poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Rozdział trzeci


Justin POV:
Podpieram łokieć na oparciu fotela, drapię się po brodzie i próbuję skupić uwagę na telekonferencji, która trwa od dobrej godziny. Zaczyna irytować mnie wymiana zdań, która nie ma końca, w dodatku nie wnosi do sprawy nic nowego. Jedni zgadzają się ze mną, Franco ma mnóstwo "przeciw", ale żadnych argumentów.
- Gdzie tu kurwa logika, Franco? Jeśli nie zgadzasz się z moim pomysłem i masz zastrzeżenia, wyjaśnij mi łaskawie, jakie to zastrzeżenia. Wybacz, ale tekst; "bo nie i już" nadaje się dla dzieci z piaskownicy! 
- Po prostu nie podoba mi się zarys budynku. Dlaczego to ma być trójkąt, a nie prostokąt, do cholery? 
- Chryste! - przecieram twarz rękami, próbując opanować złość i wlepiam wzrok w monitor - Czego nie rozumiesz w słowie "wyjątkowy", huh? Ten budynek właśnie taki ma być, a powiedz mi, ile jest kurwa prostokątnych budynków, a ile trójkątnych?! Pracujesz ze mną, co jest z tobą nie tak, człowieku?!
- Czasami za tobą nie nadążam, to wszystko. Wciąż wymyślasz rzeczy, które są szalone! Po co ci to?
- Po to, żeby ludzie byli zachwyceni czymś, czego nie ma zbyt wiele. To chyba jest jasne jak słońce!
- Mnie osobiście podoba się projekt Justina - Samantha spogląda na Franco, a potem na mnie - Jest oryginalny, wyjątkowy i nietypowy. Budynek na pewno zrobi na ludziach ogromne wrażenie. W dodatku będzie szklany, a to prawdziwy kosmos! - puszcza mi oczko, uśmiechając się szeroko. Lubię ją.
- Szefie? - unoszę głowę, aby spojrzeć na stojącego w progu Donniego - Pana żona przyszła. Wpuścić ją?
- Tak - Donnie wychodzi, a w progu pojawia się Marie. Wygląda piękne w żółtej, krótkiej sukience i warkoczu przerzuconym na prawe ramię - Panie i Panowie, myślę, że na dzisiaj zakończymy nasze spotkanie. W piątek obgadamy wszystko na żywo, kiedy zawitacie do Nowego Jorku. Miłego dnia - żegnam się, kończę konferencję i porywam żonę w ramiona. Piszczy uroczo, zarzucając dłonie na moją szyję - Cieszę się, że cię widzę, kochanie. Co tutaj robisz? Czy nie miałaś być z Vanessą u kosmetyczki?
- Właśnie stamtąd wracam. Wpadłam się przywitać i zapytać, czy Freya zadzwoniła. Minęły dwa tygodnie.
- Wiem, skarbie, ale nie mogę na nią naciskać. Niestety nadal się nie odezwała, bardzo mi przykro.
- Była idealna, Justin - mówi smutno, odsuwa się i podchodzi pod okno. Niech to wszystko szlag! Nic nie boli mnie bardziej, niż smutek mojej żony - Jest piękna, idealna, taka drobna i kobieca. Chcę jej.
- Wiem, niestety na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Każdy podejmuje własne decyzje, takie jest życie.
- A może za słabo się postarałeś? - odwraca się, wbijając we mnie ostre spojrzenie - Może po prostu zaproponowałeś zbyt małą sumę? - zakłada ręce na piersiach, pokazując mi swoje niezadowolenie.
- Mówisz poważnie? Pół miliona, Marie! Pieprzone, pół, miliona, to dla ciebie za mała suma? To kosmos!
- Fakt, to strasznie dużo pieniędzy - wzdycha ciężko, nieco się uspokajając - Więc co możemy zrobić?
- Wydaje mi się, że nic. Musimy czekać. Freya jest jeszcze bardzo młoda, do niczego nie mogę jej zmusić.
- Och, daj spokój, nie jest dzieckiem. Zbyt łatwo odpuściłeś, Justin. Spotkałeś się z nią zaledwie jeden raz, napisałeś wiadomość, uruchomiłeś znajomości. To wszystko! Przyciśnij ją, bądź tam, gdzie ona, a nawet napsuj jej trochę krwi - szlag! Kiedy moja żona mówi coś takiego, to nigdy nie wróży dobrze - Jesteś przystojny, seksowny, a kobiety za tobą szaleją - seksownie przygryza wargę, przesuwa palcami po mojej koszuli i pociąga za krawat, przyciągając do siebie - Uwiedź ją - prześlizguje językiem po moich ustach, kusząc mnie, doprowadzając do szaleństwa. Ona doskonale wie, jak kurewsko mnie pociąga! - Tak, jak uwiodłeś mnie. Pamiętasz ten dzień? - szepcze zmysłowo, odpina guzik w moich eleganckich spodniach i pozwala opaść im na podłogę - Zakochałam się w tobie niemal natychmiast, tak jest do dnia dzisiejszego, a minęło cztery lata. Dbasz o mnie jak nikt inny, kochanie. Daj mi to, czego pragnę najbardziej - stoję jak sparaliżowany, chłonąc każde jej słowo, nabierając pieprzonej determinacji, aby dążyć do celu po trupach. Obiecuję sobie w myślach, że będę jak przywódca watahy. Jeśli mam ją zadowolić, muszę upolować zwierzynę i dostarczyć ją jej pod same stopy - Na co czekasz, hmm? - to wystarczy, nie musi mówić nic więcej. Przypieram ją do ściany, podsuwam sukienkę w górę i wdzieram się w jej mokre, kuszące wnętrze. 




Freya POV:
Od rana sprzątam mieszkanie. Wycieram kurze, odkurzam, robię dwa prania i myję nawet okna. Staram się zająć czymś ręce i umysł, aby nie dołować się i nie płakać po raz kolejny. Mam dość porażek w swoim życiu, kiedy wreszcie zaznam odrobinę stabilizacji? Od dwóch tygodni nie byłam w pracy nawet raz. Olivier zapewnił mnie, że jak tylko dostanie zlecenie, zadzwoni do mnie w pierwszej kolejności. Niestety bankietów nie urządza się codziennie, a nawet jeśli, konkurencja jest całkiem spora. Tak oto siedzę w domu i jeśli nie sprzątam, to szukam w ogłoszeniach nowej pracy. Oszczędności topnieją, a życie i opłaty tanie nie są. Jeśli nie wykaraskam się z kłopotów, za parę dni może być krucho. Nie zliczę, który to raz ponownie muszę odbić się od dna. Mam tego po dziurki w nosie! Kiedy ten pech pójdzie sobie w pizdu?
- Frey, jesteś?! - głos Ronnie prawie pozbawia mnie tchu. Podnoszę głowę, waląc w kant stołu i klnąc  siarczyście, kiedy na horyzoncie pojawia się moja przyjaciółka. Układa dłonie na biodrach, kręcąc głową na boki i patrząc na mnie z politowaniem. Znam to spojrzenie - Znowu sprzątasz? Cholera, dziewczyno! To mieszkanie nadaje się do programu o czystości, serio! Przecież tutaj nie znajdziesz nawet grama kurzu!
- A co według ciebie mam robić? Znowu zwinąć się w kulkę i beczeć pod kołdrą, smarkając w poduszkę?
- Na pewno niebawem Olivier dostanie zlecenie i zarobisz trochę kasy. Wiesz, że ta praca to niepewność.
- No coś ty! Powiedz mi coś, czego nie wiem, Ronnie. Mam już dość, muszę poszukać czegoś, co da mi cotygodniowe wynagrodzenie. Mam dość czekania. W ten sposób nie pójdę dalej, będę stać w miejscu.
- Razem coś wymyślimy. Popytam wśród ziomków mojego brata, może potrzebują kogoś do sklepu.
- Dzięki, będę wdzięczna - wzdycham sfrustrowana, odkładam szmatkę i siadam obok niej - Jestem już zmęczona niepowodzeniami. Radzę sobie sama od czterech lat, w dodatku rodzice się na mnie wypięli i mają totalnie w dupie. Nawet nie zadzwonią, czaisz to? Nie mają pojęcia, czy jeszcze żyję. Obłęd!
- Wiem, nie mieści mi się to w głowie. Moi wręcz nie dają mi żyć, a twoi woleli spieprzyć daleko stąd.
- Zazdroszczę ci fajnej rodziny, moja była taka do czasu, aż starym nie odpierdoliło i nie oświadczyli, że zaczynają korzystać z życia. Nie sądziłam, że oznacza to odcięcie się od jedynego dziecka, jakie mają.
- Chodź tutaj - Ronnie przytula mnie, całuje w czoło i kołysze na boki, a ja ponownie rozklejam się jak dziecko - Pamiętaj, że masz mnie, a ja zawsze będę przy tobie, Frey. Nigdy się mnie nie pozbędziesz - uśmiecham się przez łzy, mocniej wtulając w ciało jedynej osoby, którą kocham. Mam tylko ją.


Nazajutrz, jak codziennie od pieprzonych, dwóch tygodni, robię rundę po okolicy. Zaglądam do sklepów, komisów, biur, a nawet nocnych klubów i pytam, czy nie potrzebują rąk do pracy. Mój pech pracuje na najwyższych obrotach, ponieważ każdy odsyła mnie z kwitkiem, nawet nie biorąc mojego CV.
Jakby tego było mało, dzwoni do mnie Olivier, który wbija mi nóż prosto w plecy, oświadczając, że musimy się rozstać, czym mnie szokuje. Stoję na środku ulicy niczym duch, płacząc żałośnie i wylewając z siebie całą bezradność, którą chowam w sercu. Dlaczego tak trudno znaleźć mi tę cholerną pracę?! Co robię nie tak?! Czy może być jeszcze gorzej? Owszem, może, o czym przekonuję się chwilę potem, kiedy z nieba zaczyna lać deszcz. Nie mam sił się ruszyć, po sekundzie jestem cała mokra, a na dokładkę samochód, który przejeżdża obok mnie, rozbryzguje kałużę, która mnie dobija. Chryste, mam ochotę błagać kogoś, żeby zafundował mi szybką śmierć. Upuszczam torebkę, unoszę głowę do góry i pozwalam, aby deszcz smagał moją twarz. Moje serce zaciska niewidzialna pięść, a cały sens życia ucieka pokonany. Jestem zmęczona porażkami. Walczę każdego dnia, a życie i tak kopie mnie w dupę. Ileż, kurwa, można? 




Justin POV:
Skręcam w prawo, włączam się do ruchu i zajmuję prawy pas, aby po chwili wjechać na ulicę prowadzącą wprost do mieszkania Freyi. Muszę się z nią zobaczyć, porozmawiać, przycisnąć. Marie ma rację, za mało się staram. Propozycja ogromnych pieniędzy i jeden, ckliwy sms to niezbyt wiele. Muszę stanąć na głowie, aby moja żona wreszcie była w pełni szczęśliwa, a do tego jeszcze daleka droga. Nie chcę jej zawieść.
Wjeżdżam na parking, a w moje oczy rzuca się znajoma postać. Leje niemiłosiernie, a ona stoi na środku chodnika, patrzy w górę i ani drgnie. Hamuję z piskiem opon, wrzucam tryb parkowania, po czym wyskakuję z samochodu jak z procy. Podbiegam do niej, chwytam ramiona i próbuję zwrócić na siebie jej uwagę. Niestety Freya kompletnie nie reaguje, nawet na mnie nie patrzy, nie mówiąc o wypowiedzeniu słowa. Niewiele myśląc, biorę jej torebkę, prowadzę do samochodu i wpycham na siedzenie pasażera. Sam wsiadam za kółko, włączam ogrzewanie i spoglądam na nią. Cała drży, owija się ramionami i zamyka oczy, opierając głowę o zagłówek. Zsuwam z siebie marynarkę, otulam ją szczelnie, chociaż doskonale wiem, że to nic nie da. Jest przemoczona do suchej nitki i dopóki nie weźmie gorącej kąpieli i nie zmieni ciuchów na suche, nic tu po mnie. Ruszam spod jej bloku i mknę w znane mi miejsce.


Do mojego mieszkania na Manhattanie docieramy w mgnieniu oka. Deszcz wciąż się nasila, dodatkowo zerwał się wiatr, więc na szybką poprawę się nie zapowiada. Freya cały czas drży, nie powiedziała słowa, co zaczyna mnie niepokoić. Co się z nią dzieje? Mam przeczucia, że wydarzyło się coś złego.
- Pomogę ci - otwieram drzwi pasażera, pomagam jej wysiąść i prowadzę do windy. Kiedy jedziemy na górę, zerkam na nią kątem oka, ale ona gapi się w dół, owijając się ramionami. Dopiero teraz myślę, jak zacząć, aby do niej dotrzeć. Prawda jest taka, że nie często mam do czynienia z tak młodymi osobami, a Freya ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, szlag! - Jesteśmy, chodź - układam dłoń na jej plecach, prowadzę przez długi korytarz i otwieram drzwi od swojego apartamentu. Kupiłem go dawno temu, kiedy jeszcze nie znałem Marie. Teraz jest moim kołem zapasowym, kiedy czasami zdarzy nam się pokłócić - Weźmiesz prysznic, przebierzesz się i porozmawiamy - wzdycha ciężko, odkładam jej torebkę na komodę i chwytam za rękę. Nie sprzeciwia się, posłusznie człapie za mną do pokoju, a potem do ogromnej łazienki. Odkręcam kurki, reguluję gorącą wodę i wlewam do wanny płyn do kąpieli, który kiedyś kupiła Marie. Jak dobrze, że jest tutaj kilka jej rzeczy - Zaraz wracam, rozbierz się - opuszczam łazienkę, kieruję się wprost do garderoby i zapalam światło, rozglądając się za ubraniami. Wybór nie zwala z nóg, ale czarne legginsy i biała bluzka z długim rękawem wydają się być w sam raz. Zanim wracam do dziewczyny, piszę wiadomość do żony z opisem sytuacji. Moje zaskoczenie jest ogromne, kiedy Marie odpisuje natychmiast, żądając, abym to wykorzystał i zaplusował u Freyi. Łatwo mówić trudniej zrobić. Nasz początek wcale nie był łatwy, wręcz przeciwnie, wolałbym o tym zapomnieć. Jaka szkoda, że moja żona upatrzyła sobie akurat ją! - Porażka - kręcę głową i wracam do dziewczyny, którą zastaję w wannie. Na mój widok piszczy zaskoczona, osłaniając piersi - Wybacz, zamyśliłem się i zapomniałem. Zostawiam ci suche ubrania, kiedy skończysz, dołącz do mnie - przytakuje głową, zostawiam ją samą i idę wprost do salonu, aby nalać sobie drinka. 


Podnoszę głowę, kiedy słyszę kroki. Freya stoi w progu, bawi się rąbkiem bluzki i niepewnie rozgląda się po wielkim salonie. Wystawiam dłoń, aby dać jej znak do podejścia, oblizuje usta i siada obok mnie, zachowując kilkucentymetrową odległość. Dopiero teraz zauważam jej podpuchnięte powieki i zmęczenie wymalowane na twarzy. Od zawsze troszczę się o Marie i w tej chwili ten sam odruch pojawia się w stosunku do Freyi. Jest taka krucha, urocza, piękna. Już wcześniej to zauważyłem, jednak teraz widzę o wiele więcej. Mimo tego, że jest bardzo młoda, ma w sobie to coś, co przyciąga do niej jak magnes.
- Płakałaś? - gwałtownie kręci głową, jakby przyznanie się było czymś złym - Masz podpuchnięte powieki.
- To nic wielkiego, jestem po prostu zmęczona. Ostatnio sporo pracuję - kłamie. Śledziłem ją przez ostatnie dwa tygodnie, nie dostała żadnego zlecenia - Dlaczego mnie tutaj przywiozłeś? Co to za miejsce?
- To mój apartament. Przywiozłem cię tutaj, ponieważ stałaś na środku ulicy przemoczona do suchej nitki.
- Nagle złapał mnie deszcz, nie miałam parasolki. Właściwie... co robiłeś w dzielnicy, w której mieszkam?
- Jechałem do ciebie, aby porozmawiać - Freya marszczy brwi, nerwowo wiercąc się na kanapie. Obym szczerością jej nie przestraszył - Nie odezwałaś się przez dwa tygodnie. Jeśli nie zgadzasz się na moją propozycję, wypadałoby chociaż mnie o tym powiadomić, nie uważasz? Tego wymaga kultura, Freyo.
- Przepraszam, masz rację - schyla głowę, wbija zęby w wargę i bawi się palcami. Nawet nie zauważyła, że już nie mówi do mnie per Pan - Jeszcze godzinę temu odmówiłabym bez zawahania, ale teraz... - zacina się, podnosi i podchodzi do okna, patrząc na panoramę Nowego Jorku. Może to głupie, ale ten widok zawsze potrafił mnie uspokoić. Może i na nią podziała? - Dasz mi jeszcze trochę czasu? Kilka godzin?
- Oczywiście! - zrywam się na równe nogi, podchodzę do niej i delikatnie, aby się nie przestraszyła, układam dłonie na jej ramionach. Nie wzdryga się, nie reaguje nerwowo, wręcz przeciwnie, rozluźnia się, unosi dłoń i przesuwa palcem po szybie, kreśląc ruch kropel deszczu - Co się wydarzyło? Mogę ci pomóc.
- Nie, to nie będzie konieczne. Praktycznie w ogóle się nie znamy, nie masz obowiązku mi pomagać, to nie byłoby właściwe. Poradzę sobie, to była tylko malutka chwila załamania, ale już jest w porządku.
- Jesteś bardzo dzielną, młodą kobietą, wiesz? - odwracam ją w swoją stronę, unoszę głowę, aby spojrzała mi oczy i uśmiecham się, kiedy widzę jej słodką buźkę - Ale jeśli zgodzisz się na moją propozycję, będę ci pomagał i troszczył się o ciebie. Niczego ci nie zabraknie, aniołku - przesuwam kciukiem po jej policzku, docierając do ust. Nie wiem skąd we mnie to dziwne uczucie, ale pragnę ją pocałować. Tu, teraz, w tym momencie i nim mam szansę przekalkulować, czy to na pewno dobry pomysł, pochylam się, a nasze usta się spotykają. To, co czuję jest tak nieznane, tak fascynujące i tak cholernie dobre, że z miejsca pragnę więcej. Wsuwam palce w jej wilgotne włosy, przypieram do szyby i pochłaniam jej usta w namiętnym pocałunku. Jestem zaskoczony, kiedy Freya odwzajemnia moje poczynania, obejmuje mnie w pasie i angażuje się nie mniej, niż ja sam. Niech to szlag, czy całowanie obcej kobiety powinno być tak ekscytujące? Od czterech lat nie pocałowałem żadnej, oprócz własnej żony oraz matki, w policzek. Dlaczego całowanie tej dziewczyny tak bardzo mi się podoba? I dlaczego chcę jej więcej?




Freya POV:
Dochodzi druga w nocy, a ja kręcę się z boku na bok, szukając dobrej pozycji do snu, który za cholerę nie chce przyjść. Od pocałunku z Justinem mam mętlik w głowie, a mój brzuch zaciska dziwny supeł. Nie spodziewałam się po sobie samej, że oddam pocałunek, zamiast przerwać to szaleństwo! Wiem, po co tutaj jestem i wiem, co się stanie, kiedy podejmę decyzję. A muszę to zrobić jak najszybciej, ponieważ czas nie działa na moją korzyść. Byłam pewna, że odpuścił sobie temat, a on po prostu czekał na moją odpowiedź.
Przez czternaście dni nie brałam jego propozycji na poważnie, nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się zgodzić, ale kiedy stałam na tym pieprzonym chodniku, a życie ponownie kopnęło mnie w dupę, coś się zmieniło. Chyba już wtedy wiedziałam, jaki czeka mnie los i nie ma od tego odwrotu. Spędziłam ostatnie dwa tygodnie na szukaniu pracy, a kiedy przekraczałam próg budynku, ludzie patrzyli na mnie tak, jakby doskonale mnie znali, chociaż ja widziałam ich po raz pierwszy. Coś nie grało, a ja nie wiedziałam co. Jedyną osobą, która mogła mi doradzić była Ronnie. Kiedy się o tym dowie, wyjdzie z własnej skóry!
Jeśli mnie nie udusi, będzie dobrze. Czas wyznać jej to, co zamierzam zrobić.






******************************
Hejo!
Przepraszam za obsuwę, bo rozdział miał być wczoraj! :(
Naprawdę mam zajebistą sklerozę, więc jeśli ktoś czeka na rozdział, napiszcie na ask'u i przypomnijcie mi, pliska! ;)

Ściskam!
Kasia