nad tym - odpowiada nie odwracając wzroku od naszego syna, składa na jego czole pocałunek i przekazuje w ramiona Marie. Jest cała zapłakana i nim się orientuję, sam płaczę - Dbajcie o niego.
- Będziemy, obiecuję ci to - Marie odwraca się, a na mój widok marszczy brwi. Szybko jednak bierze się w garść, podchodzi i podaje mi dziecko - Czas wrócić do domu, najdroższy i rozpocząć nowy rozdział.
- Dasz mi chwilę? Chciałbym zamienić z Freyą słowo - chwytam się ostatniej szansy niczym tonący brzytwy.
- Nie, kochanie - odpowiada pewnie, karcąc mnie spojrzeniem - Nie komplikujmy tego. Nasza umowa została zrealizowana, pora odciąć się raz na zawsze. Tak, jak mi obiecałeś. Dotrzymasz obietnicy?

- Tak - odpowiadam cicho, mocniej tuląc do siebie syna - Dziękuję za wszystko, Freyo - odwraca wzrok, dając mi do zrozumienia, że skończyliśmy. Opuszczam salę, zostawiając za sobą moją miłość.



Freya POV:
Postanawiam wypisać się na żądanie. Dorothy beształa mnie całą wieczność, jak bardzo nierozsądnie postępuję chcąc wyjść zaledwie jedenaście godzin po urodzeniu dziecka. Nie mogłam tam zostać, to miejsce by mnie dobiło. Wciąż przed oczami miałam swojego synka i moją miłość. Musiałam stamtąd uciec.

Docieram do domu w kompletnej rozsypce. Kiedy tylko przekraczam próg i odkładam torbę na podłogę, wybucham żałosnym płaczem. Osuwam się po ścianie, chowam głowę w kolana i wyrzucam z siebie rozpacz, która pochłania mnie od czubka głowy, po palce u stóp. Czuję przeraźliwe zimno oraz pustkę po stracie mojego syna. Justin nie przygotował mnie na takie rozwiązanie, dzień po dniu karmiąc nadzieją,
że będziemy razem. Teraz zostałam całkiem sama, z pokaleczonym sercem i tęsknotą za tym maleńkim chłopcem, którego pokochałam od pierwszego wejrzenia. Tak potwornie za nią tęsknię!




****
Kilka kolejnych dni to wegetacja, dosłownie. Ledwo kontaktuję, prawie nic nie jem i nie opuszczam czterech ścian. Godzinami leżę opatulona ciepłym kocem, tępo wpatrując się w wyświetlacz telefonu, na którym widnieje mój syn. Zrobiłam mu zdjęcie kiedy spał, wyglądając jak aniołek. Mam wielką ochotę wydrukować to zdjęcie w milionie kopi, aby obkleić nim ściany mojego mieszkania. Tak, mojego. Po podpisaniu papierów, Justin przesłał mi pocztą akt własności, a Marie dotrzymała słowa i moje konto zasiliła suma pół miliona dolarów. Tylko cóż te pieniądze miały teraz za znaczenie? Straciłam coś, co było dla mnie najważniejsze, coś, czego nic nie będzie w stanie mi zastąpić. Otrzymałam swoją upragnioną stabilizację, do której dążyłam. Nie zabraknie mi pieniędzy, mogę spać spokojnie, ale tak naprawdę sen w ogóle nie przychodzi. Nie mogę myśleć o niczym innym, jak o moim synku, którego być może teraz tuli do siebie obca kobieta. Ta myśl rozwala i tak moje zmiażdżone serce. Nie potrafię wyobrazić sobie swojego dalszego życia z bólem, który nie opuszcza mnie nawet na chwilę, pozwalając na spokój. Zostałam całkiem sama, z dziurą w sercu i ze stratą, jakiej nawet sobie nie wyobrażałam. Już nic nie będzie takie same.

Ronnie wydzwania do mnie bez przerwy. Zostawia wiadomości na poczcie, pisze sms'y, ale nie reaguję. Nie odpisuję, nie oddzwaniam, nie odsłuchuję nagrań. Wiem, że to podłe z mojej strony, a ona bardzo się o mnie martwi. Kątem oka zerknęłam tylko na jedną wiadomość, a w której pisała, że wraca w czwartek. Jutro jest czwartek. Chyba. Straciłam poczucie czasu. Żyję dniem, w którym oddałam mojego aniołka.

W przypływie otępienia wpadam na szalony pomysł. Po raz pierwszy od tygodnia opuszczam swoje ciepłe mieszkanie, jadę pod dom Justina i koczuję tam w ukryciu. Dochodzi dopiero południe, Justina zapewne nie ma nawet w domu, ale być może zobaczę Marie i mojego synka. Może to idiotyczne z mojej strony, ale potrzebuję upewnić się, że jest cały i zdrowy. Nie przekroczę progu jej domu, nie mogę tego zrobić. Nie zniosłabym widoku jej zwycięskiego uśmieszku i mojego dziecka w jej ramionach.

Przez pierwsze trzy godziny nic się nie dzieje. Marznę, czekając Bóg wie na co. Jednak los mi sprzyja, bo do domu wraca Justin. Na jego widok moje serce podskakuje, czego nie rozumiem. Nienawidzę go, moje serce nie powinno tak na niego reagować, a mimo to chłonę widok jego osoby. Wygląda tak dobrze w czarnym płaszczu i szarym szaliku. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze niedawno był mój, a teraz ponownie należny do swojej żony, która, ku mojemu zaskoczeniu, wychodzi z domu pchając przed sobą wózek. Całuje Justina w usta, uśmiecha się, a on zerka do wózka. W jego oczach dostrzegam ogromną miłość,
co odrobinę podnosi mnie na duchu. Mam pewność, że kocha naszego syna, czego nie mogę powiedzieć o Marie. Nie ufam jej, ale modlę się w duchu, aby była dla mojego syna dobrą matką.
Ruszają na spacer. Justin pcha wózek, a Marie wsuwa dłoń pod jego ramię. Wyglądają jak szczęśliwa rodzina, a ten widok ponownie spycha mnie na sam dół. To powinnam być ja. To mnie obiecał swoją miłość, wspólną przyszłość, szczęście. Wszystko przepadło bezpowrotnie. Nic już nie ma.







K  O  N  I  E  C





***********************
Notka pojawi się jutro ♥









wtorek, 2 października 2018

Rozdział dwudziesty


Freya POV:

Z ledwością podnoszę się z podłogi, człapię do salonu i chwytam za telefon. Szybko wzywam taksówkę i piszę wiadomość do Justina, jak wygląda sytuacja. Kiedy idę do sypialni i biorę torbę, po domu roznosi się dzwonek telefonu. Nie mam siły z nim rozmawiać, nie chcę marnować czasu, mimo to odbieram.
- Freya! - krzyczy, zanim mam szansę odezwać się jako pierwsza - Boże, jakim cudem to już?! Przecież zostały jeszcze ponad dwa tygodnie! Cholera, to za wcześnie! - wydziera się, czym mnie stresuje.
- Nie wiem, Justin. Nie pytaj mnie o to - krzywię się, kiedy nadchodzi kolejny ból - Jadę do szpitala.
- Zwariowałaś?! Nie ruszaj się stamtąd, już wsiadam w samochód i po ciebie jadę. Poczekaj na mnie.
- Nie chcę czekać. Zanim tutaj dotrzesz, minie dobre dwadzieścia minut. Czuję, że się zaczęło.
- Chryste, nie strasz mnie! Nie waż się ruszać z domu, mówię poważnie. Już do ciebie jadę, aniołku.
- Jedź do szpitala, Justin - kończę połączenie, zanim zaprotestuje. Nie mam czasu na dyskusje. 

Do szpitala docieram osiem minut później. Taksówkarz pomaga mi wejść do środka i przywołuje młodą pielęgniarkę, która przywozi wózek, sadza mnie na nim i zawozi prosto do gabinetu. Robi się zamieszanie, każdy biega tu i tam, a ja leżę i próbuję zachować spokój, co jest niezmiernie trudne. Jestem potwornie zestresowana chaosem, jak i tym, że poród zaczął się wcześniej. Mam nadzieję, że mały jest na to gotowy.
- Jestem Manuel Smith, zbadam panią - lekarz posyła mi lekki uśmiech, znika za parawanem, a znajoma już pielęgniarka pomaga mi się przebrać w szpitalną koszulkę. Lekarz wraca minutę później i zabiera się za badanie - Może Pani poczuć ból - uprzedza i faktycznie czuję, jak coś rozpycha mnie w środku - Ma pani sześć centymetrów rozwarcia, poród się zaczął - chce mi się płakać z bezradności. Czuję się winna, że wymiękłam, przez co mój syn musi przyjść na świat przed czasem - Siostro, proszę przewieźć pacjentkę na salę porodową - miła kobieta przytakuje głową, a mnie dopada kolejny ból. Tym razem jeszcze silniejszy.



Justin POV:
Po telefonie od Freyi gnam do szpitala jak na złamanie karku. Łamię po drodze wszystkie przepisy, a kiedy wpadam do środka, zdaję sobie sprawę, że nie mam pojęcia, w którą stronę iść. Zaczepiam pierwszą z brzegu pielęgniarkę, która udziela mi instrukcji i po chwili jestem już na odpowiednim piętrze, pod odpowiednią salą. Chodzę tam i z powrotem, wahając się, czy wejść do środka. Mój problem rozwiązuje Dorothy, która pojawia się na horyzoncie i zapina guziki od szpitalnego fartucha. Chwała Bogu!
- Och, Justin! Dobrze, że jesteś. Manuel zadzwonił do mnie, że Freya rodzi, więc natychmiast przyszłam. Wejdźmy do środka - otwiera drzwi, a naszym oczom ukazuje się Freya. Na pierwszy rzut oka widzę, jak bardzo cierpi. Jej piękną twarz wykrzywia grymas bólu, aż coś przewraca mi się w brzuchu. Znowu cierpi i znowu przeze mnie - Jestem, Freyo. Wszystko będzie dobrze. Pomogę ci, nie masz powodu do obaw.
- T-to tak potwornie boli - oddycha ciężko, obejmując dłońmi brzuszek - Ile to będzie trwało? Mam dość!
- Tego nie umiem przewidzieć. Masz sześć centymetrów rozwarcia, brakuje jeszcze czterech. Akcja może rozwinąć się za minutę albo i za kilka godzin. Musisz być dzielna, kochanie. Może chcesz pochodzić?
- Jezu, nie! Nie dam rady przekręcić się na drugi bok, a co dopiero chodzić. Skurcze są bardzo mocne.
- To dobry znak, nie martw się. Pójdę porozmawiać z doktorem, zostawię was na chwilę. Zaraz wracam.

- Aniołku - podchodzę do niej, siadam na krzesełku i chwytam jej dłoń - Przejdziemy przez to razem.
- Poważnie? Chętnie. Zamień się ze mną i weź trochę tego bólu. Nie masz pojęcia, co to za koszmar.
- Mogę się jedynie domyślić. Jesteś silną kobietą, świetnie dasz sobie radę. Nasz syn się rodzi, kotku.
- Twój syn, Justin. Twój - szepcze cicho, spina się, a jęk bólu ucieka z jej ust. Skreśliła mnie.


Trzy godziny później wreszcie zaczyna się coś dziać. Freya wycierpiała się niemiłosiernie, a ból nasilał się z każdą minutą. Dopiero po tym czasie mogła zacząć przeć, z każdym skurczem wypychając na świat nasze dziecko. Patrzenie na to było gorsze, niż się tego spodziewałem. Miałem ochotę się rozpłakać, tak bardzo bolał mnie widok tej pięknej dziewczyny, która tak koszmarnie cierpiała. Chciałem zabrać od niej ten ból, chociaż przypuszczam, że wymiękłbym już na starcie. Freya była cudowna, dzielna, silna. Przez cały czas trzymałem jej dłoń, pozwalając, aby zgniatała mi kości. Ocierałem jej czoło, całowałem, aby dodać jej otuchy. W tamtym momencie moja miłość do niej wybiła skalę, a kiedy płacz przeciął salę porodową, moje łzy nareszcie znalazły ujście. Nie miałem pojęcia, gdzie podziewała się Marie, ale właśnie wtedy miałem to w dupie. Całą uwagę skupiłem na Freyi oraz moim synu, którego po chwili mogliśmy zobaczyć. Pielęgniarka otuliła go pieluszką i ułożyła na piersi Freyi. Gapiliśmy się na niego cali zapłakani, a wzruszenie odbierało mowę. Był idealny. Mały nosek, pucate policzki i ciemne włoski. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia i przysiągłem sobie w myślach, że nigdy nie pozwolę, aby działa mu się jakaś krzywda.
- Mój anioł Gabriel - Freya szepcze cicho, składając pocałunek na jego czole. Ten widok łamie mi serce.


Po wszystkim Freya zostaje przewieziona na inną salę, a ja nie odstępuję jej na krok. Gabriel zostaje zabrany na podstawowe badania, a my mamy czas dla siebie. Siedzę więc w fotelu, trzymam jej dłoń, a Freya przysypia. Nie wyobrażam sobie, jak bardzo musi być zmęczona i obolała. Widziałem poród po raz pierwszy w życiu i chociaż to piękna chwila, mimo wszystko jest dość... drastyczna. Mimo iż wiem, co do czego, zobaczyć coś takiego na żywo to niesamowite przeżycie. Moja piękna blondyneczka jest wspaniałą kobietą. Obdarzyła mnie synem, którego tak bardzo pragnąłem. Już zawsze będę ją za to kochał.
- Witam ponownie - do środka wchodzi Dorothy. Posyła mi uśmiech i podaje mi mojego syna, owiniętego w błękitny kocyk - Mały jest zdrowiutki jak ryba, dostał dziesięć punktów. Wszystko jest w porządku.
- Bardzo się cieszę - zaciskam usta na widok maleńkiego chłopczyka, spoczywającego w moich ramionach. Delikatnie dotykam jego główki palcem, a on porusza się i uchyla powieki. Moja miłość rośnie, a serce pęcznieje - Witaj, synku. Ależ ty jesteś piękny - mówię przez ściśnięte gardło, a łzy czają się pod powiekami - Tatuś cię bardzo kocha, wiesz? Obiecuję, że będziesz moim oczkiem w głowie, Gabrielu.
- Zostawię was, mały niebawem będzie głodny. Jeśli Freya będzie potrzebować pomocy, zawołaj mnie.
- Oczywiście. Dziękuję, Dorothy - mruga okiem, wychodzi, a my zostajemy we trójkę. Wstaję, chodzę po sali i kołyszę go delikatnie. Mruga oczkami, ziewa przesłodko i wystawia jęzorek. Uśmiecham się jak debil, ale ten widok prawie ścina mnie z nóg - Patrzenie na ciebie to będzie moje nowe hobby - chichoczę, mały marszczy brewki, krzywi się i kwili. Szlag! Wpadam w panikę, bo tego się nie spodziewałem! - Hej, ale co ja takiego powiedziałem, hmm? Nie rób mi tego, jeszcze nie mam wprawy. Nie wiem, co co ci chodzi.
- Pewnie jest głodny - unoszę głowę na dźwięk cichego, zmęczonego głosu Freyi. Kiedy nasze oczy się spotykają, w jej widzę ogromną miłość i rozczulenie. Mam ochotę zacałować ją za to, co dla mnie zrobiła - Spróbujemy? - przytakuję, podchodzę i ostrożnie wkładam małego w jej ramiona - Hej, syneczku - patrzy na niego jak zaczarowana, dotykając maleńkiej rączki - Chyba czas coś zjeść, co? - pomagam jej zsunąć koszulę, a kiedy przystawia go do piersi, ten widok staje się moim ulubionym. I chociaż nie ma wprawy, nigdy wcześniej tego nie robiła, Gabriel kuma, o co chodzi. Zaczyna ssać bez żadnego problemu, zamakając oczka i ściskając palec Freyi - Łatwo poszło - uśmiecha się do mnie, ale po chwili zaciska usta, jakby sobie coś przypomniała - Gdzie jest Marie? Chyba poinformowałeś ją o porodzie, prawda?
- Tak, dzwoniłem do niej, ale nie odbierała. Zostawiłem wiadomość, niestety jeszcze się nie pojawiła.
- To dziwne, przecież jest środek nocy. Wyszła ode mnie po dwudziestej drugiej - zamieram, na ostatnie słowo, a Freya zdaje sobie sprawę z tego, co powiedziała - C-chiała ze mną tylko porozmawiać.
- O czym, aniołku? W dodatku o dwudziestej drugiej? To nie jest dobra pora na składanie wizyt, prawda?
- Mhm. Po prostu pytała, jak się czuję i czy z małym wszystko dobrze. Spróbuj do niej zadzwonić.
- Zaraz wracam - podnoszę się z krzesła i wychodzę z sali. Wyjmuję telefon, aby ponownie do niej zadzwonić, jednak jej ruda czupryna przykuwa moją uwagę. Biegnie przez korytarz, a po chwili wpada w moje ramiona - Boże, Marie. Gdzie ty się podziewasz? Jest trzecia nad ranem! Martwiłem się o ciebie!
- Wybacz. Pojechałam do Vanessy, potrzebowałam babskiego towarzystwa. Nie słyszałam telefonu.
- Najważniejsze, że nic ci nie jest - odchylam ją, odgarniam jej włosy i całuje w usta - Wszystko okej?
- Tak, chyba - ściska moją dłoń, przykładając do swojego policzka - Kocham cię, Justin. Potrzebuję cię.
- Wiem, przecież nigdzie się nie wybieram - przytulam ją do siebie i głaszczę po plecach, aby się uspokoiła. Od momentu, w którym moja żona przyłapała mnie na zdradzie, bardzo się zmieniła. Przede wszystkim jest niepewna, zagubiona, smutna. Widok jej takiej łamał moje serce, ponieważ Marie to radosna kobieta. Myśl, że sprawiłem jej przykrość była dla mnie nie do zniesienia - Nasz syn się urodził. Jest piękny.
- Naprawdę? - unosi głowę, a w jej oczach rozpalają się iskierki szczęścia - Mogę go zobaczyć? Proszę!
- Jasne, skarbie, ale za moment. Freya go karmi - marszczy brwi zaskoczona i odsuwa się - O co chodzi?
- Nie powinna go karmić, Justin. Przecież jutro go stąd zabieramy, Freya zniknie z jego życia - te słowa są dla mnie jak policzek, bezlitośnie przypominając o tym, co się niebawem wydarzy. Mam ochotę wyć, tak bardzo jestem rozbity. Z jeden strony piękna blondynka, którą kocham ponad wszystko na świecie. Z drugiej strony moja żona, z którą przeżyłem tyle lat, która nie zasługuje na to, aby zostawić ją jak rzecz. Cokolwiek bym nie zrobił i tak będzie źle. Któraś z nich będzie cierpieć. Pytanie tylko; która? - Justin? Dlaczego nic nie mówisz? Powiedz, że Aiden wraca jutro z nami do domu. Tak, jak planowaliśmy.

- Tak, kwiatuszku, Aiden wraca z nami do domu - wysilam się na uśmiech, ale nie mam pewności, co mi z tego wychodzi. Nie chcę myśleć o tym, że serce Freyi jutro pęknie, a winę ponosić będę za to ja.
- Ogromnie się cieszę. Wreszcie nasza rodzina będzie pełna. Tak, jak powinno być od czterech lat.
- A ja się cieszę, że wreszcie masz to, czego chciałaś, Marie. Mam nadzieję, że pokochasz Aidana.
- Już go kocham, najdroższy. Jest częścią ciebie, a to jest dla mnie najważniejsze. To nasz synek. 




Freya POV:
Układam małego obok siebie. Nakarmiony szybko zasypia, a ja upajam się jego widokiem. Nosiłam go pod sercem przez dziewięć miesięcy, a teraz mogę przytulić go do piersi, pocałować, dotknąć jego maleńkiego ciałka. To najwspanialsza rzecz, jaka spotkała mnie w życiu. Nigdy nie przypuszczałam, że bycie matką jest tak magiczne, niesamowite. Moje serce powiększa się, aby zrobić miejsce dla Gabriela, a moja miłość sięga zenitu. Uruchamia się instynkt, który podpowiada, co robić i dodaje odwagi. I właśnie ta miłość sprawia, iż nie pozwolę, aby mojemu dziecku stała się jakakolwiek krzywda. Dopiero teraz dociera do mnie przerażająca myśl, iż nasze wspólne chwile są policzone. Podpisałam umowę, dostałam zaliczkę, więc muszę go oddać. Pod powiekami pojawiają się łzy, a serce pęka. Jak mam się z nim pożegnać? Jak mam przekazać go kobiecie, która ma mnie zastąpić? Nikt nie pokocha go tak, jak kocham go ja. To niemożliwe.
- Freyo? - mój spokój i szczęście z narodzin syna, przerywa wchodząca do sali para. Marie uśmiecha się szeroko, patrząc wprost na Gabriela. Justin stoi z tyłu, a jego mina wyraża więcej, niż tysiąc słów. On już podjął decyzję. Wybrał ją - Mogę go zobaczyć? - podchodzi bliżej, siada na krzesełku i wpatruje się w niego jak zahipnotyzowana - Justin miał rację, jest piękny - dotyka jego rączki palcem, który mam ochotę odgryźć. Jeszcze niedawno potraktowała mnie jak śmiecia, a teraz ma dostać to, co należy tylko do mnie.
- Powinniśmy się zbierać, kochanie. Freya musi odpocząć, Aiden również - wbija mi nóż prosto w serce. Spuszczam wzrok, aby nie patrzeć mu w oczy, a fala złości zalewa mnie niczym tsunami. Tyle miesięcy szczęścia, uśmiechów, czułych słówek, by znowu cierpieć. Zranił mnie raz, teraz robi to ponownie.

- Tak, masz rację. Odpoczywaj, Freyo. Do zobaczenia niebawem - pochyla się, całuje małego w czoło i wychodzi z sali. Justin stoi w progu, patrząc na mnie wzrokiem zbitego psa. Wcale nie jest mi go żal.
- Przyjadę z samego rana, musimy porozmawiać, aniołku - wzdycha ciężko, patrząc na mnie ze smutkiem.
- Wyjdź stąd. Nie chcę z tobą rozmawiać, nie chcę cię widzieć i nie chcę cię znać. Nie istniejesz, Justin.
Nie odpowiada. Posyła mi spojrzenie przepełnione bólem i wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi. 


Budzę się przed dziewiątą, a raczej Gabriel mnie budzi. Przystawiam go do piersi, jeszcze przez chwilę przysypiając. Niestety mój spokój ponownie ktoś burzy, a kiedy uchylam powieki i widzę przed sobą Justina, mam ochotę zerwać się na nogi i dać mu w twarz. Nie robię tego, bo jestem zbyt obolała.
- Musiałem przyjechać przed Marie - siada obok i spogląda na Gabriela - Musisz wiedzieć, że jesteś dla mnie najważniejsza, Freyo. Kocham cię, szczerze i mocno, ale życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli. Pragnę tylko ciebie, wiesz o tym, ale potrzebuję trochę więcej czasu. To nie jest jeszcze nasza chwila.
- I nigdy nie będzie. Dostałeś szansę i to nie jedną, ale nie skorzystałeś. Między nami wszystko skończone.
- Nie mów tak, błagam cię - chwyta moją dłoń, którą natychmiast wyrywam - Pozwól mi być z tobą.
- Czy ty kurwa robisz sobie ze mnie jaja? - prycham z kpiną, patrząc w jego przepełnione bólem oczy - Chcesz dostać mojego syna, wychowywać go wraz z żoną i przychodzić do mnie na seks? Boże, Justin.
- Po prostu chcę, aby było tak, jak do tej pory. Nie rozumiesz, że nie potrafię bez ciebie żyć, aniołku?
- Nie nazywaj mnie tak, już nie jestem aniołkiem. Nie wierzę, że mówisz mi coś takiego. Jeszcze niedawno obiecywałeś, że rozwiedziesz się z Marie, zostaniesz z nami, wychowamy razem Gabriela. Szybko zmieniłeś zdanie. Pewnie twoja urocza żona ponownie wzięła cię na oczka szczeniaka i wymiękłeś. Brawo.
- To nieprawda. Powiedziała mi, że tylko ja liczę się w jej życiu i gdybym odszedł ona... zabiłaby się.
- Chryste - zasłaniam twarz dłonią, a moje nerwy są napięte jak postronki. To niesamowite, jak ta suka owinęła go sobie wokół palca - Była u mnie wczoraj i z uśmiechem oświadczyła, że czuje się świetnie. Wystarczyło poudawać, a ty przybiegłeś niczym obronny pies. Nie widzisz, że to farsa? Bierze cię na litość.
- Marie ma swoje za uszami, ale kocha mnie. Wiem, że ciężko ci to pojąć, ale spędziłem z nią siedem lat i doskonale ją znam. Obecna sytuacja nie jest dla niej prosta. Pozwoliła mi z tobą spać, bo tak bardzo pragnęła dziecka. Zdradzałem ją, Freyo, a on mi to wybaczyła. Nie łatwo jest wybaczyć zdradę.
- Masz rację, Justin, niełatwo, dlatego ja ci jej nie wybaczę - marszczy brwi, jakby był zaskoczony moimi słowami - Mnie również zdradziłeś, ale to już się dla ciebie mniej liczy, prawda? Przez tyle miesięcy karmiłeś mnie kłamstwami, by na końcu naszej przygody po raz kolejny wbić mi nóż prosto w serce.
- Nie, Freyo, to nieprawda! Doskonale wiesz, co do ciebie czuję. Kocham cię! Po prostu jestem zagubiony, ponieważ nie wiem, co mam zrobić. Nie chcę, abyście cierpiały. Jak mam to rozwiązać? Powiedz mi.

- Nie wiem i szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. To ty wpakowałeś mnie w to bagno. Mogłeś zrobić mi dziecko i pójść w cholerę, ale nie! Fajnie było mieć drugą na boku i posuwać ją, kiedy nachodziła cię ochota, co? Mówiłeś, że mnie kochasz, że będziemy razem i co się z tym stało, huh? Co z tymi obietnicami?
- Proszę, nie mów tych rzeczy, łamiesz mi serce - schyla głowę, a po jego policzkach płyną łzy. Sama płaczę, rozpadając się kawałek po kawałku. Boże, nie wierzę, że to naprawdę koniec - J-ja chciałem z tobą być, nadal chcę. Boję się jedynie, że Marie zrobi sobie krzywdę, jeśli odejdę - ociera łzy i niepewnie unosi głowę - Jeśli się zabije, nigdy nie będę w stanie sobie tego wybaczyć. Poczucie winy zeżre mnie żywcem. Od zawsze się o nią troszczyłem, mam pozwolić, aby zrobiła jakąś głupotę? Jest do mnie przywiązana.

- Daj spokój. Nie pleć mi tych bzdur, Justin. Może i znasz ją lepiej, ale ja również nieco ją poznałam. To wstrętna manipulantka, która zatrzyma cię przy sobie bez względu na wszystko. Wierz w te jej udawane łzy, załamanie, przygnębienie, ja tego nie łykam. Nie jeden raz przekonałam się na własnej skórze, co to za kobieta. Poprzedniej nocy groziła, że mnie zabije, jeśli będę próbowała jej ciebie odebrać - Justin zamiera, a jego oczy są wielkie jak spodki - Właśnie tak cudowna jest twoja żona. Urocza, czyż nie?
- Marie na pewno nie powiedziałaby czegoś takiego, Freyo - po tych słowach serce podchodzi mi do gardła. Cokolwiek nie powiem, on i tak mi nie uwierzy, więc postanawiam odpuścić - To za wiele jak na nią.
- Ależ ty jesteś idiotą - uśmiecham się smutno, a moja nadzieja odchodzi pokonana - To przez nią wylądowałam w szpitalu, to przez nią Gabriel, a nie, przepraszam, Aiden, wcześniej przyszedł na świat.
To przez jej groźby, przez jej zbyt mocny uścisk na mojej szyi i przez stres. Więc przestań jej bronić i wyjdź stąd. Nie chcę cię widzieć - zamykam oczy, przytulam do siebie synka, a w sali zapada cisza.
- O trzynastej przyjdziemy po Aidena - po tych słowach, które spychają mnie na samo dno, Justin wychodzi. Czuję ciepłe łzy, które spływają po policzkach, a serce roztrzaskuje się z hukiem. 
 



Justin POV:
Opieram plecy o ścianę, a ciepłe łzy zalewają moje policzki. Czuję się jak wielkie zero, jak nic nie warty śmieć, plątający się komuś pod nogami. Kim się stałem, skoro tak potwornie zraniłem kobietę, którą kocham? Przez te wszystkie miesiące miałem nadzieję, że uda mi się zebrać w sobie i zakończyć moje małżeństwo, aby być z moją piękną blondynką i naszym synem. To wszystko nie miało tak wyglądać, niestety sytuacja spieprzyła się diametralnie. Słowa mojej żony kompletnie mnie sparaliżowały. Wyszeptała, jak bardzo mnie kocha, że jestem dla niej najważniejszy, a potem dodała, że gdybym ją opuścił, zabiłaby się, bo sens jej życia by odszedł. Znam Marie i wiem, że byłaby do tego zdolna. Do dzisiaj pamiętam dzień, w którym doktor oświadczył, iż jest bezpłodna. Wtedy też groziła, że się zabije, ponieważ jest zepsuta, bezużyteczna. Zapewniłem ją, że sobie poradzimy, że to nie koniec świata i że jest mnóstwo innych rozwiązań, przez co odzyskała spokój. Gdybym odszedł, nie pozostałby jej już nikt. Będąc z Freyą, kochając się z nią, drżałbym ze strachu, czy Marie w tym samym momencie nie odbiera sobie życia...
 






niedziela, 30 września 2018

Rozdział dziewiętnasty


Freya POV:

Czas biegł jak szalony. Żyłam jak w bańce, z każdej strony otoczona opieką i miłością Justina. Ciąża zbliżała się do końca, do porodu zostało już tylko trzy tygodnie. Był środek stycznia, Nowy Rok, nowe plany, marzenia i cele. Święta spędziłam z Ronnie, chociaż Justin wpadł do mnie na chwilę. Sylwestra niestety nie dane nam było świętować razem, ponieważ Marie wymyśliła przyjęcie z przyjaciółmi. Mimo tego Justin i tak urwał się na chwilę, przyjechał i pocałował mnie, życząc wszystkiego dobrego. Ja życzyłam sobie samej, żeby Justin wreszcie się określił, jak mi obiecał. Dałam mu potrzebny czas, jednak od października niewiele się zmieniło. Obiecał mi, że zawalczy o "nas", ale efektów nie widziałam. Przygotowywał i siebie i Marie do tego, co miało nastąpić, ale nie robił w tym kierunku zupełnie nic. Kiedy pytałam go, kiedy wreszcie zamierza się rozwieść, schylał głowę i milczał. Czułam się potwornie z myślą, że być może nasza sytuacja nigdy nie wyjdzie na prostą, a nasz związek niebawem dobiegnie końca. Nie chciałam być tą drugą, a tak się czułam. Po porodzie zmian miało być jeszcze więcej, czego nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić. Nawet zaczęłam wywierać na nim lekką presję, aby go zmobilizować, ale nieoczekiwanie sprawy same się rozwiązały. Dokładnie piętnastego stycznia Marie nas przyłapała.

*wspomnienie*
Czekam na Justina, który obiecał wpaść wieczorem. Kiedy wychodzę z kuchni i idę do salonu, drzwi do mieszkania się otwierają. Jak zawsze wchodzi pewny siebie, przystojny, szarmancki, aż zasycha mi w ustach. Atmosfera natychmiast się zmienia, a w powietrzu czuć zapach pożądania. I nim mam szansę cokolwiek powiedzieć, Justin dopada do moich ust i całuje mnie tak, aż brakuje mi tchu. Odwzajemniam ten pełen pasji pocałunek, jednocześnie pozbywając się jego kurtki, szarego sweterka i t-shitu.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo tęskniłem - szepcze w pośpiechu, podsuwa w górę moją sukienkę i wślizguje dłoń pod bieliznę. Dotyk jego palców w moim wrażliwym miejscu wysyła w całe ciało milion dreszczy, które kumulują się w dole brzucha. Wbijam paznokcie na jego ramionach, poruszam biodrami, aby wziąć dla siebie jeszcze więcej, a na jego ustach pojawia się leniwy, seksowny uśmieszek - Ty chyba również tęskniłaś, hmm? - przygryza moją wargę, zabiera palce i zabiera się za spodnie. Nie kłopocze się, żeby całkowicie się ich pozbyć, jedynie zsuwa je z bioder, unosi moją nogę i wsuwa się delikatnie. Mój spory brzuszek nie jest dla niego przeszkodzą, nauczył się robić to tak, aby nam obojgu było wygodnie - Uwielbiam się z tobą kochać, aniołku. Jesteś cudowna - patrzy mi w oczy, a jego biodra pracują wytrwale. Nie potrzebuję dużo czasu, a w moim ciele wybucha orgazm. Jęczę w jego usta, zaciskam mięśnie dzięki czemu dochodzi zaraz po mnie. Jego oddech szaleje, a pod dłonią czuję, jak szybko bije jego serce. 
- J-Justin? - na dźwięk jej głosu zamieramy oboje. Justin przekręca głowę, a ja podążam zaraz za nim. W holu stoi Marie, patrzy na nas zszokowana, a jej twarz jest blada jak ściana - Mój Boże, co ty robisz?
- Marie? - wysuwa się ze mnie, zapina spodnie i przełyka ślinę. Szlag! - Cholera, kochanie, co tutaj robisz? 
- A ty? - jest spokojna, zdecydowanie za spokojna. Poznałam Marie i wiem, że potrafi wpaść w furię w przeciągu sekundy, jeśli coś idzie nie po jej myśli - Z-zdradzasz mnie z nią? Od kiedy? Powiedz mi!
- Od samego początku - Justin odpowiada pewnie, bez zająknięcia - Nie przestałem od pierwszego razu.
- To niemożliwe - kręci głową, jak w amoku. Nie spuszcza wzroku z Justina, w jej oczach pojawiają się łzy, ale jakoś mnie to nie wzrusza - P-przecież wciąż powtarzałeś, że mnie kochasz. Nie z-zrobiłbyś mi tego.
- Porozmawiamy w domu, dobrze? - podchodzi do niej, jednak Marie nie reaguje na jego dotyk - Chodźmy.
- Nie wierzę - unosi głowę, patrzy mu w oczy, a później, co nas zaskakuje, traci przytomność. 
*koniec*


Od tego dnia minęło cztery dni. Tylko raz rozmawiałam z Justinem, który tłumaczył, że Marie jest w kiepskim stanie. Wpadła w otępienie, była przybita, smutna i rozczarowana. Nawet spędziła dobę w szpitalu, podłączona pod kroplówkę. W głosie Justina słyszałam ból i poczucie winy. Jest dobrym człowiekiem, doskonale wiedziałam, że będzie się obwiniał. Nie pomyliłam się. Wziął wszystko na siebie,
a sprawa z rozstaniem ponownie zeszła na dalszy plan. W tamtym momencie zwątpiłam w to, że kiedykolwiek uda nam się stworzyć związek. Przygotowywałam się na najgorsze. Już raz Justin wbił mi nóż w plecy, odcinając się ode mnie i ratując swoje małżeństwo. Szykowałam się na drugi cios, ale było coś o wiele gorszego. Rozstanie z moim dzieckiem, które pokochałam, chociaż nawet nie widziałam go jeszcze na oczy. Każdy jego ruch rozczulał mnie i wyciskał z oczu łzy. Godzinami leżałam na kanapie i razem z Justinem zachwycaliśmy się tym niesamowitym zjawiskiem. Myśl o jego stracie była potworna!


Prasuję koszulę, kiedy do drzwi ktoś dzwoni. Odstawiam żelazko, przechodzę hol i otwieram. Uśmiecham się szeroko na widok stojących w progu Charlotte oraz Tobiasa. Od momentu, kiedy Justin zabrał mnie do swojego domu, utrzymywaliśmy stały kontakt. To niesamowite, jak ta dwójka się o mnie troszczyła. Dzwonili regularnie, zabierali mnie na spacery, do kawiarni, a nawet do swoich rodziców. Bardzo mnie polubili, oczywiście z z wzajemnością, a mama Justina ubolewała, że jej syn tkwi w toksycznym związku.
- Hejka, kochana! Byliśmy w okolicy i postanowiliśmy cię odwiedzić. Mów śmiało, jeśli ci przeszkadzamy.
- Zwariowałaś?! Wchodźcie, bardzo się cieszę, że was widzę. Akurat się nudziłam, więc zaczęłam prasować.
- Poważnie? Mogę konać z nudów, ale nigdy nie wzięłabym się za prasowanie. Jesteś szalona, Frey!
- Tak, to możliwe - uśmiecham się szeroko i prowadzę ich do salonu - Opowiadajcie, co u was słychać?
- Właściwie to nic się nie dzieje. No, oprócz tego, że Tobias wciąż liczy, że ukradnie cię Justinowi.
- Och, goń się siostra, okej? - burczy pod nosem, a ja chichoczę. Przy każdym spotkaniu Tobias uroczo ze mną flirtuje, kompletnie nie przejmując się tym, że pod sercem noszę dziecko jego brata - Ale swoją drogą, zastanów się nad tym poważnie. Jestem dobrą partią - puszcza mi oczko, na co się zawstydzam - Skoro mój brat nie może się zdecydować, szkoda twojego czasu na czekanie - ouć, tu trafia w punkt.
- A propos Justina - Charlotte wzdycha, spoglądając na mnie smutno - Ta suka Marie nie odstępuje go na krok, rozumiesz to?! Była w szpitalu i udaje wielce pokrzywdzoną. Ja wiem, że to tylko cholerna gra, widzę to w jej oczach. Chce zatrzymać przy sobie Justina kosztem wszystkiego. Ponoć dowiedziała się o waszym romansie, tak? - przytakuję, spuszczając głowę i wpatrując się w swoje dłonie - I świetnie, dobrze jej tak. Jaka szkoda, że mój brat ma klapki na oczach i zbyt wrażliwe serce, aby zobaczyć, co wyprawia ta wariatka. Zatrzymuje go przy sobie biorąc go na litość. No kurwa obłęd. Ona ma nierówno pod sufitem.
- Rozmawiałem z nim wczoraj wieczorem - spoglądam na Tobiasa zaciekawiona - Od słowa do słowa wspomniałem mu o tobie, aż cały się spiął. On cię kocha, Freyo, ja to wiem, bo jest moim bratem i doskonale go znam. Wiem też, że zgubił się gdzieś po drodze, a Marie ma na niego ogromny wpływ. Od samego początku miała nad nim kontrolę, manipulowała nim i wystarczyło, że zrobiła maślane oczy, a Justin przychylał jej cały świat. Jeśli mam być z tobą szczery, on jej nie zostawi. Nie da po prostu rady.
- Bredzisz, Tobi - Charlotte gani go spojrzeniem - On kocha Freyę, do Marie jest jedynie przywiązany. Sporo razem przeszli i myśli, że to wystarczy, aby trzymać się przy niej. Niech urodzi się dziecko, a otrząśnie się.
- To już całkiem niedługo, niewiele pozostało - uśmiecham się do siebie i układam dłonie na moim dużym brzuszku - Jeśli Justin z nią zostanie, będę musiała oddać im moje dziecko. Właśnie to mnie przeraża.
- Nie martw się, porozmawiam z nim i powiem mu, żeby wziął się kurwa w garść. Ma obok siebie tak cudowna kobietę, a marnuje życie przy manipulantce! Marie robi mu niezły kocioł w głowie. 


Wieczorem odwiedzam Dorothy. Z racji tego, że poród już tuż tuż, kontrole są dużo częściej. Podłącza mnie pod KTG i obie słuchamy bicia serduszka mojego synka. W moich oczach zbierają się łzy, a niepewność dobija. Czy faktycznie Justin nie da rady zostawić Marie i będę zmuszona oddać mojego maluszka? Przez cały czas tli się we mnie iskierka nadziei, że Justin postanowi odejść od rudzielca i wspólnie będziemy mogli wychować nasze dziecko. Jeśli tak się nie stanie, moje serce pęknie.

Spod kliniki odbiera mnie Justin, który wraca dzisiaj późno z pracy. Wita mnie czułym buziakiem i słowami; "Tęskniłem, aniołku". Obserwuję go kątem oka, w skupieniu prowadzi samochód, a jego szczęka jest zaciśnięta. Jest przygnębiony, przez co i mój humor gdzieś ulatuje. Wiem, że obecna sytuacja mocno go męczy, ale w końcu trzeba ją rozwiązać. Nie możemy żyć we trójkę, tak się po prostu nie da. Ma zamiar wychowywać z żoną moje dziecko i wpadać do mnie na numerki? Nigdy w życiu! To byłoby obrzydliwe.
- Jak czuje się twoja żona? - pytam, aby przerwać tę niezręczną, duszącą ciszę w samochodzie.
- Średnio. Od kiedy nakryła mnie na zdradzie, jest smutna. Nie wypomina mi tego, po prostu milczy, a to jest chyba jeszcze gorsze. Potwornie ją zraniłem, a nie to miałem w zamiarze. Cóż, ponoszę konsekwencje swojego zachowania - wzrusza ramionami i zatrzymuje się na światłach - Lepiej powiedz, jak ty się masz.
- Dobrze. Dorothy powiedziała, że mały waży niecałe trzy kilogramy i jest gotowy, aby przyjść na świat.
- Boże, nie mogę doczekać się tego momentu. Czekałem na to cztery lata plus dziewięć miesięcy.
- Na pewno będziesz wspaniałym ojcem, Justin. Jesteś dobrym człowiekiem, kochaj go również za mnie.
- O czym ty mówisz? - spogląda na mnie zdziwiony, marszcząc swoje grube brwi - Freyo, powiedz mi.
- To proste. Skoro nadal między nami nic się nie zmieniło, wychowasz nasze dziecko z żoną, nie ze mną.
- Nie mów tak. Zostało jeszcze trochę czasu, tak? Marie wydobrzeje i wtedy poproszę ją o rozwód.
- Oboje wiemy, że Marie ma na ciebie ogromny wpływ, manipuluje tobą, a ty jej na to pozwalasz.
- Dlaczego do cholery mówisz to samo, co moja rodzina, huh? - burczy wkurzony i z piskiem opon rusza ze świateł - Jestem dorosłym mężczyzną, nikt mną nie manipuluje, Freyo, a już na pewno nie kobieta.
- Więc jesteś ślepy, skoro tego nie widzisz. Marie nic nie dolega, po rozwodzie też będzie cierpieć.
- Skąd wiesz, że nic jej nie dolega, hmm? A może moja siostra nagadała ci na nią kolejnych bzdur?
- Była u mnie dzisiaj razem z Tobim. Twierdzi, że Marie udaje, aby litością zatrzymać cię przy tobie.
- Obie zwariowałyście! - podnosi głos, aż się wzdrygam - Marie mnie kocha, jest moją żoną, a wy ubzdurałyście sobie coś w tych głowach i paplacie jęzorami bez końca! Znam ją od siedmiu lat, nigdy nie zrobiła nic, aby mnie zranić, więc przestańcie. Obie! - obrzuca mnie wściekłym spojrzeniem, parkuje przed apartamentem i ściska kierownicę, aż bieleją mu palce - Uciekaj, aniołku. Odpocznij. Zadzwonię później.
- Nie musisz - szepczę cicho, wyskakuję z samochodu jak z procy i wchodzę do klatki.

Biorę długą kąpiel, próbując się rozluźnić. Nie udaje mi się to, przez co powracają dziwne bóle brzucha, które czułam w trzecim miesiącu. Krzywię się na skurcz, który jest dość bolesny i chwytam brzeg umywalki. Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale przeczuwam, że to przez nadmiar stresu. Dorothy zaleciła dużo odpoczynku przed porodem, niestety Justin zafundował mi niezłą pogadankę. Nie mam mu za złe, że broni własnej żony, pewnie będąc mężatką też stanęłabym w obronie ukochanej osoby. Może jest zmęczony tym, że Charlotte wciąż truje mu głowę, narzekając na Marie. W końcu Justin zna ją najlepiej.

Gaszę światła, kierując się do sypialni. Dochodzi dwudziesta druga, po szklance ciepłego mleka czuję się ciut lepiej, chociaż nadal czuję to bulgotanie w brzuchu. W dodatku mały nie wierci się jak zawsze, a to odrobinę mnie martwi. Jakby tego było mało, ktoś zaczyna walić do drzwi - dosłownie. W ruch idą pięści,
a ja zaczynam się bać. Nie mam pojęcia, kto postanowił złożyć mi wizytę i to w dodatku o tej godzinie,
ale kiedy tylko uchylam drzwi, krew odpływa mi z twarzy. Przede mną stoi Marie, która wbija we mnie te zielone ślepia i uśmiecha się triumfalnie. W tym momencie wiem już, że to będzie ciężka rozmowa.
- Witaj - wchodzi do środka, jakby była u siebie i trzaska drzwiami - Postanowiłam złożyć ci wizytę, aby raz na zawsze dobitnie wyjaśnić sytuację, w której się znalazłaś. Jak widzisz, czuję się wspaniale - obraca się, a jej zwiewna sukienka wiruje wokół. Podziwiam ją, że nie jest jej zimno, mamy styczeń do diaska! - Myślałaś, że nie podejrzewałam tego, co się dzieje? - poważnieje, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i przyciska mnie do ściany - Czułam, że mój mąż cię posuwa, ale nie miałam pewności, aż do tego pięknego dnia, kiedy was nakryłam. Wspaniała gra aktorska, czyż nie? - puszcza mi oczko, prychając dumnie - Wystarczyło poudawać wielce skrzywdzoną, popłakać, wylądować w szpitalu, a mój mąż przybiegł niczym pies obronny, aby się mną zaopiekować. Jest kochany, wiesz? Dba o mnie, przytula, ściera z policzków łzy i odgania smutek. Kocha się ze mną nocami, czasami delikatnie, a momentami pieprząc mnie ostro - przenosi dłoń na moją szyję, a strach miażdży mi wnętrzności. W jej oczach dostrzegam obłęd, który mnie paraliżuje - Justin jest mój, ty mała dziwko, nigdy ci go nie oddam. Może cię kochać i posuwać, ale nigdy, kurwa, nie, będzie, twój! - syczy wprost w moją twarz, a ja wstrzymuję oddech. Próbuję grać twardą, ale łzy już czają się gotowe do wypłynięcia. Zdaję sobie sprawę, że Marie nie pozwoli nam być razem - Jesteś tak beznadziejnie naiwna, że aż mi ciebie żal. Żałosna dziewucha, która poleciała na grube miliony, ale rozumiem cię. Byłaś na dnie, a pół miliona to nie byle jaka kwota, prawda? - przechyla głowę, uważnie mi się przyglądając. Mój oddech szaleje i w tym momencie naprawdę się boję. Nie o sobie, ale o Gabriela - Jeśli spróbujesz odebrać mi Justina, zniszczę cię. Wyciągnę przeciw tobie najcięższe działa, moja droga, ale nie dopuszczę, abyś mi go zabrała. Jest moim mężem, moją własnością i tak zostanie już na zawsze. Niebawem urodzisz nasze dziecko - uśmiecha się złośliwie, przykładając dłoń do mojego brzuszka - A potem znikniesz z naszego życia. Jeśli tego nie zrobisz... - przysuwa usta do mojego ucha, a to, co mówi, przeraża mnie do szpiku kości - ... zabiję cię i nawet nie drgnie mi powieka - odsuwa się, schyla i mówi do mojego brzucha - Do zobaczeni niedługo, syneczku. Mamusia na ciebie czeka - po tych słowach całuje go czule, ostatni raz łypie na mnie z mordem w oczach i wychodzi, trzaskając drzwiami.
Osuwam się w dół, otulam brzuch dłońmi i wybucham płaczem. Moje serce zaciska niewidzialna pięść, a ostatnia iskierka nadziei ucieka pokonana. Cała drżę, a jej okrutne słowa niczym echo odbijają się w mojej głowie. Nie wierzę, że w jednej chwili potrafi się tak zmienić. Raz słodka, niemal do porzygu, a za chwilę suka, gotowa wbić nóż prosto w serce. Jedno jest pewne; nie chcę zadzierać z tą kobietą.

Nie wiem, ile czasu mija. Może pięć minut, może dwadzieścia, a może godzina. Do świadomości przywraca mnie potworny ucisk w brzuchu i coś mokrego, co spływa mi po nogach. Zaczęło się...





piątek, 28 września 2018

Rozdział osiemnasty


Freya POV: 

W środę budzi mnie dzwonek do drzwi. Jestem zdziwiona, kto składa mi wizytę o dziewiątej rano, więc niechętnie zwlekam tyłek z łóżka i człapię otworzyć. Wiem, że po drugiej stronie stoi ktoś, kogo się nie spodziewam. Justin posiada klucze, a Ronnie wchodzi jak do siebie. Nie mylę się, kiedy tylko uchylam drzwi, a po drugiej stronie stoi uśmiechnięta od ucha do ucha Marie. Mam ochotę walić głową w ścianę.
- Przepraszam, że przyjechałam tak wcześnie, ale musiałam cię zobaczyć! - piszczy uradowana, pakuje się do środka i rzuca kolorowe torby na podłogę. Przewracam oczami, dołączam do niej i siadam na kanapie - Justin powiedział mi, że to chłopiec! - szlag! - Tak bardzo się cieszę, Freyo! Mam ochotę podarować ci cały świat za to, co dla nas robisz - jej słowa są niemal jak policzek, przywracający mnie do rzeczywistości. Nie ma pojęcia, co ją niebawem czeka. Jeśli Justin planuje rozwód, nigdy nie weźmie w ramiona mojego syna. Jasna cholera, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej - Justin wybrał już dla niego imię, Aiden.
- P-piękne - jąkam się zaskoczona, ledwo mogąc wydukać z siebie to jedno słowo. Co on wyprawia?
- Tak, zdecydowanie! Będzie idealnie pasować. Aiden Price. Ach! Będę go kochać i rozpieszczać.
- Wierzę. Na pewno będziesz wspaniałą mamą, Marie - burczę pod nosem, starając się zachować pozory. Jej wizyta wytrąciła mnie z równowagi, a mój dobrze zapowiadający się dzień, zmienia się w porażkę.
- Należą ci się przeprosiny, Freyo - siada obok i chwyta moją dłoń. Odruchowo chcę ją zabrać, ale jakimś cudem się powstrzymuję - Wybacz, że zaniedbaliśmy cię przez ten miesiąc, ale musieliśmy pobyć we dwoje z Justinem. Ostatnio miał dla mnie bardzo mało czasu, praca pochłaniała każdą chwilę i coś zaczynało się... kruszyć. Kochamy się, zawalczyliśmy i jesteśmy szczęśliwi - uśmiecha się czule, a żołądek podchodzi mi do gardła. Boże. Komu powinnam wierzyć? Nie mam ochoty zgadywać, kto mówi pieprzoną prawdę!
- Spokojnie. Nie musisz mi się tłumaczyć, rozumiem to. Cieszę się, że udało wam się wyjść na prostą.
- Tak, ja również się cieszę. O miłość trzeba dbać zawsze, nie od święta. Jeśli się ją zaniedba, pewnego dnia wygaśnie - tsa, coś w tym jest - Czy mogłabym dotknąć twojego brzucha? - zawstydza się, a moje zaskoczenie wybija skalę. Tylko Justin go dotyka, ewentualnie Ronnie, ale nikt obcy. Cholera, to strasznie krępujące! - Tylko na sekundę - przytakuję głową, próbując ukryć zażenowanie. Marie niepewnie układa dłoń na moim brzuchu i czule gładzi go kciukiem. Mam ochotę wtopić się w kanapę - To musi być niesamowite uczucie, nosić w sobie nowe życie. Pragnęłam dać Justinowi dużo dzieci, niestety nie jest to możliwe. Dziękuję ci, Freyo - ociera pojedynczą łzę, wpatrując się w mój brzuch. 


Po południu umawiam się z Charlotte, która do mnie zadzwoniła. Nie spodziewałam się telefonu akurat od niej, ale bardzo się ucieszyłam. Polubiłam ją niemal od razu, ponieważ była zabawna, roztrzepana i miła. Potraktowała mnie jak kumpele, chociaż praktycznie w ogóle się nie znamy. W dodatku zdradziła ważne szczegóły na temat Marie. Wierzyłam jej i zamierzałam być ostrożna w stosunku do rudzielca.
- O.em.dżi, ależ ty pięknie wyglądasz, dziewczyno! - krzyczy wesoło, aż kilka osób odwraca wzrok, ale ona się tym nie przejmuje i miażdży mnie w uścisku - Kwitniesz, moja droga! Och! I urósł ci brzuszek!
- Cóż, skoro jestem w ciąży to chyba całkiem normalne, prawda? - puszczam jej oczko, chichocze pod nosem i ciągnie mnie w stronę niebieskiej kanapy pod oknem - Dawno cię nie widziałam. Jak się masz?
- Świetnie, ale nauka wyszła na pierwszy plan i wiesz, jaki to ból. A ty? Jak się czujesz? Jak dzidziuś?
- Czuję się dobrze, a raczej rewelacyjnie. Nic mi nie dolega, nie mam żadnych dolegliwości, więc nie narzekam. Z dzidziusiem wszystko w porządku, rośnie jak na drożdżach. Poznaliśmy płeć. To chłopiec.
- Poważnie?! - piszczy głośno, aż mam chęć zatkać sobie uszy. Siedzący nieopodal mężczyzna kręci głową zdegustowany zachowaniem Charlotte - Rany! To takie ekscytujące, Freyo! A imię już macie?
- T-tak - zakładam kosmyk włosów za ucho i myślę, które powiedzieć. Stawiam na to, które wymyślił Justin, skoro powiedział o nim Marie. Lepiej nie mieszać - Justinowi bardzo spodobało się Aiden, Marie również.
- Ble, mogłaś o niej nie wspominać - wystawia język z obrzydzenia, a ja nie mogę powstrzymać szerokiego uśmiechu - Wciąż nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. Ostatnio, kiedy wspomniałam o tobie przy obiedzie, szlag ją trafił. Nie masz pojęcia, jaki mieliśmy ubaw z Tobiasem - porusza brwiami, siorbiąc przez słomkę mrożoną kawę - Nie mam zamiaru być miła dla kogoś, kto nie jest miły dla mnie. Marie to suka.
- Była u mnie dzisiaj - Charlotte wybałusza oczy i przysuwa się nieco bliżej - Wpadła jak tornado, cała rozpromieniona na wieść, że to będzie chłopiec. Najgorsze było to, kiedy zapytała, czy może położyć dłoń na moim brzuchu. Nie masz pojęcia, jak niezręcznie się wtedy poczułam. To było... dziwne!
- Poważnie to zrobiła? Cholera, to niestosowne! Rozumiem Justina, jest ojcem, ale ona? Ledwo się znacie.
- Dokładnie. Ciebie też nie znam zbyt dobrze, ale nie miałabym nic przeciwko, gdybyś chciała go dotknąć. Po prostu Marie ma w sobie coś takiego, co mnie od niej odpycha. Niby gra miłą, ale taka nie jest.
- Oczywiście, że nie jest. Przywdziała maskę idealnej żony i synowej, gra przed moimi rodzicami, którzy biedni nie mówią nic złego, bo nie wypada. Ja to pieprzę. Poznałam jej prawdziwą twarz, a to, że zrobiła z mojego brata swojego pupilka doprowadza mnie do pieprzonego szaleństwa. Cholerna ruda jędza!
- Justin wspominał mi o rozmowie z mamą. Wiesz, że powiedziała mu, że powinien wziąć rozwód?
- Okej, robi się coraz ciekawej - Charlotte klaszcze w dłonie, a jej uśmiech jest przeogromny! - Mama ma dobry wpływ na Justina i jest jedyną osobą, której zdanie bierze pod uwagę. Ona widzi, jak bardzo się męczy, że coś się zepsuło, wypaliło i być może przyszedł czas na zmianę. Helloł! Ludzie biorą ślub, rozwodzą się, a potem biorą go znowu, takie czasy. Nie wiem, co stopuje mojego brata. Widzę cię na oczy po raz drugi, a już cię uwielbiam, dziewczyno! Chciałabym mieć taką bratową. Justin musi działać.
- Ja również cię uwielbiam, Charlotte, ale daj Justinowi trochę czasu. Spędził z Marie długie, cztery lata, nie może walnąć jej ot tak, że chce rozwodu. Żadna kobieta nie zasługuje na coś tak okrutnego.
- I tu się mylisz moja droga. Karma to suka, zawsze wraca. Do Marie też wróci, to tylko kwestia czasu. 


W drodze do domu piszę wiadomość do Justina i proszę, aby wyjaśnił mi, dlaczego powiedział Marie o drugim imieniu. Może to nieistotny szczegół, ale chciałabym to wiedzieć. O ile sobie przypominam, imię Gabriel bardzo mu się spodobało, więc dlaczego nagle zmienił zdanie? Na szczęście odpisuje dość szybko, niestety nie dowiaduję się tego, co chcę wiedzieć. Pisze tylko, że porozmawiamy w cztery oczy. 

O siedemnastej wyskakuję do pobliskiego supermarketu. Nim mam jednak szansę do niego dotrzeć, przy krawężniku zatrzymuje się biały SUV. Doskonale wiem, do kogo należy, ponieważ widziałam go, kiedy przyjechała do domu Justina za miastem. Jest ostatnią osobą, z którą mam ochotę rozmawiać. Szlag!
- Hej - wyskakuje z auta z tym sztucznym uśmiechem, od którego mnie mdli i ściska mnie na powitanie - Ja tylko na moment. Chciałam zapytać, czy masz jutro czas? Chętnie zabrałabym cię na zakupy. Co ty na to?
- Na zakupy? Ale ja niczego nie potrzebuję, Marie. To miłe, ale naprawdę niepotrzebne. Nie kłopocz się.
- Ależ to żaden kłopot, Freyo! Jestem na siebie zła, że cię zaniedbałam, dlatego chcę nadrobić ten stracony czas. Pójdziemy na obiad, na zakupy, a potem może odwiedzimy spa? Masaż dobrze ci zrobi.
- Niestety jutro jestem na uczelni. Mam wykłady od dwunastej do siedemnastej, a potem będę zmęczona.
- Och, szkoda. Może lepiej odpuść sobie zajęcia, aż do porodu? Nie powinnaś się za bardzo przemęczać.
- Dziękuję za twoją troskę, ale nie przesadzajmy. Ciąża to nie choroba, a na wykładach tylko siedzę.
- No właśnie! Ciągłe siedzenie nie jest dobre, Freyo. Mogą puchnąć ci nogi, powinnaś o tym pomyśleć.
- Nie mam zamiaru zaniedbywać studiów przez ciążę, ponieważ czuję się świetnie i dziecko ma się dobrze.
- Mam taką nadzieję. Nie chciałabym wydać pół miliona dolarów na coś uszkodzonego - obrzuca mnie obojętnym spojrzeniem, odwraca się i wsiada do swojego wypasionego samochodu, po czym odjeżdża z piskiem opon. Stoję z uchylonymi ustami i nie dowierzam, że coś takiego przeszło jej przez gardło. 


Przygotowuję kolację, na którą zapowiedział się Justin. Robię moją ulubioną, makaronową zapiekankę, a na deser rogaliki z czekoladowym nadzieniem. Staram się zająć czymś myśli i nie zaręczać się Marie, która dzisiaj ostro przesadziła. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby powiedzieć coś takiego? Tak, zdaję sobie sprawę, na co się pisałam, ale czy musiała tak dobitnie mi o tym przypomnieć? W jednej chwili ze słodkiej kobiety zmieniła się w zimną sukę bez uczuć. Nie dziwię się Charlotte, że jej tak bardzo nienawidzi.
- Gdzie jesteś, aniołku? - Justin sprowadza mnie na ziemię. Unoszę głowę, a jego lekki uśmiech odgania smutek - Stoję tutaj od kilku minut, a ty lepisz te rogaliki i nawet nie mrugniesz. Co jest, maleńka?
- Nic wielkiego, po prostu się zamyśliłam. Lepiej daj mi buzi - oblizuje usta, w drodze zsuwa z ramion kurtkę, odwiesza ją na oparcie krzesła i porywa mnie w swoje ramiona, po czym całuje namiętnie.
- Mmm, smakujesz czekoladą. Mam ochotę posmarować nią twoje ciało i zlizywać kawałek po kawałku.
- H-hej - zawstydzam się na jego słowa, ale pożądane już rozchodzi się ciepłem po moim ciele. To dziwne, ale moje libido skoczyło zdecydowanie w górę - Najpierw kolacja. Będzie makaronowa zapiekanka.
- Brzmi świetnie - ostatni raz cmoka mnie w usta, siada po drugiej stronie wyspy kuchennej i opiera łokcie na blacie, po czym wlepia we mnie te brązowe ślepia - Marie mówiła mi, że cię odwiedziła - i mój spokój szlag trafia. Jaka szkoda, że musiał o niej wspomnieć - Co się dzieje, Freyo? Czy coś ci powiedziała?
- Właściwie oprócz tego, że napomknęła, iż powinnam odpuścić sobie zajęcia i że za uszkodzone dziecko nie da mi pół miliona, to chyba nic - obojętnie wzruszam ramionami, a Justin głośno wciąga powietrze.
- Co?! Nie wierzę, że posunęła się tak daleko! Zwariowała? Jakim prawem odezwała się do ciebie w ten sposób?! Nawet słowem nie pisnęła, jak cię potraktowała. Szczebiotała wesoło, że zaprosiła cię na zakupy!
- Zrobiła to. Odmówiłam, ponieważ nie chcę spędzać czasu z twoją żoną, tego nie było w umowie. Po tym się zezłościła i wyskoczyła z tekstem, że studia to kiepski pomysł, bo się przemęczam. Od słowa do słowa doszła do pieniędzy, których mi nie da, jeśli zaszkodzę dziecku. Nie chcesz wiedzieć, jak się poczułam.
- Boże, Freyo, tak mi przykro - zrywa się na równe nogi, bierze z moich dłoni ciasto i odkłada je na blat, a potem obejmuje mocno. Zamykam oczy i odprężam się w jego silnych ramionach - Nie obawiaj się, sprowadzę ją do pionu. Nigdy nie powinna była mówić czegoś takiego. Kompletnie jej odbiło.
- Ja wiem, jakie mam zadanie do wykonania, chociaż liczę na to, że weźmiesz sprawy w swoje ręce, Justin - unoszę głowę, aby spojrzeć mu w oczy, w których widzę tę miłość, którą mnie darzy - Zrobisz to?
- Zrobię, aniołku. Uwierz we mnie, daj mi czas i pozwól działać. Marie się nie przejmuj, pogadam z nią.

- W porządku. Po prostu nie chcę, żeby mówiła takie rzeczy. Nie jest mi łatwo, nie musi mnie dobijać.
- Oczywiście, rozumiem to doskonale. Nie mam pojęcia, co w nią wstąpiło, ale grubo przesadziła.
- Dlaczego powiedziałeś jej o drugim imieniu? Myślałam, że spodobało ci się moje imię. Zmieniłeś zdanie?
- Nie, maleńka, nie zmieniłem - uśmiecha się czule i odgarnia kilka kosmyków moich włosów. Nawet takie gesty ogromnie mnie cieszyły - Po prostu... pomyślałem, że zostawię to imię w tajemnicy, aby było tylko dla nas. Nie chcę, aby Marie o nim wiedziała. Wiesz, co mam na myśli? - przytakuję, a wzruszenie odbiera mi mowę - Nasz syn będzie miał na imię Gabriel, ale na razie nikt nie musi o tym wiedzieć. Kiedy uporządkuję swoje sprawy, a liczę na to, że będzie to przed porodem, urodzisz, a potem go ochrzcimy.

- Och, Justin. Jestem taka szczęśliwa - uśmiecham się przez łzy, które po chwili moczą moje policzki.

Po kolacji wylegujemy się na wygodnym, ogromnym łóżku w sypialni. W tle leci jakiś film, jednak Justin skupia uwagę na moim brzuchu. Podwinął koszulkę do góry, kreśli palcem różne wzory i co chwilę go całuje. Patrzę na niego z rozczuleniem, ponieważ nie spodziewałam się, że tak wczuje się w rolę. Jeszcze kilka dni temu wylewałam za nim łzy, a teraz jest tutaj ze mną, z naszym dzieckiem. 




******************************************
Hejo! :)
Rozdział taki "przejściowy", w kolejnym przeskok czasowy :)
Czuwajcie, bo pojawi się w weekend :D

Buziaki

Kasia







wtorek, 25 września 2018

Rozdział siedemnasty


Justin POV:

Miesiąc bez Freyi. Pieprzone trzydzieści dni przygnębienia, zawieszenia i udawania. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie cierpię, bo ból nie opuszcza mnie od dnia, kiedy widziałem ją po raz ostatni, a było to na początku września. Boże! Dzisiaj wybił trzeci październik, naprawdę nie widziałem jej tak długo?
Nie mam pojęcia, jak przeżyłem ten miesiąc. Mam wrażenie, że moja dusza uleciała gdzieś wysoko, a ciało pchało mnie do przodu. Czułem się jak wrak człowieka, na zewnątrz jednak nadal byłem szefem firmy, która pięła się w górę. Zawsze zadbany, z ułożonymi włosami, w drogim garniturze, niedający po sobie poznać, co dzieje się wewnątrz mnie. A działo się dużo, bardzo dużo. Moje serce umierało z tęsknoty, pragnęło jedynie Freyi, ale uparłem się, że nie mogę jej zobaczyć. Jeśli bym to zrobił, złamałbym się i cały proces zacząłby się od nowa, a na to pozwolić sobie nie mogłem. Kochałem swoją żonę, która odżyła, wypiękniała i tryskała szczęściem. Cieszyłem się, że przynajmniej ona jedna jest zadowolona. Tylko to się dla mnie liczyło. Zraniłem ją, robiłem to przez cztery miesiące, a ona nawet o tym nie wiedziała. Sam nie wiem, jak mogłem po tym wszystkim spojrzeć sobie w oczy. Nie zasłużyła na coś tak okrutnego, niestety to było silniejsze ode mnie. Walczyłem z uczuciem do Freyi, ale poddałem się zbyt szybko i wylądowałem w jej ramionach. Uzależniła mnie od siebie, była jak najlepsza kawa, którą kochałem pić w pracy. A potem postanowiłem to przerwać, odciąć się od niej i skrzywdzić tak, jak skrzywdziłem żonę. 


Po pracy jadę mamy. Chciała się ze mną spotkać, na szczęście była sama, za co dziękowałem Bogu. Charlotte i Tobias to ostatnie osoby, które chciałem dzisiaj zobaczyć. Kochałem ich szczerze, ale w tym momencie wbiliby mi nóż w plecy, pytając o Freyę. Nie umiałbym im odpowiedzieć.

Parkuję na podjeździe, wchodzę do domu i idę przez hol, aby dotrzeć do kuchni. Mama jak zwykle urzęduje w swoim królewskie, miesza coś w misce, a na mój widok marszczy brwi. Doskonale mnie zna, nie musi pytać, aby wiedzieć, że coś jest nie tak. Moja twarz mówi jej więcej, niż mogłyby powiedzieć słowa.
- Boże, syneczku! Co się stało? - rozwiązuje różowy fartuszek, podchodzi i miażdży mnie w matczynym uścisku. Obejmuję ją mocno, zamykam oczy, a po moich policzkach płyną łzy. Pozwalałem sobie na to jedynie w samotności, aby nikt nie widział mojego cierpienia - Przerażasz mnie, co się dzieje?
- Zostawiłem ją, mamo. Z-zostawiłem - jąkam się jak dzieciak, a moje ciało drży niekontrolowanie.
- Och, chyba nie mówisz o Freyi? - przytakuję, bo to jedyne, na co mnie stać - Ale dlaczego, Justin?
- Bo ją kocham, mamo. Bardzo! Marie nie zasługuje, abym był dla niej takim fiutem. To moja żona.
- Och, skarbie - głaszcze mnie po plecach, a ja czuję się jak mięczak. Mam trzydzieści jeden lat, a szukam pocieszenia w ramionach matki - Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo się męczysz, wiesz? Dlaczego wmawiasz sobie tak wiele rzeczy, które nie są prawdą, hmm? Nie kochasz Marie tak, jak dawniej.
- To prawda, ale kiedy patrzę jej w oczy i widzę tę wielką miłość, którą ona mnie darzy, nie potrafię nic zrobić. Spędziłem z nią łącznie siedem lat. Przeżyliśmy ciężkie chwile, pragnęliśmy dziecka. Nie masz pojęcia, ile łez wylaliśmy po tym, kiedy dowiedzieliśmy się, że jest bezpłodna. Jak mam ją zostawić?
- Nie wiem - odpowiada cicho, odsuwa mnie i patrzy mi w oczy - Jesteś do niej bardzo przywiązany, ale to już bardziej przyzwyczajenie, niż miłość, synku. Sam siebie unieszczęśliwiasz. Chcesz tak żyć?
- Nie mam pojęcia - ocieram łzy, przecieram twarz rękami i biorę się w garść - Nic już nie wiem. 


Parkuję na dobrze znanej mi ulicy. Wychodzę z samochodu, spoglądam w górę i odliczam pięćdziesiąte siódme piętro, na którym mieszka Freya. Nie powinno mnie tutaj być, a mimo to jestem, stoję przed ogromnym apartamentowcem i głowię się, czy powinienem wejść na górę. Mama jeszcze długo suszyła mi głowę, próbując wytłumaczyć, jak źle postępuję. Może miała rację, ale nie mogłem tak po prostu opuścić Marie. Do dzisiaj pamiętam jej załamanie, kiedy nadeszły ciężkie dla nas dni. Jak zareagowałaby na wieść, że odchodzę do kobiety, która miała nam urodzić dziecko? To by ją złamało, a wszystkiemu winny byłbym ja. Niby jak udźwignąć na swoich barkach taki ciężar? Nie jestem na to gotowy, jeszcze nie teraz.
- Co ty tutaj robisz? - wściekły głos Ronnie sprowadza mnie na ziemię. Schylam głowę, patrzę jej w oczy, ale te rzucają jedynie pioruny - Tak po prostu stoisz i się gapisz? Kurwa! Co jest z tobą nie tak, koleś?
- Zastanawiam się, czy powinienem wejść na górę - wsuwam dłonie w kieszenie jeansów, a Ronnie prycha.
- Najchętniej powiedziałabym ci, żebyś spieprzał tam, skąd przyszedłeś, ale nie mogę decydować za Frey. Wiedz tylko, że to, co jej zrobiłeś, było ciosem poniżej pasa, wiesz? - wtyka palec w mój tors i mimo tego, że jest sporo niższa, podziwiam ją za odwagę - Przychodziłeś wtedy, kiedy miałeś ochotę na amory, ba, zakochałeś się w niej, zamiast odejść zaraz po tym, jak udało jej się zajść w ciążę. Mydliłeś jej oczy, mając żonę, a potem odszedłeś i zostawiłeś ją, jakbym była śmieciem - spluwa z pogardą, a ja mam ochotę zniknąć. To, co teraz czuję wręcz wgniata mnie w ziemię - Na dodatek jest w ciąży i jest to twoje dziecko. Powinieneś jej pomagać, wspierać, bo jest jeszcze taka młoda! Ty ją w to wszystko wciągnąłeś, więc teraz ty ją z tego wygrzebiesz. Gówno mnie obchodzi, jak to zrobisz - po tych słowach odwraca się i po prostu odchodzi, zostawiając mnie samego. Gapię się w jej plecy zszokowany, ale i zmobilizowany do działania.
- Dajesz, stary - szepczę do siebie, poprawiam kurtkę i wreszcie wchodzę do budynku. Jazda windą na górę mija szybciej, niż bym tego chciał, a kiedy przemierzam długi korytarz, mój żołądek wywija salto. Jestem potwornie zestresowany i boję się, że Freya zamknie mi drzwi przed nosem. Nie zdziwiłabym się. W końcu sobie na to zasłużyłem - Nie biadol - karcę samego siebie, unoszę dłoń i pukam dwa razy. Słyszę odgłos bosych stóp, uderzających o płytki, a po chwili drzwi się otwierają, ukazując w progu moją dziewczynkę. Chryste! Mam ochotę rozpłakać się na jej widok! Mam wrażenie, jakbym nie widział jej o wiele dłużej.
- Justin? - pyta tak cicho, że ledwo ją słyszę. Patrzy na mnie zaskoczona, lekko rozchyla usta, a po chwili zaciska je, jakby przypomniała sobie to, co zrobiłem - Nie spodziewałam się ciebie. Co tutaj robisz?
- Jestem? - odpowiadam pytająco, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy - Możemy porozmawiać?
- T-tak - przepuszcza mnie w drzwiach, wchodzę do środka i idę wprost do salonu. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to biała teczka z umową, o której już zapomniałem. Jest niedomknięta, dzięki temu dostrzegam podpis Freyi - Więc? O czym chciałeś porozmawiać? - staje pod oknem, niepewnie mi się przyglądając.
- Boże, tak bardzo za tobą tęskniłem - nim mam szansę przeprosić, rozpadam się. Klękam przed nią, przytulam się do jej znacznie większego brzucha i szlocham jak małe dziecko, trzęsąc się jak galareta. Przez chwilę Freya stoi spięta, jakby mój dotyk ją sparaliżował, a po chwili czuję na głowie jej dłonie. Wsuwa palce w moje włosy, przeczesuje delikatnie, co przypomina mi wszystkie chwile, kiedy to robiła.
- Ja też za tobą tęskniłam, Justin - szepcze cicho, unoszę głowę, a na jej policzkach dostrzegam łzy, które ciurkiem płyną w dół - Liczyłam, że się pojawisz, ale ty nie przychodziłeś. Dlaczego dałeś mi nadzieję?
- Wybacz mi - staję na nogi, ujmuję jej twarz w dłonie i całuję w czubek nosa - Błagam cię, wybacz mi, aniołku. Nie chciałem tego, nie chciałem cię zranić, przysięgam na wszystko! Kocham cię, potwornie cię kocham, a moje uczucie wszystko skomplikowało. Powinienem był odejść, póki był na to czas, ale uzależniłaś mnie od siebie. Odseparowałem się na miesiąc i spójrz, gdzie teraz jestem. Przy tobie.
- Pytanie tylko, na ile będziesz? Oboje wiemy, że to nie ma przyszłości, Justin. Jesteś żonaty.
- Wiem, ale wiem też, że nie mogę bez ciebie żyć, aniołku. Zrozumiem jeśli wykopiesz mnie stąd i nie będziesz chciała widzieć nigdy więcej, ale wiedz, że cierpiałem przez ten cholerny miesiąc.

- Nie tylko ty cierpiałeś, ja również. W dodatku zostałam całkiem sama, nawet niczego mi nie wyjaśniłeś. Po prostu wyszedłeś bez słowa i nie pojawiłeś się ani razu, a ja czekałam na ciebie i tęskniłam.
- Ja też, skarbie, uwierz mi - wzdycham ciężko i opieram czoło o jej - Kocham cię, tylko tyle wiem. Nie znam przyszłości, nie wiem, co z nami będzie, ale pragnę być przy tobie. Proszę, pozwól mi.
- Dlaczego mam ci pozwolić? Żeby za kolejny miesiąc, góra dwa ponownie przechodzić przez to samo?
- Nie wiem, co mam ci powiedzieć - zapada cisza, która straszliwie mi ciąży. Chciałbym ją zapewnić, że wszystko będzie dobrze i jakoś to się ułoży, ale nic nie przechodzi mi przez gardło. Nie chcę karmić ją niepewnością, bo tym teraz jesteśmy - Powiedz, że mnie kochasz, Freyo. Tak dawno tego nie słyszałem.
- Kocham cię, Justin, tego jednego jestem pewna. Niestety co do reszty nie mam pew... - nie pozwalam jej dokończyć. Miażdżę jej usta swoimi, a pożądanie wybucha między nami niczym bomba, eksplodując znajomym ciepłem. Czuję się jak narkoman na głodzie, który po długiej przerwie wreszcie ma okazję wcisnąć w siebie najlepszą działkę w życiu. Nie chcę rozmawiać, za bardzo się stęskniłem, aby tracić na to czas - J-Justin, nie możemy - jej opór jest słaby, mówi co innego, a robi co innego. Oddaje mi się, odchyla głowę, abym miał lepszy dostęp do wrażliwego miejsca na szyi, który doskonale znam. Kiedy tylko docieram w znajome rejony, przygryzam skórę i dmucham, aby załagodzić ból. Jęk Fryi rozbudza we mnie wulkan podniecenia - D-dlaczego znowu mi to robisz? - dyszy ciężko, wsuwając dłonie pod mój t-shirt.
- Ponieważ cię kocham - mówię pewnie, biorę ją na ręce i zanoszę do sypialni. W mgnieniu oka pozbywam się naszych ciuchów, a kiedy przyglądam się jej nagiemu ciału, wzruszenie chwyta mnie za serce - Tak pięknie wyglądasz w ciąży. Jak się czuje mój dzidziuś? - układam się obok i przykładam dłoń do brzuszka.
- Dobrze. Rośnie - Freya układa dłoń na moich, a kciukiem głaszcze ich wierzch - Jutro mam wizytę.
- Och, mogę pójść z tobą? - pytam niepewnie, na szczęście Freya przytakuje głową - Dziękuję. Nie mogę się już doczekać, aż ponownie je zobaczę, ale teraz chciałbym się z tobą kochać. Pozwolisz mi na to? - patrzymy sobie w oczy, a chwila, w której nic nie mówi jest dla mnie męczarnią. Mam wrażenie, że zaraz mnie przeklnie, pośle do diabła i tyle będę ją widział. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy lekko przytakuje głową - Jesteś wspaniała, aniołku. Obiecuję, że wynagrodzę ci ten ciężki miesiąc.



Freya POV:
Czy jestem głupia? Tak. Czy jestem naiwna? Tak. Czy jestem zakochana? Niestety, kurwa, tak! I właśnie ten mały szczegół burzy wszystko. Nie planowałam tego, co się niedawno wydarzyło. Nie chciałam z nim spać i ponownie przeżywać tego, co działo się przez długie, trzydzieści dni. Jaka szkoda, że moje głupie serce kompletnie zwariowało, olewając głos rozsądku. Kiedy zobaczyłam go w progu swojego mieszkania, miałam wrażenie, że gapię się na ducha. Już zapomniałam, jak to jest mieć go obok siebie, być otuloną jego ramionami, słyszeć czułe słowa. Chłonęłam wszystko całą sobą, bo doskonale wiedziałam, że nasz koniec nastąpi tak czy siak. Nic nie trwa wiecznie, a moje szczęście szczególnie. Nie da się żyć z dwoma kobietami jednocześnie, to niemożliwe i bardzo niesprawiedliwe. Nie wiem, jak Justin to sobie wyobrażał, ale w tej chwili, kiedy leżałam wtulona w jego ciało, starałam się o to nie martwić. Musiałam naładować baterie szczęścia, aby wystarczyły na długi czas. Teraz, kiedy był blisko mnie, nic innego się nie liczyło. Nawet myśl o cierpieniu ucieka w silną dal, przegnana przez spokój.
 
Justin zostaje do samego wieczora, czym mile mnie zaskakuje. Razem robimy kolację, jemy w salonie i patrzymy na siebie, jakbyśmy nie widzieli się wieki. Chciałabym zapytać go o to, co będzie dalej, ale chyba boję się usłyszeć odpowiedź. Bo niby cóż może mi powiedzieć? Nasza sytuacja jest skomplikowana.
- Wiesz... - Justin zaczyna niepewnie, wyciera usta w serwetkę i skupia wzrok na mnie - Zanim zjawiłem się dzisiaj u ciebie, odwiedziłem mamę. Powiedziała mi kilka mądrych i sensowych słów o moim życiu, małżeństwie - bierze moją dłoń i bawi się palcami, jakby chciał zająć czymś ręce - Ona twierdzi, że nie kocham Marie, co nie jest do końca prawdą. To moja żona, darzę ją uczuciem, chociaż jest ono słabsze,
niż na początku naszego małżeństwa. Mama uważa również, że powinienem się z nią rozwieść - zamieram zaskoczona jego słowami. Mój Boże, rozwód?! - Niestety to nie jest takie proste, jak jej się wydaje. Obawiam się, że Marie nie zniosłaby tego zbyt dobrze, a fakt, że odszedłbym do ciebie złamałaby ją totalnie, dlatego nie mogę jej zostawić - unosi głowę i patrzy mi w oczy. Sama nie wiem, co widzę w jego. Smutek, żal, tęsknotę? - Naprawdę nie wiem, co mam robić, Freyo. Bardzo cię kocham, wariuję na twoim punkcie i jestem pewny, że nie wytrzymam bez ciebie ani chwili dłużej. Ten miesiąc był dla mnie męczarnią, nie pozwolę, aby to się powtórzyło - wzdycha zrezygnowany, bierze kieliszek i wychyla resztkę wina jednym haustem - Z drugiej strony jest moja żona, na której również mi zależy. Dużo przeszła od dnia naszego ślubu, bardzo pragnie zostać matką i uzupełnić naszą rodzinę, chociaż odrobinę wariuje w tym temacie. Jedyne, o co chcę cię prosić, to o czas. Wierzę, że znajdę dobre rozwiązanie, abyś nie cierpiała ty i Marie. Czy jesteś w stanie mi go dać? - nie spuszcza ze mnie wzroku, a w mojej głowie wszystko się kotłuje. Justin mnie kocha, ale kocha również swoją żonę. Nie ważne, czy jego miłość do niej jest już słabsza, nadal są małżeństwem. Czas. O to mnie poprosił. Czy naprawdę jestem w stanie czekać, aż wreszcie się zdecyduje? Ile właściwie musi tego czasu jeszcze upłynąć? - Powiedz coś, proszę.
- Chciałabym wiedzieć, do czego potrzebny jest ci ten czas. Czy do tego, aby przygotować Marie na rozstanie, czy może do tego, aby nacieszyć się mną, a w ostateczności i tak wrócisz do swojej żony?
- Zdecydowanie to pierwsze. Czuję, że nasze uczucie się wypala, przynajmniej z mojej strony. Moje serce bije tylko dla ciebie, Freyo. Po prostu potrzebuję czasu, aby to jakoś poukładać, przygotować na to Marie. Nie mogę zrzucić na nią takiej bomby, ponieważ na to nie zasłużyła. Jest naprawdę dobrą osobą.
- Wierzę - mam ochotę prychnąć, jednak powstrzymuję się. Po opowieściach Charlotte nie potrafię spojrzeć na Marie tak samo - Jeśli mówisz prawdę i faktycznie chcesz się rozwieść, mogę dać ci ten czas, Justin. Ale tylko pod jednym warunkiem; że mnie nie zranisz. Nie zniosę tego po raz drugi, wiesz?
- Wiem - przysuwa się, przytula mnie do siebie, a ja wczepiam się w niego i pragnę zostać w tych ramionach na zawsze - Obiecuję, że zrobię wszystko, abyśmy mieli wymarzony happy end - uśmiecham się na jego słowa. 
Jaka szkoda, że wtedy nie wiedziałam, że tej obietnicy nie dotrzyma. 
W środę jedziemy do lekarza. Jestem podekscytowana faktem, że ponownie zobaczę dzidziusia. Ostatnio widziałam go miesiąc temu, kiedy miałam dziwne bóle brzucha. I chociaż nie powinnam mieć dzisiaj USG, Dorothy chce upewnić się, że dziecko rozwija się prawidłowo i ma się dobrze. Oby tak było.
- Hej, a może dzisiaj poznamy płeć malucha? - Justin patrzy na mnie z entuzjazmem, kiedy czekamy przed gabinetem. Wciąż nie dowierzam, że siedzi obok mnie - Chyba, że nie chcemy tego wiedzieć?
- Nie wiem jak ty, ale ja bardzo chcę wiedzieć. Może dzięki temu wymyślimy dla niego jakieś imię?
- Hola! Dziewczynka będzie miała na imię Josie, a chłopak Aiden - odpowiada z dumą, a ja się śmieję.
- Woah, zwolnij. Josie bardzo mi się podoba, ale Aiden? Nie, odpada. Chłopiec będzie miał na imię Gabriel.

- Gabriel? - Justin marszczy brwi, a jego twarz jaśnieje - Boże, to pięknie imię, aniołku. Idealne.
- Tak, idealne - ściskam jego dłoń, a moje serce przepełnia ogromna miłość. Życie jest piękne!

Na szczęście z dzieckiem wszystko jest w porządku. Urosło, przytyło i niebawem będzie mu tam za ciasno. Cieszę się, że rozwija się prawidłowo i że bóle, które mnie przestraszyły, nie okazały się być poważne.
Kiedy przychodzi najważniejszy moment, mianowicie poznanie płci, moje serce przyśpiesza. Justin mocno ściska moją dłoń i wpatruje się w monitor. Cisza, jaka panuje w gabinecie chce rozsadzić mi bębenki, jest tak naelektryzowana oczekiwaniem. I wreszcie, po upływie miliona sekund, Dorothy wypowiada jedno, krótkie słowo, a w naszych sercach wybucha radość, jakiej nigdy w życiu nie czułam. 
Chłopiec. Gabriel.  






niedziela, 23 września 2018

Rozdział szesnasty


Justin POV:

Po wyjściu mojej rodziny, Marie wpada w furię - dosłownie. Tłucze wazę, którą dostała od ciotki w dniu ślubu, potem lecą dwie szklanki i flaszka mojej ulubionej whisky, nad czym w duszy ubolewam. Obserwuję ją stojąc pod ścianą i nie dowierzam, że to moja żona. Mam wrażenie, że w jej drobne ciało wstąpił sam diabeł, który każe jej to wszystko robić. Nigdy w życiu nie widziałem jej w takim stanie.
- Jak mogłeś, huh?! - przenosi swoją złość na mnie. Zwija dłonie w pięści, dyszy ciężko i morduje mnie spojrzeniem. Gdyby mogło zabijać, już leżałbym pokonany - Co ty masz w głowie, Justin?! Naprawdę przestawiłeś rodzicom dziewczynę, która ma urodzić nam dziecko?! Po jaką cholerę?! - wydziera się, aż mam chęć zasłonić sobie uszy. Jedyne, co robię to spuszczam głowę - To zwykła dziewucha, nie należy do naszej rodziny! A może się mylę, co? - podchodzi do mnie, chwyta za szczękę i unosi moją głowę, abym spojrzał w jej płonące gniewem oczy - Traktujesz ją inaczej? Może ci się spodobało, co?! - trafia w punkt.
- Kocham tylko ciebie, Marie - mówię cicho, ale mój głos brzmi wręcz żałośnie. W tym momencie robi mi się jej żal, bo wygląda na szczerze przybitą po tym, czego się dowiedziała - Nie planowałem tego, skarbie.
- Czyżby?! A może specjalnie ją tam zabrałeś, co? Ledwo znikam z miasta, a ty przymilasz się do niej!
- Uspokój się, proszę - próbuję ją przytulić, na co mi nie pozwala. Robi zamach, a jej dłoń spotyka się z moim policzkiem. Jej cios nie wyrządza mi krzywdy, ma na to zbyt mało siły. Bardziej boli mnie widok jej łez. Chryste, ale ze mnie dupek! - Wybacz mi, kochanie. Nigdy więcej tego nie zrobię. Przysięgam!
- Zraniłeś mnie - szepcze cicho, łkając coraz bardziej. Owija się ramionami, schyla głowę, a łzy ciekną po jej policzkach - Upokorzyłeś mnie przed rodzicami. Przyprowadziłeś ją tam, jakby była kimś ważnym, a nie jest. To ja jestem twoją żoną, Tobias i Charlotte mnie nienawidzą, a ją polubili. W jakim świetle mnie to stawia, pomyślałeś o tym? - patrzę na nią, a moje serce przyśpiesza. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero teraz. Naprawdę to było nie fair w stosunku do niej. Popełniłem ogromny błąd - Zależy ci na niej?
- Zależy mi tylko na tobie - wreszcie daje się przytulić, wczepia się we mnie, ale nie przestaje płakać. Czuję, jak bardzo drży jej ciało, a wyrzuty sumienia właśnie wypalają mi dziurę w brzuchu. Zaniedbałem ją, Freya całkowicie mnie zaślepiła, a ja perfidnie i świadomie zdradzałem własną żonę. Naprawdę czas się ogarnąć - Już dobrze, perełko. Jestem przy tobie, nie płacz - głaszczę ją po głowie, próbując uspokoić - Masz prawo być na mnie wściekła, ale obiecuję, że nigdy więcej nie narażę cię na żadne upokorzenie.
- Kocham cię, Justin - niepewnie unosi głowę, ociera łzy i patrzy mi w oczy. Wygląda tak smutno, niewinnie, aż serce mi się kraja - To ja jestem twoją żoną, nie każ mi czuć z jej strony zagrożenia.
- Zagrożenia? Nie mów tak! Freya urodzi nam dziecko, tylko to się liczy. Potem nasze drogi się rozejdą.
- Dokładnie tak. Raz na zawsze - uśmiecha się lekko, całuje mnie czule i wsuwa palce w moje włosy. 




Freya POV:
Poniedziałek budzi mnie bólem brzucha. Przykładam do niego dłoń, masuję czule i zastanawiam się, czy
to normalne. Nie chcę siać paniki, ale wcześniej mi się to nie zdarzyło. Próbuję przypomnieć sobie, czy pani doktor wspominała coś na ten temat, ale jestem tak zestresowana, że nie jestem w stanie myśleć.
Niechętnie zwlekam się z łóżka, człapię do salonu i włączam laptopa. Nie mam doświadczenia w tym temacie, więc postanawiam zasięgnąć rady wujka Google. Jeśli nie uzyskam odpowiedzi, dopiero wtedy skontaktuję się z ginekologiem. Nie ma co panikować, ponieważ to mogą być całkowicie normalne objawy.
Robię kubek herbaty, siadam w fotelu i szukam informacji. Szybko trafiam na jedną z miliona stron na temat przebiegu ciąży i przesuwam wzrokiem po tekście. Odpycham z ulgą, kiedy poznaję przyczynę moich dolegliwości. To przez powiększającą się macicę odczuwam ból. Powinien ustąpić po odpoczynku, ale jeśli tak się nie stanie, wtedy muszę udać się do ginekologa. Niestety im czytam dalej, tym robi się mniej ciekawie. Bóle mogą oznaczać również poronienie. Kalkuluję w głowie punkty, które są wypisane, ale nic się nie zgadza. Nie mam bóli w krzyżu, nie krwawię, ani nie odeszły mi wody. Cholera! Dopiero teraz myślę, jak bardzo ciąża jest skomplikowana. Czyha na mnie mnóstwo niebezpieczeństw. 


Oglądam program o ślubach, kiedy drzwi do mojego mieszkania się otwierają. Tylko jedna osoba posiada
do niego klucze i po chwili przed sobą mam jego piękne oczy. Jestem zaskoczona, że się pojawił. Dochodzi dopiero południe, o tej godzinie przeważnie jest w firmie. Czyżby tak szybko się za mną stęsknił?
- Co się dzieje? - marszczy swoje grube brwi, przykładając dłoń do mojego czoła - Marnie wyglądasz.
- Trochę boli mnie brzuch, ale to nic poważnego. Wyczytałam, że to przez powiększającą się macicę.
- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś, Freyo? Nie ma czegoś takiego, jak "nic poważnego". Nosisz w sobie dziecko, w tej chwili może dziać się z nim coś złego, nie możemy tego bagatelizować. Ubieraj się.
- Może poczekajmy chociaż do wieczora, hmm? Po odpoczynku powinno przejść, nie ma co panikować.
- Bez dyskusji, Freyo. Nie mam zamiaru narażać mojego dziecka na niebezpieczeństwo. No już, raz dwa! 


Justin stawia na swoim i zabiera mnie do Dorothy. Niestety od rana ból nie ustąpił i zaczynam się poważnie martwić. Nie chcę, aby mojemu dzidziusiowi działa się krzywda, dbam o sobie, nie przemęczam się, więc dlaczego pojawił się ten dziwny ból? W dodatku przy każdym kroku nasila się coraz bardziej. Szlag by to!
- Spokojnie, bez paniki - Dorothy uśmiecha się do mnie, kiedy bada mój brzuch krok po kroku - Tutaj boli? - dociska dół, aż się krzywię - Okej, boli. A tutaj? - uciska prawą, jak i lewą stronę, ale tutaj nic się nie dzieje, więc kręcę przecząco głową - Nie jestem zwolenniczką częstych badań USG, ale zrobimy dzisiaj wyjątek - Justin zrywa się z fotela i siada obok mnie na krzesełku. Mocno ściska moją dłoń, aż zgniata mi kości, ale nie komentuję tego. Widzę po wyrazie jego twarzy, jak bardzo jest spanikowany, a przez to i ja się boję. I chociaż bardzo próbuję się potrzymać, kilka łez spływa po moich policzkach - Freyo, płaczesz?
- P-przepraszam - jąkam się, zasłaniając twarz dłonią. Czuję się winna, że być może to moja wina.
- Kochanie, proszę, nie płacz. Jestem przy tobie, wszystko będzie w porządku. No już, głowa do góry.

- Dokładnie, Freyo. Nie widzę nic niepokojącego - Dorothy przesuwa końcówką po brzuchu, Justin ociera moje łzy i oboje skupiamy się na monitorze, gdzie ponownie widzimy nasze dziecko. Jest jeszcze takie maleńkie! - Rozwija się prawidłowo, wymiary również są w porządku. Nie ma powodu do niepokoju, bóle w drugim trymestrze są normalne. Twoje ciało się zmienia, macica musi się powiększyć, aby pomieścić dziecko, a to może przysporzyć trochę bólu. Dużo odpoczywaj, nie przemęczaj się, ani nie dźwigaj.
- Dopilnuję tego osobiście. To moja wina, spanikowałem, kiedy powiedziała mi o tych bólach brzucha.
- Rozumiem to, Justin. Ciąża bywa skomplikowana, ale zapewniam, że nie dzieje się nic złego. Pamiętaj, że Freyi udziela się twój nastrój, więc jeśli ty jesteś zdenerwowany, ona również. Więcej spokoju.

Justin wnosi mnie do mieszkania, nie pozwalając iść samej. Besztam go, że zdecydowanie przesadza, ale nie słucha mnie, zanosząc wprost do sypialni. Rozbiera mnie i zakłada na moje ciało swój biały t-shirt.
- Gotowe, potrzebujesz czegoś? - siada na brzegu łóżka, patrzy mi w oczy, ale widzę, że coś go dręczy.
- Nie, nie potrzebuję. Coś nie tak? - unoszę dłoń, aby dotknąć jego policzka, ale odsuwa się ode mnie.
- Wszystko jest w porządku, ale muszę wracać do pracy. Wpadłem zobaczyć tylko, jak się miewasz.
- Nie ściemniaj, przecież doskonale widzę, że coś nie gra, Justin. Jesteś wobec mnie oschły, co jest?
- Charlotte wygadała się, że przywiozłem cię do rodzinnego domu. Marie wpadła w furię, prawie rozniosła dom, dała mi w pysk, a potem się rozpłakała. Wybacz, muszę spędzić z nią więcej czasu, zaniedbałem ją ostatnio - och! Jego słowa są dla mnie jak policzek, dobitnie uświadamiając mi, gdzie jest moje miejsce. Walczyliśmy, aby dać sobie spokój z tym szaleństwem, nie wyszło, ciągnęliśmy to dalej, a teraz przychodzi koniec. Justin ma żonę, o której niestety zapomniałam - Dzwoń o każdej porze, zjawię się natychmiast.
- Dam sobie radę, jestem dorosła. Leć do żony, tam jest twoje miejsce - uśmiecham się smutno, podnoszę i czym prędzej uciekam do łazienki, zanim na jego oczach rozkleję się na dobre. 





***
Kolejne dni są dla mnie męką. Samotnie weszłam w czternasty tydzień ciąży, samotnie przeżyłam odrobinkę większy brzuszek i samotnie obchodziłam swoje dwudzieste drugie urodziny. No, może nie do końca tak samotnie, ponieważ w tym dniu towarzyszyło mi moje dziecko oraz Ronnie, która próbowała mnie pocieszyć. Oczywiście żadne słowa otuchy nie podniosły mnie na duchu. Byłam rozbita, snułam się
jak cień i prawie w ogóle nie wychodziłam z domu, jedynie po zakupy, żeby nie skonać z głodu.
Tak minęły pierwsze dwa tygodnie września. Pozostało dwa do powrotu na uczelnię, którego za cholerę sobie nie wyobrażałam. Mimo tego, iż mamy dwudziesty pierwszy wiek i dziewczyny młodo zachodzą w ciążę, doskonale wiem, że będę w centrum zainteresowania. Już słyszę te szepty, obgadywanie, szydzenie. Nikt nie widział mnie tam z chłopakiem, a nagle wracam z brzuchem. Jak nic przyczepią mi łatkę puszczalskiej. Właściwie czy nie puściłam się za pieniądze? Coś w tym jest.


Justin nie dzwonił, w zamian pisał codziennie nawet kilka razy. Odpisywałam zdawkowo, że czuję się dobrze, wszystko jest w porządku i że niczego nie potrzebuję. Nie odwiedził mnie w przeciągu dwóch tygodni, a ja czułam w sobie ogromną pustkę. Moja tęsknota za nim przechodziła moje najśmielsze oczekiwania. Cały dzień potrafiłam przeleżeć w łóżku, wylewając z siebie cały żal, smutek i tęsknotę. Czasami szlochałam tak bardzo, tak długo i tak intensywnie, aż zmagał mnie sen. Zamiast tyć, chudłam. Pewnego dnia wchodząc na wagę i widząc trzy kilogramy mniej, trochę się przestraszyłam. Zapomniałam, że nie jestem sama, że mam w sobie cząstkę człowieka, który nie jest mi pisany, który ma żonę i to ona jest dla niego najważniejsza. Musiałam się z tym pogodzić i ruszyć dalej, co było ogromnie trudne.  
Po trzech tygodniach siedzenia w domu, Ronnie wyciąga mnie na miasto. Zgadzam się bardzo niechętnie, ale nie daje za wygraną. Chodzimy po sklepach, odwiedzamy naszą ulubioną kawiarnię i kupujemy kilka rzeczy dla maluszka. Zaraz po tym, jak dowiedziałam się o ciąży, Justin zasilił mojego konto nie małą kwotą, bo trzydziestu tysięcy dolarów. Nie musiałam martwić się o nic, czyli osiągnęłam to, czego pragnęłam; stabilizację. Omińmy sposób, w jaki to zrobiłam. Nie chciałam się tym dłużej zadręczać.
- Musisz przestać o nim myśleć, Frey - moja przyjaciółka przerywa moje rozmyślenia. Przekręcam głowę i patrzę jej w oczy, w których widzę smutek i zmartwienie - Ten dupek nie jest tego wart, serio. Zrobił ci dziecko, okej, rozumiem to, w końcu taki był plan, ale cała reszta to czyste skurwysyństwo. Mógł odejść
po wszystkim, ochłodzić wasze stosunki, a on przyłaził do ciebie jak pies, mając żonę. Kawał gnojka!
- Nie rozmawiajmy o tym, dobrze? Poradzę sobie, potrzebuję na to trochę więcej czasu, ale będzie dobrze.
- Pomogę ci, nie jesteś sama, pamiętaj o tym - posyła mi lekki uśmiech, obejmuje ramieniem i przytula do siebie - Od zawsze trzymamy się razem. Przejdziemy przez najgorsze gówno, Frey, nic nas nie pokona.
- Ja od trzech tygodni jestem pokonana, Ronnie. Miłość potrafi być okrutna, bolesna i rozdzierająca.
- Wiem coś o tym, ale to jeszcze nie koniec świata. Urodzisz, oddasz im dziecko i pójdziesz dalej.
- To kolejna sprawa, z którą będę musiała sobie poradzić. Teraz wiem, że źle zrobiłam zgadzając się na ten układ. Pokochałam to dziecko, Ronnie - odsuwa mnie od siebie, uważnie mi się przyglądając - To czwarty miesiąc. Niebawem poznam płeć, poczuję jego ruchy. Boże, jak ja mam go oddać? To mnie złamie.
- Jesteś silniejsza, niż myślisz. Dasz radę, Frey, tak trzeba. Niech ten dupek zniknie z twojego życia.
Nie odpowiadam. Schylam głowę, przykładam dłoń do brzucha i zamykam oczy. Nigdy nie powinnam była pozwolić mu na to szaleństwo, które ciągnęliśmy od samego początku. Mogłam to przerwać, zakończyć, odizolować się, a ja pragnęłam jego obecności jak tlenu. Teraz muszę za to zapłacić.
 

Trzeciego października wracam na uczelnię. Justin nie pokazał się u mnie przez miesiąc, pozostał na wypisaniu sms'ów, których z każdym dniem miałam dość. Wczoraj wyjątkowo mój humor był na samy dnie, więc napisałam mu w złości, aby dał mi spokój i odezwał się w dniu porodu, który przypadał na szóstego lutego. Nie odpisał, a ja odetchnęłam z ulgą. Kłótnie to ostatnie, czego potrzebowałam. 
Na uczelni czuję się jak wyrzutek. Jako że weszłam w piąty miesiąc, a mój brzuch już nie przypominał piłeczki, a raczej wielkiego arbuza, ludzie mieli idealny powód do plotkowania. Widziałam te ukradkowe spojrzenia i szepty. Czułam się, jakbym popełniła zbrodnię, a nie była w ciąży. To smutne, że ludzie nadal traktowali to jak coś na miarę skandalu. Miałam dwadzieścia dwa lata, do cholery, nie piętnaście! Byłam dorosłą kobietą, dlaczego więc robili z tego tak wielki problem? W końcu to ja byłam w ciąży, a nie oni.
- I co się gapicie? Spieprzać mi stąd - Ronnie burczy na dwójkę dziewczyn, która przechodzi korytarzem i patrzy wprost na mój brzuch - Nienawidzę tych suk, ja pierdolę. Mam ochotę wydrapać im oczy.

- Nie denerwuj się, nie ma sensu - chwytam jej dłoń i ściskam mocniej, aby wyluzowała - Jest okej.
- Poważnie? Ja odnoszę inne wrażenie. Każdy się gapi, jakby ci kurwa urósł fiut na czole. Banda kretynów.
- Olej ich, to najlepsze, co możesz zrobić. Przejmowałam się przez pierwszą godzinę, teraz mam ich w dupie. Popatrzą, pogadają, a za kilka dni i tak im się to znudzi. Po co tracić na nich nerwy, Ronnie?
- Może masz i rację - wzrusza ramionami, mordując spojrzeniem przechodzącego obok nas chłopaka.

Do domu wracam przed siedemnastą. Jestem zmęczona, chce mi się spać i umieram z głodu. Jak dobrze, że wczoraj zrobiłam zakupy, bo dzięki temu mogę delektować się pysznymi tostami z serem i szynką.
Mój spokój przerywa przychodząca wiadomość. Biorę telefon, który leży obok mnie, wchodzę w skrzynkę i czytam wiadomość do Dorothy, która pyta, czy mogę pojawić się u niej jutro, a nie w środę. W to mi graj, akurat jutro mam dzień wolny, więc szybko odpisuję, że bardzo mi to pasuje. Wracam do jedzenia, niestety tym razem ktoś dzwoni do drzwi. Upijam łyk soku, idę otworzyć, a kiedy wreszcie to robię, przed moimi oczami ukazuje się ktoś, kogo chyba nie spodziewałam się już zobaczyć. 






***********************************************

Hejka! :)
Właściwie dzisiaj nie powinno być rozdziału, ale postawiłam zrobić wam małą niespodziankę. A co!
Nie wiem czy wiecie, a zapewne nie wiecie, ale powoli zbliżamy się do... końca.
To opowiadanie nie należy do zbyt długich, ale chyba już nie potrafię takich pisać :P

Btw. Dzisiaj zakończył się konkurs, w którym wzięłam udział - Splątane Nici. Właściwie to był mój pierwszy konkurs do którego zgłosiłam jedno z moich opowiadań -
Different Story. Nie liczyłam w sumie na nic, bo konkurencja była ogromna! Zgłoszeń w kategorii Fanfiction mnóstwo, więc gdzie tam ja? O północy konkurs dobiegł końca, spojrzałam na wyniki, a tam? TADAM! Moje opowiadanie w wyróżnionych! Musiałam przetrzeć oczy, bo nie mogłam uwierzyć. Może to głupie, ale ogromnie się cieszę, że ktoś docenił moje wypociny. Nie potrafię pisać tak, jak inni, czyli pięknie, z bogatym zasobem słów. Mam zbyt prosty styl, który może nie każdemu się spodobać, tym bardziej się cieszę :)

To tyle!
Do wtorku, pyszczusie!

Tulę
Kasia