piątek, 21 września 2018

Rozdział piętnasty


Freya POV:

Zapada niezręczna cisza, a stojący naprzeciwko siebie mężczyźni mierzą się spojrzeniami. Kogo jak kogo, ale jego w życiu bym się tutaj nie spodziewała. Przecież oprócz Ronnie nikt nie wie, gdzie mieszkam!
- Hejka, Frey - Samuel drapie się w kark, chrząkając - Jeśli przyszedłem nie w porę, mogę sobie pójść.
- Nie, jest w porządku. Wejdź proszę - odsuwam się, Samuel przekracza próg mojego wypasionego mieszkania, starając się ukryć zakłopotanie - Więc, jak? - zwracam się do Justina, którego wzrok ciska pioruny. Gdyby tylko mógł nim zabijać, Samuel właśnie byłby martwy - Zadzwonisz do mnie, tak?
- T-tak, jasne - bierze się w garść, przenosi na mnie spojrzenie i uśmiecha się czule - Do zobaczenia, aniołku - dotyka mojego policzka i jak gdyby nigdy nic, całuje mnie prosto w usta. Nie spodziewałam się, ze zrobi to przy świadku, ale jak widać ma to w nosie. Niech to szlag! - Do zobaczenia, kochanie.
- Uciekaj - kiwam głową, wypycham go z mieszkania i wystawiam mu język. Grozi mi palcem, kiedy wchodzi do windy i puszcza buziaka, kiedy drzwi się zamykają. Wracam do mieszkania, starając przygotować się na poważną rozmowę. Nie widziałam Samuela od spotkania w kawiarni i jego pytania, czy zostanę jego dziewczyną - Więc? Co tutaj robisz i skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? Zaskoczyłeś mnie.
- Domyślam się - burczy pod nosem, kiedy prowadzę go do salonu - Po naszej ostatniej rozmowie wyjechałem do rodziców, wróciłem wczoraj i postanowiłem odwiedzić cię w mieszkaniu, ale nikt nie otwierał. Twoja sąsiadka powiedziała mi, że przeprowadziłaś się na Manhattan - cholera! Staruszka zawsze miała gumowe ucho! - Spotkałem Ronnie na mieście, to ona powiedziała mi, gdzie mieszkasz.
- No tak - zaciskam zęby, aby nie wybuchnąć ze złości. Dlaczego to zrobiła?! - Chciałeś porozmawiać?
- Właściwie chciałem cię zobaczyć, stęskniłem się - wysilam się na uśmiech, ale atmosfera panująca między nami jest tak gęsta, że można by pokroić ją nożem - Nie miałem pojęcia, że masz faceta.
- To skomplikowane, Sami - spuszczam wzrok na swoje dłonie, myśląc, co powinnam mu powiedzieć. Przecież nie mogę zdradzić, że poleciałam na kasę i zdecydowałam się urodzić obcym ludziom dziecko! Uznałby mnie za wariatkę! - Justin nie jest moim facetem, jest żonaty - czuję na sobie jego wiercący wzrok, ale nie mam odwagi na niego spojrzeć. Czuję się paskudnie, musząc mu się tłumaczyć, jednak zasługuje na to - Poznałam go w klubie, trochę za dużo wypiłam, on również i tak się stało, że wylądowaliśmy w łóżku. To jeszcze nie koniec świata, zdarza się, ale potem odkryłam, że jestem w ciąży.
- O Boże - zrywa się na równe nogi, podchodzi do okna i głośno wypuszcza powietrze - Nie ukrywam, ale jestem potwornie zaskoczony, Frey. Dałem ci czas, którego potrzebowałaś, a tu ciąża? Co teraz?
- Nie wiem. Nie mam planów na odległą przyszłość. Żyję z dnia na dzień, staram się to jakoś ogarnąć.
- Ale ten facet cię pocałował, nazwał aniołkiem i kochaniem! - wyrzuca ręce w górę, odwraca się i patrzy mi w oczy - Ma żonę, a traktuje ciebie z czułością. Nic z tego nie rozumiem. Czy on cię kocha, Frey?
- Zwariowałeś?! Oczywiście, że nie! Justin czuje się winny, że nasza jednorazowa przygoda skończyła się w taki, a nie inny sposób. Postanowił mi pomóc, zaopiekować się mną, wesprzeć. To jego mieszkanie, pozwolił mi tu mieszkać - kłamię, aż palą mnie uszy. Jestem okropna! - Nie wiem, co będzie potem, Sami.
- Strasznie dziwna sytuacja. Skoro ma żonę, dlaczego całuje ciebie? Chyba nie powinien tego robić.
- Wydaje mi się, że zrobił to złośliwie. Justin to typ zaborczego dupka, chociaż łączy nas tylko dziecko.
- Och, Frey - Samuel kręci głową, siada obok i przytula mnie do siebie - Co teraz z nami będzie, hmm?
- Nie mam pojęcia, naprawdę. Moim zdaniem powinieneś pójść dalej, skoro będę miała dziecko z innym.
- Może mógłbym wychować je razem z tobą? - o,mój,Boże! Gwałtownie odchylam się od niego, aby na własne oczy przekonać się, czy mówi szczerze. Cholera! Mówi, jego oczy pokazują mi to aż nadto.
- Nie, nie i jeszcze raz nie. To w ogóle nie wchodzi w grę. Oszalałeś? Chyba sam nie wiesz, co mówisz. 

- Wiem tyle, że jestem w tobie zakochany od dwóch lat - o w mordę! - Zależy mi na tobie, mówiłem ci.
- Owszem, ale jak widzisz, sytuacja mocno się skomplikowała. Dziecko to ogromna odpowiedzialność, a ono nawet nie jest twoje, Sami. Wybij sobie z głowy takie chore pomysły, proszę cię. To nie przejdzie.
- Dlaczego nie chcesz dać mi nawet szansy, co? Nie masz pewności, że ten plan się nie uda. Spróbujmy.
- Nie - podnoszę się, aby być dalej od niego - Nie mogę z tobą być, przykro mi. Nie chcę cię ranić, jesteś fajnym facetem, ale moje życie wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze trzy miesiące temu.
- Och, to już trzeci miesiąc? - pyta zaskoczony, spuszczając wzrok na mój brzuch. Teraz żałuję, że założyłam tak dopasowaną bluzkę - Nawet już lekko widać. Myślałem, że zjadłaś za dużo pizzy.
- Niestety to nie pizza - przewracam oczami, uśmiechając się lekko - Przepraszam cię, nie chciałam.
- Wiem, Frey, wiem - podchodzi, miażdży mnie w swoich ramionach, a ja się rozklejam.



Justin POV:
Na lotnisku jestem punktualnie. Kiedy tylko wchodzę do środka i przechodzę do hali przylotów, Marie rzuca mi się w oczy. Jej ruda czupryna wyróżnia się na tle innych pasażerów, więc nie sposób ją przegapić. Uśmiecha się szeroko, biegnie w moją stronę i wpada w moje rozchylone ramiona, owijając nogi wokół moich bioder. Zamykam oczy i przez chwilę czuję to, co czułem wtedy, kiedy ją poślubiłem. W tamtym momencie była inna, bardziej zwariowana, do czasu, aż nie dowiedzieliśmy się, że nie powiększymy naszej rodziny. Wtedy zgasła w niej ta radość, a obsesja posiadania dziecka wyszła na pierwszy plan.
- Ależ się za tobą stęskniłam! - tuli mnie mocno, ściskając za szyję - Więcej bez ciebie nie polecę.
- Głuptas! Czasami tęsknota dobrze robi dla związku - odchyla głowę, przewraca oczami i wpija się w moje usta. Pogłębiam pocałunek, wsuwając język w jej chętne usta, a przed oczami miga mi twarz Freyi.
- Wracajmy do domu. Tęsknota swoją drogą, a potrzeby swoją. Zabierz mnie do łóżka, mój mężu.
- Mówisz masz, kwiatuszku - silę się na swobody ton, w środku zaś ściskają mi się wnętrzności. 


Marie nie traci czasu. Kiedy przekraczamy próg domu, dopada do moich ust, jednocześnie pozbywając się mojej koszuli i spodni. Resztę zdejmuję sam, a do sterty moich ubrań dołącza jej letnia sukienka oraz bielizna. Jest napalona jak diabli, dopada do mojego kutasa, ssie go jak szalona, aż muszę oprzeć dłoń na ścianie. Próbuję wyłączyć myślenie, wyrzucić z głowy Freyę i skupić się na żonie. Skoro sam wpieprzyłem się w tak pojebaną sytuację, muszę udźwignąć to na swoich barkach. Jestem jej mężem, do cholery, moim obowiązkiem jest dać jej to, czego ode mnie wymaga, a skoro mnie chce, zaraz to dostanie.
Chwytam jej ramię, stawiam ją na nogach i odwracam tyłem do siebie. Opiera dłonie na ścianie, a ja wbijam się w nią jednym, mocnym ruchem, wyduszając z niej krzyk. Sam nie wiem, skąd w moim ciele tyle złości, ale muszę się wyżyć. Seks z Freyą jest delikatny, aby nie zrobić krzywdy jej i dziecku, z żoną mogę sobie poużywać do woli, nie ograniczając się. Więc pieprzę ją chaotycznie, nieco brutalnie, szarpiąc za włosy. Jej jęki wypełniają hol, ale nie są tak seksowne, podniecające, jak jęki Freyi. I chociaż pieprzę własną żonę, myślami jestem na Manhattanie, przy mojej słodkiej, uroczej blondynce. 


Bierzemy wspólny prysznic, dzięki któremu się rozluźniam. Zamawiamy jedzenie i siadamy w salonie na podłodze, aby spokojnie zjeść. Marie wygląda na zadowoloną. Na jej policzkach widnieją rumieńce, a z twarzy nie schodzi lekki uśmiech. Co rusz zerka na mnie ukradkiem, ale i tak doskonale to wyczuwam.
- Co jest, skarbie? - przyłapuję ją na tym, przez co jeszcze bardziej się zawstydza - Jestem brudny?
- Nie, jesteś niesamowicie przystojny - przygryza wargę, a ja się śmieję - Hej, nie nabijaj się, Justin!
- Wybacz, dawno mi tego nie mówiłaś. Pomyślałem, że pewnie zbrzydłem i zrobiły mi się zmarszczki.
- Jesteś głupi - szturcha mnie w bok, odstawiając pudełko z makaronem - Ten seks... był inny, wiesz?
- Inny? - marszczę brwi, wpatrując się w je zielone, piękne oczy - Co masz przez to na myśli?
- Sama nie wiem. Przeważnie bywasz delikatny, a teraz? Wstąpił w ciebie diabeł! Podobało mi się - och! Schyla głowę, a jej rude loki zasłaniają twarz - Nie wiedziałam, że lubisz ostrą jazdę. Zaskoczyłeś mnie.

- Ostrą jazdę? - wybucham śmiechem na to określenie - Naprawdę uważasz, ze to była ostra jazda?
- Biorąc pod uwagę nasze doświadczenie? Tak, uważam, że było ostro. Miałam aż dwa orgazmy!
- Cieszę się - puszczam jej oczko, a na wzmiankę o dwóch orgazmach przypomina mi się Freya, która była zaskoczona faktem, iż można osiągnąć więcej, niż jedno spełnienie podczas stosunku. Była taka słodka, kiedy o tym mówiła - To oznacza, że się spisałem, tak? - przytakuje z entuzjazmem, biorę jej dłoń i całuję wierzch - Więc mimo naszego stażu, potrafię cię jeszcze czymś zaskoczyć. Może zmienię taktykę?
- Brzmi dobrze. Cokolwiek chcesz zrobić, zrób to - patrzę na nią zaskoczony. Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o seksie, który nas łączył. Czyżby moja żona potrzebowała czegoś więcej? 


Wyleguję się na kanapie i przeglądam e-maile. Nic ciekawego, wszystko pod kontrolą. Niestety wolne od pracy to sporo czasu na myślenie. W mojej głowie ponownie pojawia się twarz mojej pięknej Freyi i ten frajer, który do niej przyszedł. Miałem ochotę skręcić mu kark, żeby wreszcie zniknął mi z oczu. Co on sobie, kurwa, wyobraża? Ma zamiar ją nachodzić? Walczyć o nią? W życiu mu na to nie pozwolę! Może i jestem samolubnym skurwielem, ale Freya jest moja! Nosi pod sercem moje dziecko, a to związuje nas nierozerwalnie! Ten chłystek nie ma do niej żadnego prawa, nie powinien był w ogóle do niej przychodzić. A Freya? Miała się z nim nie spotykać, miała zakaz, skoro... chwila! Dopiero teraz uświadamiam sobie, że moja śliczna blondyneczka nadal nie podpisała umowy, którą dostała ode mnie trzy miesiące temu! Ależ ze mnie dureń! Jakim cudem tego nie dopilnowałem? Przecież to ważna kwestia, jest w nim punkt odnośnie dziecka, zrzeknięcie się do niego praw. Szlag by to! Jak najszybciej muszę to naprawić.

W niedzielę na obiedzie pojawiają się moi rodzice oraz rodzeństwo, z naburmuszonymi minami. Ann,
nasza gosposia, przygotowała pyszne dania i deser, więc po cichu liczę na mile spędzone popołudnie.
- Marie, kochanie - mama przytula do siebie moją żonę, cmokając ją w policzek - Pięknie wyglądasz.
- Ty również, Madeline. Cieszę się, że nas odwiedziliście. Tobias - Marie rozchyla ramiona, a mój brat robi kwaśną minę, jakby ktoś wcisnął mu do ust cytrynę. To się chyba nigdy nie zmieni! - Co u ciebie?
- W porządku, bratowo. Korzystam z wakacji, póki je jeszcze mam. Potem czas wrócić na uczelnię.
- Do października jeszcze miesiąc. Charlotte - uśmiecha się do mojej siostry, która znudzona przewraca oczami. Następna kurwa! - Nie widziałam cię jakiś czas, a ty wypiękniałaś! Nowy kolor włosów?
- Nie, wciąż jest taki sam - zaciska usta, aby nie wybuchnąć śmiechem i spogląda na mnie - Miło cię widzieć braciszku - przytula się do mnie i szepcze na ucho - Wiedz, że sto razy wolę Freyę. Nie ma jej?
- Ciebie też, siostrzyczko - ściskam ją mocniej, aby dać jej znak, żeby się zachowywała - Nie ma i nie będzie - mówię jej na ucho, aby nikt nie słyszał - Błagam cię, zachowuj się grzecznie. Dobrze?
- Och, daj spokój - wbija palec pod moje żebro, chichocząc pod nosem - Bez docinek nie ma zabawy.
- Tylko spróbuj - burczę pod nosem, odsuwając ją od siebie. Poprawia sukienkę, puszcza mi oczko i znika w jadalni. Dlaczego czuję się w kościach, że to popołudnie zmieni się w koszmar? 


Obiad przypomina stypę, jak Boga kocham. Marie stara się wkręcić towarzystwo do rozmowy, opowiada o wizycie u rodziców, o pogodzie, o zakupach, aby tylko nie panowała niezręczna cisza. Rodzice zachowują się grzecznie, jak zawsze, czego nie mogę powiedzieć o moim rodzeństwie. Szepczą między sobą, chichoczą, kompletnie olewając moją żonę. Posyłam siostrze mordercze spojrzenie, ale ona tylko strzepuje z ramienia niewidzialny pyłek i rozbawiona wnosi oczy ku niebu. Za jakie grzechy ja się pytam?!

Po obiedzie przenosimy się do ogrodu, gdzie na deser pałaszujemy lody. Mama opowiada o wizycie cioci, która na naszym ślubie wyrżnęła takiego orła, że złamała nogę. Biedaczka, nosiła gips sześć tygodni!
- Justin - ich rozmowę przerywa Charlotte - Co słychać u Freyi? - i atmosferę chuj strzela. Marie marszczy brwi, przenosząc na mnie pytające spojrzenie - Mam nadzieję, że znowu ją do nas przywieziesz.
- B-była u was? - Marie jąka się, a jej oczy robią się wielkie jak spodki - Kiedy? Nic nie wiedziałam.
- Owszem. Przyjechali do nas we wtorek, miło spędziliśmy czas. To strasznie fajna dziewczyna, prawda?
- Tak - Marie zaciska zęby, zgniatając pod stołem moją dłoń. Siostra właśnie wpieprzyła mnie w mega kłopoty! - Miła dziewczyna, ale najważniejsze jest to, że nosi w sobie nasze dziecko. Prawda, skarbie?
- Tak - szepczę cicho, a Charlotte prycha niczym wkurzona kotka - Co do twojego pytania, siostrzyczko, to była jednorazowa akcja. Akurat byliśmy w okolicy - ściemniam, za co mam ochotę dać sobie w pysk.
- Wierzę - upija łyk soku, wzruszając ramionami - Mógłbyś podać mi jej numer? Chcę się z nią spotkać.
- Po co? - głos Marie brzmi piskliwie, zdradzając zdenerwowanie - Nie powinnaś mieć z nią kontaktu.
- Dlaczego tak twierdzisz? To, że jest w ciąży nic nie znaczy. Polubiłam ją i będę spotykać się z nią wtedy, kiedy najdzie mnie na to ochota. Mamy wiele wspólnych tematów, zainteresowań. Klawa babeczka.
- Bez przesady - Marie uśmiecha się skrępowana, upijając trochę wina - Przecież w ogóle jej nie znasz.
- Zgadza się. Dlatego właśnie chcę jej numer, żeby ją lepiej poznać. Tobias też ją bardzo polubił.
- O tak! Gdyby nie mój braciszek, który machnął jej dzieciaka, zakręciłbym się obok niej. Chociaż chwila! Dziecko ma być dla was, więc jeszcze nic straconego. Może po porodzie? Kto wie? Mogę poczekać.

- Tobias! - tata karci go, uderzając pięścią w stół - Nie wypada mówić takich rzeczy o kobiecie!
- Przecież nie powiedziałem o Freyi nic złego, tato! Po prostu mi się podoba, jest piękną dziewczyną.
- Koniec tematu, bracie - upominam go, przesuwa palcem po ustach i udaje, że wyrzuca kluczyk. W moim ciele buzuje wulkan furii, który tylko czeka, aby wyleźć na wierzch. Freya jest moja!